Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Sposób na przyjemną podróż, ulubiona rasa psa i inne anonimowe opowieści

46 355  
249   20  
Dziś przeczytacie także m.in. o wyczekiwanym koncercie ulubionego piosenkarza, nietypowych pamiątkach, bezpruderyjnej mamie i dziecku wychowywanym w dwujęzycznej rodzinie.

W 2009 roku, po długich miesiącach odkładania pieniędzy, udało mi się kupić bilet na lipcowy koncert mojego ulubionego piosenkarza. Sprawa nie była taka łatwa, bo wejściówki na tę imprezę rozeszły się w ekspresowym tempie i oczywiście nie zdążyłam ich nabyć oficjalną drogą. Spędziłam całe tygodnie zagadując jakiegoś faceta na jednym z angielskich forów internetowych. Targowałam się, błagałam i kombinowałam jak tylko się dało, aby sprzedał mi ten bilet za jakąś bardziej przystępną cenę. Ostatecznie kupiłam go dwukrotnie drożej niż oryginalnie kosztował.
Później miałam długą przeprawę z rezerwacją lotów (pieruńsko drogie były tego dnia – jak na złość) i hotelu w pobliżu miejsca koncertu (wszystko zarezerwowane).
Kiedy już wszystko miałam dopięte na ostatni guzik, los postanowił brutalnie ze mnie zakpić i w najgorszy możliwy sposób pozbawić mnie marzeń.
Moim ulubionym piosenkarzem był Michael Jackson…

* * * * *

Parę ładnych już lat temu wpadłam do mojej koleżanki. To dość dziwna, mocno ekscentryczna dziewczyna, która nigdy nie miała zbyt wielu znajomych, bo niektóre jej zachowania budziły powszechne zgorszenie. Za to miała wielu partnerów seksualnych, których zmieniała jak rękawiczki. Kiedy sobie plotkowałyśmy i gadałyśmy o pierdołach, zwierzyła mi się, że ma w zwyczaju zachowywać sobie na pamiątkę zużyte kondomy. Uznałam to za niesmaczny żart i nawet zripostowałam, że lepiej zbierać wykorzystane „prezesy” niż niechciane dzieci. Koleżanka zorientowała się, że nie uwierzyłam w jej słowa i zanurkowała gdzieś w szafie. Wyjęła stamtąd wielkie pudło, które otworzyła przed moim nosem. Było tam kilkaset gumek. Każda z nich zawiązana na supełek z przyczepioną karteczką, na której widniało imię faceta, data odbycia stosunku oraz ocena punktowa satysfakcji z tego zbliżenia…

* * * * *

Od dzieciaka nienawidziłem psów. Po części mam tak przez rodziców. Z drugiej strony jako biegacz miałem kilka incydentów, w których pies zaczął za mną gonić...

Kilka miesięcy temu do domku naprzeciwko mojego wprowadził się sąsiad z... cerberem. Inaczej się tego nazwać nie da. Pies nie jest super wysoki, ale zbudowany niczym Herkules, a jego spojrzenie i ogólna mimika przypominają Schopenhauera wymieszanego z Terminatorem. Mina mi zrzedła. Na początku spodziewałem się, że będzie darł ryja jak wszystkie, okoliczne pimpki. Ale nie. Fąfel, bo tak ma na imię, po prostu przesiadywał przed płotem i obserwował okolicę swoim chłodnym, przerażającym wzrokiem. Często patrzył na mnie... tak jakoś... ludzko. Za każdym razem jak sąsiad przechodził z nim obok, trochę się bałem i ich przepuszczałem. Cholera, ten pies ma więcej mięśni niż ja będę miał kiedykolwiek!

Najgorsze spotkało mnie w parku. Otóż okazało się, że tam sąsiad... puszcza go luzem. Nie wytrzymałem i skomentowałem to. Usłyszałem w odpowiedzi, że Fąfel jest szkolony... Rozłożyłem ręce, ale kolejne dni faktycznie potwierdziły, że pies totalnie ignoruje biegaczy, rowerzystów, ludzi ogółem. Za to bawi się z innymi psami. Dodatkowo widziałem jak chodzi przy nodze sąsiada i odprawia no sztuczki niczym psy szkolone przez sławetnego Cezara Milana. Okej, uwierzyłem w miarę, że nad nim panuje, ale... jakiś niepokój i dystans były we mnie dalej.

Pewnego razu biegałem jak zawsze i tuż przy mojej alei puścił się za mną pędem agresywny owczarek, który nie był na smyczy. Myślałem, że zrobię pod siebie i próbowałem dobiec do domu. I wiecie co? Fąfel pierwszy raz okazał jakieś większe emocje i po prostu przeskoczył przez swój płot i przegonił owczarka dwoma, głośnymi szczekami (które obudziłyby chyba zmarłego). Pierwszy raz od wielu lat postanowiłem sam z siebie pogłaskać psa, który w dodatku ma większą głowę niż ja... Opowiedziałem wszystko sąsiadowi i dowiedziałem się od niego jaka to rasa. Teraz mam swoją ulubioną. To cane corso.

* * * * *

Mam 18 lat. Wczoraj moja mama, całkiem przypadkiem, znalazła moje seks-zabawki, które zazwyczaj trzymam dobrze schowane. To był najbardziej żenujący moment w moim życiu i nie za bardzo wiedziałam jak się zachować.
No, dobra – bardziej żenująca była próba ratowania tej upiornej sytuacji przez moją mamę, która uznała, że jeśli pokaże mi swoje seks-zabawki, to na pewno poczuję się lepiej…

* * * * *

Czasem dla żartu robię mężowi atak całusów i radośnie go obcałowuję.

Parę dni temu musiałam skoczyć po dokumenty do biura, więc pojechałam z mężem i umówiłam się z nim, że będzie na mnie czekał na parkingu podziemnym.

Wyszłam z tymi dokumentami i widzę mojego męża stojącego tyłem do wyjścia. Rzuciłam mu się na plecy i uwieszając się na jego szyi krzyknęłam "atak całusów", po czym zaczęłam dawać mu buziaki w głowę i policzki. Ten usilnie próbował mnie zrzucić, co nieco mnie zdziwiło.

Po jakichś 10 sekundach słyszę "Co się ku**wa dzieje?!" i orientuję się, że głos jakiś nieznajomy. Puszczam chłopa i widzę, że mój mąż stoi jakieś 15 m dalej i zwija się ze śmiechu.

Okazało się, że złapałam obcego chłopa. Facet w ciężkim szoku, ja też. Uciekł. Dosłownie uciekł. Mąż ma ubaw do dziś.

* * * * *

Moja mama jest Polką, ojciec Niemcem - jako dziecko mieszkałem w Wielkiej Brytanii, gdzie rodzice pracowali. Rodzice chcieli, abym nauczył się każdego języka, więc z mamą rozmawiałem po polsku, z ojcem po niemiecku, a w przedszkolu i szkole używałem języka angielskiego. Do około 7 roku życia byłem przekonany, że KAŻDY ma swój własny język, którym rozmawia tylko z mamą, odrębny do rozmowy z tatą i kolejny (uniwersalny) do rozmowy z innymi ludźmi. Kurtyna.

* * * * *

Gdy miałam 6 lat, zmarła moja niespełna roczna siostra.
Mało z tego okresu pamiętam, ale jest coś, co nie daje mi spać po nocach. Zawsze lubiła, żeby ją sadzać na parapecie w kuchni i jak to dziecko, cieszyła się obserwując co się dzieje na dworze. Mama zawsze narzekała, że okno brudne, wymazane paluszkami, a dopiero co myła. Po jej śmierci mama strasznie rozpaczała, więc ja chciałam jej poprawić humor i umyłam tę cholerną szybę.
Do dziś słyszę ten rozpaczliwy krzyk mamy "Boże, co ona narobiła? Tam były rączki, ja już nic nie mam, nic mi po niej nie zostało, ona zostawiła je dla mnie".
Mimo że wiem, że wtedy byłam tylko dzieckiem, to teraz jako matka rozumiem, że kilka dni po pogrzebie to była dla mojej mamy tortura.

* * * * *

Prowadziliśmy kiedyś z żoną knajpę w pewnej małej miejscowości. Żona zwykle otwierała o 12, choć zwykle o tej porze to można było się spodziewać tylko wpadających na plotki koleżanek. Pewnego dnia jednak, tuż po otwarciu, wkroczyło dwóch zupełnie nieznanych osobników, co już samo w sobie w miejscu, gdzie wszyscy się znają choćby z widzenia, było zjawiskiem dziwnym. Ale grzecznie poprosili o dwie „setki”, „tylko żeby było w szklaneczkach”. Potem również grzecznie wyrazili chęć zapłacenia przed konsumpcją, co często się nie zdarza. Potem usiedli w kącie przy stoliku przy oknie i… nic więcej się nie działo. Siedzieli dobrych parę minut nad literatkami bez ruchu i patrzyli przez okno. Nagle jeden z nich powiedział „Już!” – złapali za szklaneczki, wychylili zawartość i szybko wybiegli!

Ta sama sytuacja powtórzyła się kilka dni później. Znów zamówili po „setce”, znów zapłacili wcześniej, znów usiedli w tym samym miejscu i znów wybiegli w pośpiechu. Gdy cała historia powtórzyła się trzeci raz, żona nie wytrzymała i jej wrodzona ciekawość zmusiła ją do rozwiązania zagadki.

Na nieśmiało zadane pytanie jeden z panów stwierdził, że sytuacja rzeczywiście może wygląda dziwnie, ale nie ma w niej nic tajemniczego: „Jesteśmy pracownikami firmy X, zwykle pracujemy w Z., ale z racji urlopów oddelegowali nas tutaj. Właśnie skończyliśmy dyżur i wracamy do Z. autobusem. No i wpadliśmy na pomysł, jak sobie uprzyjemnić nudną podróż. Siadamy tu przy oknie, bo stąd widać, jak autobus wyjeżdża zza zakrętu. A jak go już widać, to wtedy szybciutko wypijamy wódeczkę, a zanim zacznie działać, to zdążymy dobiegnąć do przystanku, kupić bilet i usiąść gdzieś wygodnie. I wtedy wódeczka zaczyna fajnie działać i podróż szybciej mija…”.

Oglądany: 46355x | Komentarzy: 20 | Okejek: 249 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało