Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Policja w Wielkiej Brytanii - Interwencje III

40 028  
294   59  
Constable powraca z opowieściami wprost z munduru, wprost z Wielkiej Brytanii.

Na wstępie przepraszam, że tak dużo czasu minęło od mojego poprzedniego artykułu. Jakoś nie było albo czasu, albo weny, albo ochoty, albo wszystkiego po trochu, żeby napisać. Ale dziś, siedząc na chorobowym z ciężkim przeziębieniem, nareszcie się zebrałem i mam nadzieję, że będzie równie ciekawie jak poprzednio.

Od czasu poprzedniego artykułu zmieniła się w mojej policyjnej karierze jedna rzecz. Jestem już tzw. „independent oficer”, co oznacza, że jestem pełnoprawnym i samowystarczalnym policjantem, który nie musi mieć ze sobą „opiekuna” w postaci doświadczonego oficera i na wszelkie interwencje mogę jeździć sam, choć to się w praktyce nie zdarza z tego względu, iż pracuję tylko nocami, a wtedy z klucza patrole (z małymi wyjątkami) są dwuosobowe. Natomiast mogę i często „prowadzę” interwencję, rozmawiam sam na sam ze świadkami, odbieram zeznania i jestem tzw. OIC (Oficer In Case), czyli oficerem prowadzącym w konkretnej sprawie. W efekcie oznacza to tyle, że mam dużo więcej papierologii, muszę upewnić się, że powiadomione zostały odpowiednie służby (głównie podczas interwencji domowych) i skompletowana jest dokumentacja w sprawie, by przekazać ją do dalszego procedowania przez dochodzeniówkę lub prokuraturę.

A teraz kolejny zestaw ciekawszych sytuacji ze służby.

#1. Pierwszy trup. Tym razem naprawdę.

Niestety nie dało się tego uniknąć. Prędzej czy później w tej pracy natrafi się na trupa.

Ale najpierw kilka „technikaliów” słowem wstępu:
W naszej branży każdą śmierć przypisuje się do jednej z 3 kategorii:
1. Śmierć w rezultacie popełnionego czynu zabronionego (np. zabójstwa).
2. Nagła śmierć z przyczyn nienaturalnych (wypadek, samobójstwo).
3. Śmierć z przyczyn naturalnych.

W każdym przypadku oficer musi wypełnić formularz, tzw. G28, i stąd w naszej nomenklaturze śmierć się po prostu określa jako „G28”.

A teraz do rzeczy. Słyszymy na radiu, że inna jednostka dostała wezwanie do G28. To było już dość dawno temu, gdy byłem jeszcze w miarę świeżakiem, więc mój partner pyta, czy chcę podjechać, by zobaczyć w ramach „pozyskania nowego doświadczenia”. No jak nie, jak tak! Ciekawość nie pozwoliła odmówić, choć wiedząc, iż jedziemy na znaną melinę, nie spodziewałem się przyjemnego widoku. Po podjechaniu na miejsce i wymienieniu paru zdań z kolegami zapytali mnie, czy chcę wejść do środka i zobaczyć co i jak. Adrenalina skoczyła i serce zaczęło bić mocniej, ale wchodzę…

To, co zastałem na miejscu, przerosło moje wszelkie oczekiwanie. Była to najgorszej klasy narkomańska melina. Niczego takiego nie widziałem nigdy wcześniej. Nawet na filmach. W środku brak prądu, ciemno, tylko kilka palących się świeczek ledwie rozjaśniało mroczną scenerię. Setki, autentycznie setki strzykawek i igieł, wszędzie syf, brud, resztki narkotyków, folii aluminiowej, butelek w całości i rozbitych oraz wyciskający łzy z oczu odór.

Widząc, że rozglądam się w poszukiwaniu celu wizyty kolega mówi: "tutaj" - wskazując palcem miejsce przed fotelem. Skierowałem tam swój wzrok i w ciemności zacząłem zauważać leżący na podłodze kształt. Ale jakiś pokrzywiony, groteskowy, nieludzki… W tym momencie, chcąc mnie pewnie zszokować i zobaczyć moją reakcję, kolega włączył latarkę, kierując snop światła wprost na twarz delikwenta. Na oko był to 30-kilkuletni mężczyzna, który zmarł z powodu przedawkowania narkotyków. Twarz sina, wręcz fioletowa i takie same ślepo świdrujące oczy. Takiego widoku nie przypominam sobie z żadnego horroru. Straszne… Ale, co mnie później ogromnie zdziwiło, widok ten nie wzbudził we mnie absolutnie żadnych emocji. Jakbym oglądał obrazek z Internetu, zamiast żyjącego do niedawna człowieka… Widok niezapomniany, ale nie śni mi się po nocach i nawet dziś nie mam żadnych nieprzyjemnych z nim wspomnień.

A skąd ta dziwnie wyglądająca sylwetka truposza? Otóż okazało się, że delikwent zmarł już jakiś czas temu, siedząc na fotelu i w tej pozycji stężał. Odnalazł go brat, który zrzucił go na ziemię, chcąc go reanimować, ale gdy denat mimo zrzucenia go z fotela „pozostał w pozycji siedzącej” zrozumiał, że wszelkie wysiłki przywrócenia brata do życia nie mają sensu. Przed złożeniem do trumny będą musieli go łamać…


#2. Good cop

Patrol. Jedziemy, rozglądamy się, szukamy roboty… Nagle przed nami pojawia się VW Touareg. Przez chwilę jedziemy za nim, nie zwracając na niego w sumie uwagi, ale po chwili zauważam, że coś ten Touareg dziwnie się zachowuje. Jedzie trochę jakby niepewnie. Jakby świeżak… Albo pijany! No to jedziemy za nim jeszcze chwilę i postanawiamy zatrzymać. Co prawda mamy prawo zatrzymać każdy pojazd na rutynową kontrolę, ale już żeby kazać kierowcy „dmuchnąć” w alkomat, musimy mieć powód. Może to być albo wykroczenie drogowe, albo podejrzenie „organoleptyczne”, iż kierowca jest po spożyciu. Czyli albo widoczne butelki, puszki itp., albo zapach. W tym przypadku nie było niczego, więc standardowa formułka:
- Dobry wieczór, oficer Constable ze skądś tam police. Rutynowa kontrola, gdyż zwrócił moją uwagę twój niepewny sposób prowadzenia auta. Czy to twój samochód?
- Nie. Kolegi siedzącego obok.
- A jest pan ubezpieczony, by prowadzić to auto?
- No tak! Jestem taksówkarzem!
- I co w związku z tym?
- No jako taksówkarz mogę jeździć każdym autem.
- Yyy… No niekoniecznie. Bycie taksówkarzem nie uprawnia do jeżdżenia wszystkimi samochodami.
- No ale ja jestem ubezpieczony na moim i mogę jeździć innymi.

Tu gwoli wyjaśnienia zawiłości ubezpieczeń pojazdów w UK. Każdy prywatny pojazd musi być ubezpieczony razem z kierowcą. Czyli np. moim autem, na moim ubezpieczeniu mogę jeździć tylko ja. Jeśli dopiszę do ubezpieczenia kogoś innego, to ta osoba również, ale to przeważnie kosztuje więcej. Można także dopłacić za możliwość prowadzenia innych aut, ale wtedy działa tylko OC, ale już nie AC.

Powracając do sprawy, po sprawdzeniu danych ubezpieczenia taksówkarza na jego własne auta, okazało się, że nie ma on prawa prowadzić innych pojazdów… No i tu zonk…
- £300
- 6 punktów (limit w UK to 12 na 3 lata)
- Odholowanie auta.

Tak kierowca, jak i właściciel się lekko zmarszczyli. Bo właściciel też mógł zostać pociągnięty do odpowiedzialności za udostępnienie auta innemu kierowcy bez sprawdzenia, czy może on nim legalnie jeździć.

Oboje byli załamani. Taksówkarz wręcz bał się, że straci robotę, choć nie sądzę, żeby stracił. Na ich szczęście właściciel auta był na miejscu i mógł jechać dalej, a nam nie chciało się zbytnio uruchamiać całej machiny prawnej, pisać papierów czy czekać na lawetę, więc po udzieleniu kilku rad i pouczeniu puściliśmy ich wolno. W końcu też jesteśmy ludźmi, a nie policjantami z drogówki ;)


#3. Zwis męski prosty.

Nocka. Wezwanie do interwencji domowej w mieszkaniu w bloku. Wchodzimy, a tam cisza i spokój. Kobieta w jednym pokoju, a facet (nazwijmy go Paul) w drugim. Oboje po spożyciu, ale Paul w wyraźnie gorszym stanie. Kobieta twierdzi, że on się awanturuje i żeby go zabrać. No nie bardzo mamy podstawy, skoro on też tu mieszka, bo sama przyznała, że w sumie to tylko była kłótnia. Co tu robić, co tu robić… Porozmawiałem z Paulem i przekonałem go, żeby spędził noc gdzie indziej. Zgodził się. Super! Odprowadziliśmy go na dół i po upewnieniu się, że poszedł, odjeżdżamy.

Nie minęła godzina…

Kolejne wezwanie od tej samej kobiety, że Paul dobija się do domu, a ona się boi go wpuścić. Po wejściu na klatkę patrzymy, a Paul siedzi na parterze na schodach już trochę bardziej „zmęczony”. Po bliższym przyjrzeniu się widzę, że Paulowi coś wystaje :D
- Paul! Zaraz sobie narząd odmrozisz!
- Co? Gdzie?
- Między nogami!
- Ooo… Sorry oficer…

Gdy już zapakował co miał zapakować, pytam co tu robi i że miało go tu nie być. Wychodzi na to, że zimno, a do znajomego, u którego miał spać - daleko.
- Paul! – mówię – nie interesuje mnie to, chłopaku. Albo zbierasz manatki i lecisz do kumpla, albo jedziesz z nami za zakłócanie porządku.
- Dobra, dobra. Już mnie tu nie ma.
Odprowadziliśmy go na dół i po upewnieniu się, że poszedł, odjeżdżamy.

Nie minęła godzina…

Kolejne wezwanie od tej samej kobiety, że Paul dobija się do domu, a ona się boi go wpuścić.
Cholerne déjà vu! No ale tym razem podjeżdżamy, a tam pogotowie i straż pożarna.
- Cześć.
- Cześć.
- Co tu robicie?
- Mieliśmy wezwanie, że ktoś miał wypadek na schodach i prawdopodobnie zabarykadował się w domu i nie możemy wejść na klatkę, to koledzy ze straży będą wyważać.
- A do kogo to wezwanie?
- Poszkodowany nazywa się Paul XXX.

NASZ ZNAJOMY!

- OK. Poczekajcie.

Poszliśmy do bloku i udało nam się wejść. Idziemy na górę pod mieszkanie Paula i wybranki jego życia, a tam bidulek stoi pod drzwiami z totalnym brakiem wizji i łącza ze światem, a dookoła pełno krwi.

- Paul! Co tu robisz?

Wzrok zwrócił się w moją stronę, ale z ust nie popłynęły żadne słowa. Zacząłem go oglądać, a z tyłu łeb rozwalony tak, że nie wiedziałem, czy to co dotykam to tylko zgęstniała krew, czy już mózg. Koledzy z pogotowia weszli za nami i zaordynowali natychmiastowy transport do szpitala. Udało się jakoś Paula sprowadzić windą na dół i zapakować do karetki.

Uff… wiedzieliśmy, że chociaż z tym osobnikiem będziemy mieli dziś już spokój.

Przeżył.


#4. Jak wór ziemniaków…

Jestem osobnikiem o dość sporych rozmiarach. No tak ze sprzętem to będzie blisko 130 kg przy 187 cm wzrostu. Wydawałoby się, że do pogoni pieszej się nie nadaję. I sam zawsze żyłem w takim przeświadczeniu. Jednak życie potrafi zaskakiwać…

No ale od początku. Spokojna noc. Jeździmy, słuchamy radia, szukamy kłopotów… Koledzy z innej jednostki mają interwencję. A że byliśmy blisko i nic się w sumie nie działo, to jedziemy ich wspomóc. Zaczęło się od interwencji domowej, ale gdy podjechali, osobnik (niech mu będzie John) siedział w vanie i chciał odjeżdżać. Wiedzieli, że John był pod wpływem, więc wstępnie został aresztowany za jazdę po pijaku. Ale gdy podjechaliśmy, coś mi tu nie grało. John stoi bez kajdanek i pali papierosa. Obok niego dwóch kolegów, ale po jednej jego stronie w odległości jakiegoś metra. Hmmm… Czas zająć taktyczną pozycję obok Johna. Taki dość młody, szczupły. Tak w razie czego. John jednak sprytny chłopak był, bo gdy zauważył, że zajmuję z góry upatrzoną pozycję, próbując odciąć mu drogę ewentualnej ucieczki, dał takiego dyla, że widać było tylko podeszwy jego trampek!

Zapomniałem nadmienić, że koledzy, którzy pojechali na interwencję, to byli 50+ latek, który raczej nie biega, i drugi młodszy, również ze 130 kg, ale przy wzroście jakieś 175 cm, z większością swojej wagi w obrębie brzucha. Tak że on też uprawia co najwyżej jogging krótkodystansowy w tempie spacerowym.

No to zaczynamy pościg. Rzuciłem się na Johnem pierwszy, ale niestety miałem pecha. Po jakichś 30 metrach John skręcił w lewo. Ja za nim. Z tym że nastąpiłem na mokry trawnik, kontrola trakcji w butach nie dała rady i wpadając w niekontrolowany poślizg, padłem na glebę jak wór ziemniaków! Spadłem na bok, na którym mam kajdanki, gaz, itp. Bolało… Ale później. Koledzy mnie wyprzedzili, a ja dostałem takiego zastrzyku adrenaliny, że zerwałem
się na równe nogi, wyprzedziłem kolegów i dopadłem zbiega!

WTF!!! Ale jak? Nie wiem. Adrenalina? Pewnie tak. Aż sam się nie spodziewałem, ani nikt z kolegów, że jestem zdolny do takiego sprintu! Choć przyznać muszę, że płuca prawie wyplułem.

A pierwsza rzecz jaką powiedziałem zamiast formułki itd. było – Czemu mnie, ku*wa, zmusiłeś do biegania!!!

Tego dnia dowiedziałem się, że nadaję się do pościgów pieszych, ale relatywnie krótkodystansowych. Całość to było jakieś 300 metrów. Śmiechu było co niemiara :D No ale szacun na jednostce podskoczył o kilka ładnych punktów.


#5. Jeden raz.

Na koniec trochę smutno. Coś, co naprawdę mną wstrząsnęło.

Narkotyki niszczą życie. To truizm tak znany, że aż nudny i na nikim nie robi już wrażenia. „Ha, ha, hi, hi, wiem co robię, dawaj kreskę/tabletę/bucha…”. Pewnie wielu zna to z własnego bądź znajomych doświadczenia. W 99.9% przypadków kończy się to śmiechem, fazą, grubą imprezą, kacem itp., ale bez poważniejszych konsekwencji.

No właśnie w 99.9% przypadków.

Pozwólcie, że opowiem Wam o tym 0.1% przypadków. A właściwie o jednym przypadku. Tym jednym, który mną wstrząsnął i zmusił do opisania tej historii. Oryginalnie wysłałem to jako osobny artykuł, trochę pod wpływem emocji, ale w końcu zdecydowałem się dołączyć tę historię tutaj.

Służba. Nocka. Na początku było dość nudno. Trochę zaległej papierologii, planowanie co na papu i o której. McDonald, kebab, czy coś zdrowszego (nigdy nie wybieramy trzeciej opcji ;)). A potem na patrol. Snujemy się smętnie po ulicach, nasłuchujemy radia, gadamy o głupotach. I tak mijają pierwsze 4 godziny z dziesięciogodzinnej służby. Nagle wezwanie do miejscowości z naszego rejonu, oddalonej o około 30 minut normalnej jazdy. Jest tam również posterunek, ale wspomagamy się w razie „W”. Policjantka wzywa wsparcie, szarpiąc się z jakimś osobnikiem. Włączamy bomby i dzida!!! Po jakichś 5 minutach byliśmy w połowie drogi, ale na radiu usłyszeliśmy „stand down, all in order” – czyli sytuacja opanowana, więcej wsparcia nie trzeba. OK, no to wyłączamy bomby i wracamy na nasz rejon. A właściwie do bazy spotkać się z inną jednostką i dopóki jest na służbie poprzednia zmiana (bo w nocy pomiędzy 21.00 a 03.00 są dwie zmiany naraz) jedziemy do McD na papu.

Pod McD telefon od kolegów, którzy dojechali na tamto wezwanie, czy moglibyśmy ich wesprzeć, by opanować podejrzanego z tamtej interwencji, który był pod wpływem narkotyków, mocno ranny, więc w drodze do szpitala, ale rzucał się w karetce. OK, zjemy może później. Lecimy. Podjechaliśmy pod szpital, zaraz za nami karetka i gość związany wyjeżdża z karetki. Twarz cała zakrwawiona, rozcięte w kilku miejscach dookoła oka i drze się w narkotykowym szale. Trzeba było mieć go pod kontrolą przez cały czas, dopóki szał nie zszedł.

No ale do sedna. Okazało się, że gość wziął pierwszy raz w życiu LSD i cholera wie co jeszcze i zaczął mieć jakieś zwidy. Wyszedł na ulicę, wybił w zaparkowanym aucie sąsiadów tylną szybę własną twarzą tak, że prawie stracił oko. Sąsiedzi słysząc hałas wyszli, więc ich napadł i pobił. Starsze małżeństwo. Kobieta połamana ręka i atak serca, nie wiemy, czy z tego wyjdzie. Mężczyzna poobijany. Policjantka pierwsza na miejscu też została poobijana i pogryziona. Potrzeba było 4 funkcjonariuszy, by furiata obezwładnić.

Podsumowując. Młody człowiek nie miał nigdy żadnych problemów z prawem, żadnej historii przemocy, narkotyków czy czegokolwiek innego. Jak się uspokoił i zaczął rzeczowo mówić, widać było, że to prawdopodobnie całkiem porządny chłopak, potrafiący się wysławiać ładną angielszczyzną, z prawdopodobnie dobrą pracą i niezłą przyszłością. Na drugi dzień miał się może spotkać z dziewczyną, odwiedzić rodziców, zrobić zakupy. A w poniedziałek pewnie do pracy, po należną podwyżkę i zacząć planować urlop na Karaibach...

W tej chwili wisi nad nim minimum 6-letni wyrok, a jeśli kobieta nie przeżyje, to jakieś 12-15 lat. I na pewno nie dostanie wyroku w zawieszeniu, mimo iż to pierwszy zatarg z prawem, bo sądy traktują narkotyki jako okoliczność obciążającą.

Obecnie jest podejrzanym wysokiego ryzyka, bo istnieje duże prawdopodobieństwo, że będzie próbował popełnić samobójstwo.

Zniszczył sobie życie, bo raz wziął LSD i cholera wie co jeszcze innego.

Jeden raz…

I tu już nie będzie zabawnego obrazka. Nie tym razem.


Dzięki za uwagę i jak zwykle odpowiem w miarę możliwości na wszystkie pytania w komentarzach.

Przeczytaj też poprzedni artykuł z tej serii! [klik]


Oglądany: 40028x | Komentarzy: 59 | Okejek: 294 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

25.04

24.04

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało