Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Wyjechała do Albanii - teraz opowiada, jak tam naprawdę jest. Transport i tradycja

32 698  
171   17  
Dziś o podróżach, transporcie, tradycji, języku i śmiesznym Dżordżu Bushu. Zapraszamy!

Wyjechała do Albanii - teraz opowiada, jak tam naprawdę jest. Transport i tradycja
Wyjechała do Albanii - teraz opowiada, jak tam naprawdę jest. Transport i tradycja
Moje ulubione miejsce w Tiranie. Niszczejące pomniki w centrum miasta. Nie wiedzą chyba co z nimi zrobić.

Odpowiadając na pytania: poprzedni temat (kliknij, by przeczytać poprzedni wpis) był chyba trochę zbyt poważnie potraktowany. Ale dowiedziałam się też, że śluby aranżowane nie są tak popularne, jak mi o tym opowiadano, a dodatkowo od dawna są nielegalne.

Też widzę, że niektórzy zrzucają wszelkie zachowania na religię, bo tam islam. Już w pierwszej części pisałam o stosunku Albańczyków do religii. Myślę, że mają bardzo zdrowe podejście do tych spraw.

Wyjechała do Albanii - teraz opowiada, jak tam naprawdę jest. Transport i tradycja
Szkodra, a w tle minarety i wieża kościoła katolickiego.

A teraz chyba najczęściej poruszany w komentarzach temat:

Transport i podróże

Transport zbiorowy to coś, co trochę żyje własnym życiem. W większych miastach, z których autobus wyjeżdża, zazwyczaj jest jakiś rozkład jazdy albo w oknie busa (po albańsku furgon) obok tabliczki z nazwą docelowego miasta mają podaną godzinę odjazdu. Natomiast w miastach, przez które autobus przejeżdża, coś takiego jak rozkład nie istnieje. Bo autobus ma punktualnie (albo jak się zapełni, to zależy, czy gdzieś widnieje godzina czy nie i czy to transport prywatny, czy mają jakąś umowę z miastem) wyjechać, ale kiedy będzie w poszczególnych miastach, to już nie ma znaczenia. Więc jeśli wiesz, o której autobus wyjechał z miasta X, musisz policzyć ile czasu potrzebuje na przejechanie albo pytać lokalnych, o której mniej-więcej ten autobus tu przejeżdża i czekasz. Czekasz oczywiście na trasie, bo przystanki autobusowe w większości nie istnieją. Często są to miejsca umowne, gdzie autobus się zatrzymuje. Albo stanie tam, gdzie pasażer poprosi. Trochę lepiej jest z transportem miejskim. Ale w mało którym mieście są takie autobusy. Na trasie przystanki zazwyczaj są oznaczone, choć nie zawsze. Czasami po prostu przyjęło się, że autobus tam staje i tam zbierają się ludzie (jest tak nawet w stolicy kraju). Rozkładów w większości brak. Wiesz, że dany autobus jeździ co 10 minut, więc czekasz, aż będzie.

Wyjechała do Albanii - teraz opowiada, jak tam naprawdę jest. Transport i tradycja
Wąska ulica nie jest przeszkodą, żeby zaparkować samochód. I wszędzie kable.

Przy transporcie pracuje zawsze dużo osób. Przy autobusach międzymiastowych zawsze jest „naganiacz” – stoi i krzyczy nazwę miasta, a w międzyczasie nasłuchuje o czym rozmawiają turyści obok, żeby zaprowadzić ich do właściwego autobusu. Potem jest oczywiście pan kierowca. Dodatkowo zazwyczaj jest pan biletowy. Gdy autobus rusza, pan idzie do pasażerów po pieniądze za przejazd, a podczas drogi krzyczy nazwy „przystanków”. Czasami jest też kontroler. Spotykałam go zawsze w autobusie na trasie Durres - Golem. Pan kontroler chodzi tak dwa kroki za panem biletowym i sprawdza bilety pasażerom. Oczywiście widzi, jak ktoś płaci i dostaje bilet. Ale pracę ma? Ma. Bezrobocie spada.

Ja bardzo lubię jeździć autobusami po Albanii. Podróże różnią się zdecydowanie od tych, które znamy u nas. Często jest problem z miejscem na bagaż – w autokarach jest normalny bagażnik (na dole autobusu). Ale zazwyczaj podróżuje się busami i tam miejsca praktyczne nie ma (tyle co za ostatnim rzędem siedzeń. Autokary nie mają toalet. Na trasie Saranda -Tirana (ok. 5 godz. jazdy) jest jeden postój, zawsze w tym samym miejscu. Zawsze mnie też bawiło, gdy był postój na trasie Kukes -Tirana (pełne 2 godziny jazdy) i Albańczycy (w każdym wieku) wracali do busa ze słodkimi napojami i chipsami. Przypominało mi to wyjazdy za dzieciaka na kolonie (gdy, jak rodzice nie wiedzieli, kupowało się co niezdrowe, ale dobre). W trakcie przystanku w większym mieście często wsiadają panowie sprzedający przekąski (popcorn, krakersy czy słonecznik), napoje i banany. W autobusie leci głośno muzyka (a nie ZAiKS i „muzyka jest tylko dla kierowcy”), a jak są telewizory, to kierowca puści też teledyski albo koncerty. Raz też jechałam busem, gdzie na miejscu kierowcy siedziało dwóch facetów, bo nie było już dla dodatkowego pasażera normalnego miejsca.

Jest też możliwość poruszania się prywatnymi samochodami. Niektóre mają na sobie napis taxi, ale w większości są to samochody mężczyzn, którzy tak zarabiają na życie, nie mają kontraktu z żadną firmą. W nadmorskich miejscowościach zarabiają głównie na turystach, wożąc ich po najważniejszych punktach okolicy. Wychodzisz z portu czy z busa w Tiranie i otacza cię wianuszek mężczyzn „Taxi? Taxi?”. Trochę jak mewy z „Gdzie jest Nemo?”.

Wyjechała do Albanii - teraz opowiada, jak tam naprawdę jest. Transport i tradycja
Pan taksówkarz w oczekiwaniu na klientów.

Natomiast w Albanii funkcjonuje coś, co ja nazywam „blablacar offline”. Polega to na znalezieniu takiego miejsca, gdzie przy otwartych drzwiach samochodu stoi paru panów i debatuje (zazwyczaj okolice dworca autobusowego), albo ktoś sam zagada „Taxi? Taxi?”, gdy widzi twoje zagubienie. Wtedy trzeba powiedzieć nazwę miejscowości, do której się wybieramy i ktoś się znajdzie. Jeśli nie ten pan, z którym właśnie rozmawiasz, to na pewno jego kolega. Działa to również przy przekraczaniu granicy, tu nikt się nie martwi o jakiś nielegalny wywóz osób, nie sprawdza, czy masz dokumenty. W taki sposób przekraczałam granice z Czarnogórą i Kosowem. Łapiąc samochód na trasie warto pamiętać, że przez ten typ transportu Albańczycy czasami mogą poprosić o zapłatę i nie zawsze będzie to dla nich oczywiste, że łapiemy „stopa”.

Można też wypożyczyć samochód. Ale trzeba wiedzieć, co nas może czekać. Z ich stylem jazdy trzeba się urodzić. Z trzech pasów robi się pięć, wyprzedzanie na trzeciego, jazda pod prąd. Ale, o dziwo, nie widziałam tu nigdy poważnego wypadku samochodowego, tylko drobne stłuczki.

Zawsze mnie bawi, że światła awaryjne = parking w dowolnym miejscu. Albańczycy, gdy muszą coś na szybko załatwić (kupić chleb czy papierosy w kiosku), wychodząc z samochodu nie wyłączają go. Zostawiają odpalony samochód, z uchylonymi drzwiami i kluczykiem w środku.

A jak tu z drogami? Owszem, jest asfalt i to całkiem niezły. Ale często jest wąsko i kręto – typowa górska droga. Często trzeba nadrobić drogi, żeby gdzieś dojechać. Trzeba też pamiętać, że na drodze (również autostradzie) może pojawić się nagle krowa czy pasterz ze stadem owiec czy kóz. Właśnie przez takie tereny jest tu tyle mercedesów. Kiedyś tylko one wytrzymywały trudne, albańskie warunki.

Wyjechała do Albanii - teraz opowiada, jak tam naprawdę jest. Transport i tradycja
Przez trudne drogi musimy jechać wolniej, dzięki temu możemy podziwiać widoki.

Jest bardzo mało linii kolejowych, a przejazd pociągiem to podobno dość ekstremalne przeżycie, wciąż przede mną. W pociągach często są powybijane szyby, bo dzieciaki lubią rzucać w nie kamieniami. Moja nauczycielka albańskiego mówiła, że służą one głównie do przewozu zwierząt (nie kota czy psa, raczej krów czy owiec).

Nie jest łatwo podróżować poza Albanię, szczególnie poza sezonem. Jest tu tylko jedno czynne lotnisko (Tirana), które na dodatek ma wysokie opłaty i mało co tu lata. Inne najbliżej czynne lotnisko to Korfu lub Podgorica, które też najwięcej lotów mają w sezonie letnim. Ewentualnie lotnisko w Kosowie, ale tam też jest niewiele lotów. Kolejne lotniska w Albanii są w planach (Kukes, Vlora i Saranda). Jest też tu bardzo dużo agencji oferujących bilety lotnicze czy autokarowe. Nie wiem, czy wynika to z braku powszechnego dostępu do Internetu i posiadania komputerów, czy raczej chodzi o sposoby płatności. Zazwyczaj za bilety płaci się kartą, a tu bankowość nie jest tak powszechna. Niewiele osób ma konto w banku, a co dopiero karty płatnicze.

Zastanawiają mnie albańskie bagaże. Nie zauważyłam, żeby ktoś podróżował tu z dużym plecakiem. Jak mnie z nim widzą, to od razu wiedzą, że nie jestem z Albanii. Ale oni tu często nie mają nawet walizek, tylko pełne torby, podobne do tych, które są w Ikei. Nawet, gdy podróżują samolotem. Albo w ogóle nie mają ze sobą bagażu (nie wiem, może jadą i wracają tego samego dnia, albo odwiedzali kogoś, ale 5-godzinna wyprawa w jedną stronę do stolicy na pół dnia jest dość męcząca).

Ich język i tradycja

Są bardzo przywiązani do swojego folkloru, co bardzo mi się podoba. Każdy od dziecka zna narodowe tańce, głównie za sprawą wesel, na których tańczy się właściwie tylko to (tak przynajmniej słyszałam i widziałam na filmach, wciąż nie miałam okazji pójść na albańskie wesele). Dodatkowo każdy region ma swój własny układ (na początku może nam się wszystko zlewać w jedno, ponieważ tańczy je się w kole).

Tradycyjny taniec i strój z rejonów Kukes.

W samochodzie zazwyczaj lecą śpiewy polifoniczne. Na ważne rodzinne uroczystości czy wesele można nałożyć strój ludowy i nie będzie to dziwne. Tak samo na szkolne czy państwowe uroczystości – oni traktują to jak strój galowy.

Przykład śpiewu polifonicznego. Zazwyczaj towarzyszą mu tradycyjne instrumenty. Od 2008 roku znajduje się na niematerialnej liście UNESCO.

Albańczycy są też ogromnymi patriotami. Mogą narzekać na swój kraj, ale i tak go kochają. Wszędzie są albańskie flagi, normalnym jest noszenie koszulki z dwugłowym orłem. Albo swoją flagą zasłaniają tylną szybę w samochodzie. Często można zauważyć na zdjęciach (albo podczas oglądania mistrzostw świata 2018 – mecz Szwajcaria-Serbia), jak dłonie układają na wzór orła. Albańczyk jest dumny z bycia Albańczykiem.

Wyjechała do Albanii - teraz opowiada, jak tam naprawdę jest. Transport i tradycja
Albańska flaga przy runach jednego z zamków.

Wszędzie jest też wizerunek ich bohatera narodowego - Skanderbega, właściwie Gjergj Kastrioti Skënderbeu, a po polsku Jerzy Kastriota. Bronił on Albańczyków przed wojskami osmańskimi. Można trafić na jego ślady również w Polsce – w Warszawie jest skwer jego imienia, a w Gdańsku na jednym z budynków możemy znaleźć jego wizerunek.

Wyjechała do Albanii - teraz opowiada, jak tam naprawdę jest. Transport i tradycja
Popiersie bohatera narodowego w Kukes.

A ich język... Sam sobie grupą językową, ponieważ nie jest podobny do żadnego innego języka. Szukając informacji o nim, czytałam, że dla wielu osób brzmi jak szelest. Dla mnie brzmiał raczej strasznie, przez gardłowe "r". Po prawie roku już brzmi normalnie. Ale jest on dla mnie pełen domysłów i wyjątków. Np. litera ë postawiona na końcu wyrazu jest niema, w środku wyrazu możesz powiedzieć, możesz pominąć. Wedle uznania. Ale wyraz kończący się na spółgłoskę jest rodzaju męskiego, kończący się na ë – żeńskiego, to samogłoska. Ale słysząc rozmowę, nie masz pewności, czy ktoś pominął literkę. Np. po albańsku zdanie „Mam psa” i „Ja byłam” brzmią tak samo. Nie trzeba używać też osoby w zdaniu (jak w polskim, możesz powiedzieć „Mam” albo „Ja mam”). Problem jest tylko taki, że w 2 i 3 koniugacji czasownika i liczbie pojedynczej czasownik odmienia się tak samo i wszystko wynika z kontekstu. Więc "Jem, jesz, (on/ona) je" brzmi "ha, ha, ha". Tak, "ha", po albańsku to jeść. Tak samo dialekty – północ z południem czasami się nie dogada, mimo że rozmawiają w tym samym języku. Lepiej też nie krzyczeć po angielsku słowa samochód, bo "kar" to wulgarne określenie członka.

Albańczycy chwalą się, że ich alfabet ma aż 36 liter! Tak, bo dwuznaki też tam wrzucili. Dużym plusem tego języka jest to, że właściwie tak jak jest napisane, tak się czyta. Niestety lubią połączenia spółgłosek takich jak mb czy dh. Ale, nie wiem jak to nazwać, Albańczycy maja problem z domyślaniem się o co chodzi, gdy próbujesz rozmawiać w ich języku. Ale jak już załapią, że próbujesz swoich sił w albańskim, to nie mówią do ciebie wolno i wyraźnie, mówią jak do swoich. W albańskim stwierdzenie, że idziemy na kawę oznacza po prostu wyjście na miasto, nie musisz pić kawy, równie dobrze może być to wyjście na piwo. A gdy kierowca zapyta się ciebie gdzie jesteś, to tak naprawdę pyta, gdzie będziesz jechał. Gdy gospodyni zawoła cię na jedzenie chleba, tak naprawdę ten chleb będzie tylko dodatkiem, szykuj się na ucztę. Ale to co mi się podoba, to że piszą zagraniczne nazwy po swojemu. I tak na tablicy napis „xhin dhe tonik” oznacza nic innego jak gin & tonic. A ulica imienia George Busha będzie nazwana imieniem Xhorxh Bush.

Wyjechała do Albanii - teraz opowiada, jak tam naprawdę jest. Transport i tradycja
Tu akurat pomnik, a nie ulica, Busha z Kruji.

Chyba kończą mi się pomysły na kolejne podpunkty i wydaje mi się, że następny tekst będzie moim ostatnim. Choć nigdy nie wiadomo, co przyniesie kolejny dzień w Albanii. Obecnie walczę z papierologią na kolejne pozwolenie na pobyt. Polska biurokracja przy albańskiej to nic takiego. Ale chociaż nie trzeba rozliczać PIT-a, jak się zarabia mniej niż około 5,5 tys. PLN miesięcznie.

Mam nadzieję, że wam się podobało :)

Oglądany: 32698x | Komentarzy: 17 | Okejek: 171 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

16.02

15.02

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało