Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Wiedza wybitnie nieprzydatna - sportowe historie

53 370  
187   24  
Sport kojarzy nam się głównie z rywalizacją, radością wygranych oraz gorzkimi łzami przegranych. Uwielbiamy, gdy Dawid pokonuje Goliata i razem kibicujemy, gdy nasi reprezentanci toczą boje na wielu arenach. Jednak sport to także historie - czasem śmieszne, czasem smutne, a innym razem motywujące. Dziś przyjrzymy się kilku z nich.

#1. Kto mieczem wojuje, ten od miecza ginie

Zacznijmy od… szachów. José Raúl Capablanca był bez wątpienia jedną z największych gwiazd tej dyscypliny. Urodzony w 1888 roku w Hawanie zawodnik swoje największe sukcesy święcił w drugiej i trzeciej dekadzie XX wieku. Ukoronowaniem jego bogatej kariery było zdobycie tytułu Mistrza Świata w 1921 roku, kiedy pokonał wyraźnie Niemca Emanuela Laskera. Trzeba dodać, iż w tamtych czasach nie było turniejów pretendentów, to sam urzędujący mistrz miał prawo do wybrania sobie nie tylko przeciwnika, ale i na jakich zasadach będzie rozgrywany mecz. Ponadto kandydat musiał zebrać sporą sumę pieniędzy traktowaną jako pula nagród – by mecz pomiędzy Capablanką a Laskerem mógł dojść do skutku, kubańscy sponsorzy wyłożyli ogromną, jak na tamte czasy, kwotę 20 000 dolarów (która potem wzrosła do 25 000 dolarów, z czego 13 000 otrzymał Niemiec).

Po zdobyciu tytułu Kubańczyk chętnie korzystał z nadanych przywilejów i ustanowił własne, trudne do zaakceptowania reguły meczowe. Wśród nich była suma 10 000 dolarów (czyli na dzisiejsze prawie 150 000), jaką pretendent miał wpłacić na poczet nagród, z czego więcej niż połowa trafiłaby po meczu na konto Capablanki, nawet w przypadku porażki. Okazała się ona zaporowa dla tak wybitnych szachistów jak Akiba Rubenstein czy Aron Nimzowitsch. Urzędujący mistrz nie robił tego jednak z powodu obawy, że ktoś okaże się lepszy i straci tym samym tytuł. Wręcz przeciwnie, uważał się za doskonałego szachistę, który nie będzie grał z byle kim. Miał do tego podstawy, wszakże silnie obsadzone turnieje wygrywał jeden po drugim, ustanowił też serię 63 oficjalnych partii bez przegranej. Natomiast w 1922 roku w grze symultanicznej przeciwko 103 przeciwnikom pokonał 102, a z jednym zremisował.

1749596e858d9b7Alekhine_capa.jpg

Dopiero w 1927 roku Aleksandrowi Alechinowi, rosyjsko-francuskiemu szachiście, udało się spełnić absurdalne wymagania i zebrać żądaną sumę, głównie przy pomocy grupy argentyńskich biznesmenów oraz prezydenta tego kraju. Tym samym mecz doszedł do skutku w Buenos Aires. Zwycięzcą zostawał ten, kto pierwszy wygra 6 partii - remisy nie były liczone. Po 73 dniach i 34 rozegranych partiach zatriumfował Alechin. Oczywiście Capablanca nie był zachwycony. Przeciwnie, był wściekły i żądny natychmiastowego rewanżu. Alechin zgodził się, jednak na tych samych, twardych warunkach, których wymagał wcześniej Kubańczyk. Rozsierdziło to jeszcze bardziej Capablankę. Przez następne 13 lat starał się o rewanż, ale zostawał zbywany. W tym czasie Alechin rozegrał trzy mecze o tytuł Mistrza Świata z innymi pretendentami, jakby chciał tym samym dać pstryczka w nos Kubańczykowi z wielkim ego. Co mu się najwyraźniej udało.

#2. Mecz, który się nie odbył, ale się odbył

l_1749592f38bdb4bEstadio_Nacional_197.jpg
Żołnierze pilnujący porządku podczas "meczu" Chile - ZSRR rozegranego na Estadio Nacional w 1973 roku.

W 1973 roku trwały eliminacje na przyszłoroczny mundial, który miał się odbyć w RFN. Los chciał, że w barażu interkontynentalnym o ostatnie miejsce na turnieju spotkały się reprezentacje ZSRR oraz Chile. Trzeba dodać, iż w tym samym czasie w Chile do władzy doszedł reżim Augusto Pinocheta, co bardzo nie spodobało się komunistom. Miało to potem wpływ na końcowy wynik barażu.

Ale po kolei. Pierwszy mecz rozegrano w Moskwie 26 września 1973 roku. Pomimo wielkich nadziei całego narodu radzieckiego spotkanie zakończyło się bezbramkowym remisem, co uznano za klęskę. Rewanż miał odbyć się 2 miesiące później na Estadio Nacional w Santiago, stolicy Chile. W międzyczasie rozpoczęła się gra pozaboiskowa. Związek Radziecki domagał się od FIFA przeniesienia meczu na neutralny teren argumentując, że na stadionie są więzieni, torturowani i zabijani przeciwnicy Pinocheta, głównie marksiści oraz zwolennicy krwawo obalonego prezydenta Salvadora Allende. FIFA wysłała więc komisję, by wszystko zbadała. Ta oczywiście nic nie znalazła. Albo nie chciała znaleźć. Przed samą inspekcją wszystkich więźniów po prostu ukryto przed wścibskim wzrokiem i stadion dostał zielone światło. Związek Radziecki trwał jednak w swoim postanowieniu i zdecydował się nie wysyłać w ogóle reprezentacji na mecz barażowy.

Ten jednak… się odbył. 21 listopada 1973 roku przy głośnym dopingu kilkunastotysięcznej widowni reprezentacja Chile wyszła na spotkanie. Jak można się domyślić, była jedyną drużyną na boisku. Odegrano oba hymny – radziecki i chilijski, sędzia gwizdnął, gra się rozpoczęła. Gospodarze wymienili kilka podań i strzelili do pustej bramki:

Po golu sędzia zakończył spotkanie, Chile „wygrało” 1:0 i mogło świętować awans na mundial. Postronni obserwatorzy nie zostawili suchej nitki na całej tej farsie. I słusznie, trzeba przyznać, że sport został zhańbiony tamtego dnia. Niestety, nie pierwszy i nie ostatni raz.

#3. Klauni futbolu

l_1749590cd1b3e1dzair1974.jpg
Zair z początków lat 70. Była to jedna z najlepszych reprezentacji afrykańskich tamtego okresu.

Na te same mistrzostwa w 1974 roku awansowała reprezentacja Zairu. Był to jej pierwszy i ostatni jak dotąd występ na mundialu. Mimo to zapisała się zgłoskami w historii piłki nożnej, choć niekoniecznie złotymi i nie z powodu porywającej gry.

Wszystko zaczęło się od wygranej w eliminacjach, dość niespodziewanej. Co prawda Zair został najlepszą drużyną kontynentu w rozgrywanym potem w 1974 roku Pucharze Narodów Afryki, ale i tak nie uważano go za faworyta w wyścigu o jedną dostępną przepustkę na mundial. Sport jednak nie takie rzeczy widział i Leopardy, bo taki miała przydomek reprezentacja Zairu, mogły wkrótce świętować sukces. Przypomnijmy, że tak jak w przypadku Chile, Zair był pod władaniem dyktatora, a zwał się on Mobutu Sese Seko.

Wiedział dobrze, że sukces sportowy łączy ludzi i zmniejsza niezadowolenie społeczne. Dbał więc o piłkarzy, zapraszał do swojej rezydencji, gdzie byli traktowani iście po królewsku. Każdemu podarował dom i samochód, obiecywał także złote góry, których, naturalnie, nie było dane zawodnikom zobaczyć. Zatrudnił na stanowisku selekcjonera Blagoje Vidinica, specjalistę z Jugosławii. Same przygotowania na mundial rozpoczęły się bardzo wcześnie, 20 tygodni przed główną imprezą. Prócz graczy oraz ekipy szkoleniowej wysłał na nią także swoich zaufanych ludzi, żołnierzy i… szamanów.

W pierwszym meczu Zairowi przyszło zmierzyć się ze Szkocją, która była wtedy silną ekipą. Jej selekcjoner, Willie Ormond, dosłownie lekceważył siłę Leopardów, mówiąc wprost, że „jeśli nie pokonamy Zairu, to możemy równie dobrze pakować manatki i wracać do domu”. Jednak afrykańska drużyna postawiła ciężkie warunki Europejczykom. Co prawda mecz zakończył się wynikiem 2:0 dla Wyspiarzy, lecz Zair pokazał się z dobrej strony, walczył jak równy z równym i zyskał przychylność obserwatorów.

l_1749595c6503085zair_szkocja.jpg
Ujęcie z meczu Szkocja - Zair. Szkoci wygrali 2:0, ale Afrykańczycy dzielnie trzymali im kroku.

Wtedy też zaczęły się schody. Piłkarze nie otrzymali pieniędzy za występ, które najprawdopodobniej zostały rozdzielone pomiędzy ludzi Mobutu. Zawodnicy postanowili się zbuntować i zagrozili, że nie wyjdą na kolejne spotkanie z Jugosławią. Zmienili zdanie dopiero po interwencji organizatora, który przyznał im 3000 marek niemieckich w obawie przed międzynarodowym skandalem. Wpłynęło to jednak na ich dyspozycję meczową. Podrażnieni i oszukani zostali dosłownie rozgromieni 9:0, co jest do dziś najwyższą porażką odniesioną na mundialu. Po spotkaniu do graczy podeszli ludzie dyktatora i oznajmili, że jeśli w ostatnim meczu ulegną Brazylii więcej niż trzema bramkami, to mogą już nie zobaczyć ojczyzny. W ogóle nic nie zobaczyć. „Na szczęście” spotkanie zakończyło się wynikiem 3:0 dla Canarinhos, a zostało głównie zapamiętane z powodu tego zdarzenia, po którym Leopardy otrzymały tytułowe miano „klaunów futbolu”:


Po mistrzostwach graczom pozwolono łaskawie wrócić do kraju. Wkrótce potem rozwścieczony Mobutu skończył finansowanie piłkarzy. Dyscyplina w kraju podpadła, a reprezentacja tego kraju (od 1997 roku Zair stał się Demokratyczną Republiką Konga) nie zdołała już więcej awansować na mundial.

#4. Szczęściarz stulecia…

l_174958964f36c0esteven_bradbury.jpg
Tyle wygrać... Końcowe momenty finału na 1000 metrów mężczyzn w short tracku rozgrywanego na Zimowych Igrzyskach Olimpijskich w Salt Lake City w 2002 roku

Wielu pewnie coś świta po zobaczeniu tego zdjęcia. Tak, to jest ten farciarz z Australii, który na Zimowych Igrzyskach Olimpijskich w 2002 roku rozgrywanych w Salt Lake City zdobył historyczne, pierwsze złoto dla swojego kraju. Ba, był pierwszym człowiekiem z południowej półkuli, który tego dokonał. Chłop zwie się Steven Bradbury i specjalizował się w short tracku.

Zapewne pamiętacie też, w jakich okolicznościach zdobył tenże medal. Dla przypomnienia: przez cały finałowy wyścig wyścigu na 1000 metrów Bradbury trzymał się z tyłu. Nie miał praktycznie szans na jakikolwiek medal, lecz na ostatnim wirażu zdarzyły się cuda. Jeden z zawodników przewrócił się przy próbie wyprzedzenia rywali. Niby nic nadzwyczajnego w tej dyscyplinie, ale zapoczątkował tym samym efekt domina, po którym z lodem oraz bandą zapoznało się kolejnych trzech łyżwiarzy. W czasie, gdy próbowali się pozbierać, Steven przemknął obok nich, nie dowierzając swojemu szczęściu. Film do obejrzenia tutaj.

No dobra, ale co w tym oryginalnego? Historia znana jak świat. Tak, ale czy ktokolwiek wie, jak w finale znalazł się Australijczyk? Otóż w wyścigu półfinałowym… miała miejsce analogiczna sytuacja. Bradbury także jechał z tyłu, bez szans na awans do strefy medalowej, gdy najpierw na przeciwległej prostej przewrócił się Koreańczyk, a przed samą linią mety to samo spotkało reprezentantów Kanady i Japonii. Dzięki temu nasz bohater awansował z drugiego miejsca.

Ale zaraz, wyścigi w short tracku mają zazwyczaj czterech uczestników, a nie pięciu. Dlaczego w półfinale i finale Bradbury miał po czterech rywali, a nie trzech? Odpowiedź jest prosta – gdy ktoś spowoduje twój upadek, a jechałeś na miejscu dającym awans lub miałeś na niego bardzo realne szanse, to zostajesz dokooptowany do kolejnej rundy. Jednocześnie powodujący upadek zostaje zdyskwalifikowany. Taka sytuacja miała miejsce… w ćwierćfinałowym biegu Australijczyka. Tam również jechał z tyłu i także na ostatnich metrach zdarzyła się wywrotka. Tym razem Francuz wywiózł w bandę próbującego go atakować Japończyka. Bradbury skończył bieg na miejscu trzecim, lecz po dyskwalifikacji reprezentanta Francji awansował z drugiego miejsca do półfinału. Dużo szczęścia jak na jeden dzień.

Trzeba jednak przyznać, że Steven Bradbury jakiś talent posiadał. Na Zimowych Igrzyskach w Lillehammer w 1994 roku zdobył pierwszy w ogóle medal dla Australii – brąz w biegu sztafetowym na 5000 metrów. W tej samej konkurencji został też mistrzem świata w 1991 roku. Jednak wtedy jego karierę przerwał, o dziwo, pech. W 1995 roku doznał poważnej kontuzji, gdy jego udo zostało rozcięte przez łyżwę jednego z rywali. Powrót do pełnej sprawności zajął mu ponad 18 miesięcy. Co więcej, pod koniec 2000 roku złamał dwa kręgi szyjne, stracił tym samym cały sezon przedolimpijski. Można więc powiedzieć, że zły los oddał mu to, co przed laty zabrał.

#5. …oraz pechowiec wieku

l_1749593162f6132Matthew_Emmons_Athen.jpg
Matt Emmons mający kolejny raz pecha.

Bradbury’emu dopisało szczęście w najlepszym miejscu, w najlepszym czasie. Na przeciwnym biegunie znalazł się za to Matt Emmons. Reprezentant USA w strzelectwie brał udział w czterech letnich igrzyskach olimpijskich w latach 2004-2016, zdobywając na nich trzy medale, po jednym z każdego kruszcu. Gdzie tu więc ten pech?

Otóż zanim Matt pojechał na swoje pierwsze igrzyska w Atenach, brał udział w treningach przed krajowymi eliminacjami. Podczas oddawania próbnych strzałów zauważył, że nie jest w stanie trafić dobrze w cel. Na początku myślał, iż to po prostu słabsza dyspozycja dnia. Jednak potem okazało się, że padł ofiarą sabotażu. Za pomocą śrubokręta ktoś zniszczył komorę nabojową broni. To samo spotkało też jego drugi karabin.

Nie mając wiele czasu, Matt pożyczył karabin od dawnej koleżanki, po czym… wygrał eliminacje i pojechał na upragnione igrzyska. Tam też, używając tej samej broni, zdobył złoty medal w strzelaniu w pozycji leżącej. Następnie miał wielką szansę na powtórzenie tego wyczynu kilka dni później, tym razem w konkurencji o wdzięcznej nazwie „karabin małokalibrowy, 3 postawy, 50 metrów”. Przed ostatnim strzałem posiadał wyraźną przewagę nad rywalami, wystarczało mu niecałe 8.0 punktów do zwycięstwa. Matt wycelował, strzelił i już chciał unieść ręce w geście triumfu, gdy spojrzał na elektroniczną tablicę. A ta wskazywała pustą tarczę, jakby strzał nie został zarejestrowany. Amerykanin próbował reagować, zgłosił problem z tablicą do sędziów. Lecz ta się nie myliła – Emmons trafił w tarczę, ale nie swoją, tylko rywala obok - Austriaka Christiana Planera. Tym samym otrzymał za próbę 0 punktów i spadł z 1 na 8 miejsce.

174959132bac80amattemmons.jpg
Emmons próbuje protestować u sędziów, tłumacząc się wadliwą tablicą. Jak dobrze wiemy - nie miał racji.

Na kolejnych igrzyskach, tym razem w Pekinie w 2008 roku, także dopadł go pech. Co prawda przywiózł z nich srebrny medal, lecz został zapamiętany głównie z powodu ogromnego pudła. I to znów w ostatnim strzale i w tej samej konkurencji co na poprzednich igrzyskach. Tym razem miał przewagę nad drugim zawodnikiem 3.3 punktów. Medal był praktycznie pewny. Jednak nie w przypadku Emmonsa. Wykonał on koszmarną próbę, nazwaną potem przez niego „wybrykiem natury, który nigdy nie powinien się zdarzyć”. Istotnie, 4.4-punktowy strzał nie przystoi nawet amatorowi. Dość powiedzieć, że stracił nie tylko złoty medal, ale i wypadł poza podium – ukończył zmagania na 4 pozycji. Próbę można zobaczyć tutaj.
Jakby mało było sportowego pecha, to w 2010 roku wykryto u niego nowotwór tarczycy, którą usunięto. Nie przeszkodziło to Mattowi wystartować na kolejnych dwóch igrzyskach, z których przywiózł trzeci, brązowy medal. Ponadto ma w kolekcji kilka krążków z mistrzostw świata.

#6. Cyrk na parkiecie

Kojarzycie mecz pomiędzy Barbadosem a Grenadą, który rozegrał się w eliminacjach do Pucharu Karaibów w 1994 roku? Jeśli nie, to krótkie przypomnienie: oba zespoły walczyły w grupie i spotkanie pomiędzy nimi decydowało, kto z niej wyjdzie. Barbados, by awansować, potrzebował zwycięstwa różnicą co najmniej dwóch bramek. Warto przy tym zaznaczyć, iż w eliminacjach panowały zaiste oryginalne reguły – każde spotkanie musiało wyłonić zwycięzcę, a w razie remisu rozgrywano dogrywkę. W niej panowała zasada złotej bramki, która, nie wiadomo czemu, liczyła się podwójnie. Wykorzystując te przepisy, Barbados zdołał pokonać Grenadę 4:2 i awansować dalej, choć pod koniec regulaminowego czasu gry strzelił sobie samobója na 2:2. Tutaj filmik z całego zdarzenia:


Pewnie powiecie, że całkiem dziwne i niecodzienne zdarzenie, ale wszakże to drugi kraniec świata, jakieś wysepki na Karaibach, więc można się spodziewać takich smaczków. Takie coś nigdy by się nie wydarzyło w cywilizowanym świecie. Nie? Nie…?

Najwyraźniej nie doceniacie geniuszu ludzkiego umysłu. Schemat był taki sam, jednak w tym przypadku sytuacja miała miejsce podczas meczu koszykówki. W ostatniej kolejce fazy grupowej Euroligi 2015/16 turecki zespół Darüşşafaka Basketbol gościł izraelskie Maccabi Tel Aviv. Był to jednocześnie mecz o wyjście z grupy. W gorszej sytuacji było Maccabi, które potrzebowało zwycięstwa różnicą 11 oczek, na dodatek na terenie rywala. Warto tutaj wspomnieć, że w koszykówce po meczu zakończonym remisem następuje 5-minutowa dogrywka.

Na niecałą minutę przed końcem na tablicy widniał wynik remisowy 65:65. 60 sekund to bardzo niewiele, aby narobić aż 11 punktów przewagi. Jednak ktoś mądry z izraelskiego teamu wpadł na pomysł, by dowieźć ten remis do końca. Wtedy nastąpiłaby wspomniana dogrywka, gdzie Maccabi miałoby aż 5 minut na odwrócenie losów spotkania i tym samym wyjście z grupy. Zawodnicy z Tel Awiwu wprowadzili więc plan w życie i rozpoczęli grę na czas. We wszystkim pokapowali się koszykarze Darüşşafaki. Wiedzieli, że lepiej w tym meczu nawet przegrać kilkoma punktami i awansować, niż grać ewentualną dogrywkę.

Zaczęli więc specjalnie faulować zawodników Maccabi. Ci za to pudłowali perfidnie wszystkie rzuty wolne. Kabaret trwałby w najlepsze, gdyby nie przypadkowy faul jednego z koszykarzy izraelskiego zespołu. Wykonujący rzuty wolne gracz Darüşşafaki trafił pierwszy i… spudłował celowo drugi. W ten sposób jego team wyszedł na prowadzenie jednym punktem 66:65. Przy tym wyniku Maccabi nie miało szans na wyrównanie bez ingerencji zawodników gospodarzy – by doprowadzić do remisu potrzebowali trafienia z rzutu wolnego lub zmusić Turków, aby powiększyli przewagę. Postanowili więc… faulować. Role się odwróciły i teraz to koszykarze Darüşşafaki zaczęli pudłować rzuty wolne, by nie doprowadzić do sytuacji, w której prowadziliby dwoma lub trzema oczkami. W końcu farsę przerwał jeden z graczy Maccabi, trafiając za 3 punkty w końcowych sekundach meczu. Całe spotkanie zakończyło się pyrrusowym zwycięstwem Maccabi 66:70, a ostatnie chwile tego spektaklu można obejrzeć tutaj:


Pozostaje pytanie: dlaczego Maccabi nie rzuciło sobie samobója przy stanie 66:65 dla Darüşşafaki? Wtedy byłoby 68:65 i istniałaby szansa wyrównania celnym rzutem za 3 punkty. Otóż nie wchodziło to w grę – regulamin FIBA mówi jasno, że punkty uzyskane przez umyślne rzucenie do własnego kosza po prostu się nie liczą.

Źródła: 1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9, 10, 11

Oglądany: 53370x | Komentarzy: 24 | Okejek: 187 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało