Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Wszyscy mu wmawiali, że z tego nie wyjdzie, a on w zaledwie rok udowodnił, jak bardzo się mylili

51 807  
556   75  
Dziś historia o życiu, o walce i o wielkiej sile, która drzemie w każdym z nas.

Cześć. Jestem użytkownikiem od wielu lat i czytałem tu już naprawdę harde historie nadesłane przez czytelników. Dziś tak się złożyło, że nieskromnie stwierdziłem, że podzielę się i moją. Kilka osób z portalu może mnie znać, dlatego z góry proszę: jeśli słyszałaś lub słyszałeś ode mnie jakąś część tej historii, to bardzo proszę, nie zdradzaj mojej tożsamości w komentarzach. Bardzo mi na tym zależy i jeśli doczytasz do końca, to w pełni zrozumiesz dlaczego. Dziękuję.

A wszystko uderzyło niecałą godzinę temu. W domu, przy biurku, na moim fotelu. Bo przecież w starej reklamie mówili, że większość wypadków zdarza się w domu.

Ból. Są różne poziomy bólu, od tego, co czujemy przy zadrapaniu, przez mrówcze dziabnięcie, aż po strzelenie się małym palcem w kant szafki czy pieprznięcie łokciem w miejsce "z prądem". Tak to oczywiście wygląda na zabawnych obrazkach w internecie - w rzeczywistości za tymi bólami jest jeszcze cały ogrom skali bólu, którego siła sprawia kolejno, że odchodzimy od zmysłów, dalej, że zaczynamy krzyczeć, przy jeszcze mocniejszym nie jesteśmy w stanie nawet krzyczeć, ale jest jeszcze jeden, dalszy stopień. W tym ostatnim nie jesteśmy w stanie zrobić nic. Nawet mrugnąć powieką czy ruszyć palcem. Ból jest tak silny, że nasz układ nerwowy zostaje kompletnie porażony i, o dziwo, nie czujemy nic, ale to jedno z najgorszych "nic", jakie można wyobrazić sobie w życiu. Zaręczam. Właśnie to poczułem godzinę temu, na swoim fotelu, siedząc przy biurku w swoich ciepłych kapciach.

Takie rzeczy zawsze pojawiają się znikąd

Pojawiają się znikąd i nigdy się ich nie spodziewasz. Nie ma tak, że zaplanujesz sobie coś w życiu i śmiertelna choroba czy nagły wypadek cię ominie. Nichuja, nie ma mowy. Możesz być mną, możesz być młodym chłopakiem, zadbanym, aktywnym fizycznie, który nie doznał żadnego większego urazu fizycznego i *cyk* leżysz na podłodze.

Właśnie od tego zaczęło się jeszcze lata temu, kiedy zaczynałem swoje dorosłe życie na własny rachunek. Na swoim, z własną rodziną, własnymi rachunkami i własną wizją przyszłości - pięknej przyszłości. Brałem się z życiem za bary i sam byłem zaskoczony tym, jak dobrze mi to wszystko idzie i nagle *cyk* - wyjebałem się na podłogę. Dosłownie na ułamek sekundy straciłem czucie w nogach i się po prostu przewróciłem.

Różne rzeczy w życiu się dzieją, więc czasem nawet coś takiego można zignorować, mówiąc sobie, że to przecież nic takiego i na pewno każdemu czasem takie "zasłabnięcie" się zdarza. Mi zaczęło się zdarzać coraz częściej, aż w końcu, dosłownie parę dni później, leżałem w swoim łóżku bez czucia w nogach, gapiąc się w sufit. Nie mogłem nawet pójść do łazienki, do kuchni, nigdzie nie mogłem pójść. Dopiero po przeleżeniu tak kilku godzin czucie w nogach wróciło na jakiś czas, by potem znów zniknąć.

Od pierwszego symptomu do takiego stanu wystarczyło dosłownie parę dni - wystarczająco mało, żeby nie udało się z tym nic zrobić w ramach NFZ. To w kontaktach z nimi w życiu odczułem bodaj najwięcej beznadziejnej bezsilności i to takiej, przy której człowieka już nawet wkurwienie opuszcza. Szczególnie w opisywanym przypadku.
Weź coś zrób z tym, człowieku, jesteś gówniarzem, zaczynasz dopiero życie, musisz żyć jakoś!
Taka myśl kołatała mi się po głowie i wiedziałem, że nie odpuszczę. Dzwoniłem po lekarzach, dzwoniłem po przychodniach, jeśli tylko czucie do mnie wracało, to jeździłem na wizyty i badania. Wszyscy w NFZ, w kilku niezależnych miejscach, stwierdzili, że "no sorry, he, he, takie objawy to kręgosłup, ale ty to generalnie młody jesteś i zdrowy, jak będziesz miał 40 lat, to dopiero będziesz wiedział, gdzie jest kręgosłup, a teraz to nic ci nie jest", albo "jak tak bardzo chcesz zwolnienie z pracy, to ja ci wypiszę, nie musisz udawać, powiedz na ile chcesz".

Tak. Tak, kurwa, usłyszałem to od kilku lekarzy. Niezależnie. W przychodniach i w szpitalu, a nawet po tym, jak trafiłem na SOR. I warto o tym wspomnieć, bo musiałem sam się zapisać w rejestracji i jak już udało mi się dokulać do okienka, to opryskliwa pani baba tyle mnie tam trzymała, że aż mi barki zbielały z wysiłku. Dlaczego barki? Bo dosłownie wisiałem na kamiennej ladzie przy okienku, trzymając się tylko rękami i ze zwisającymi pode mną nogami. Później, w ramach odpoczynku po tym wysiłku, spędziłem kilka godzin leżąc na betonowej podłodze na korytarzu SOR-u. I nie ma w tym ani trochę "podkoloryzowania" z mojej strony. Leżałem po prostu bite 7 godzin na zimnym betonie jak śmieć. Zaczepiana obsługa szpitala rzucała mi tylko "musi pan czekać" i uciekali czym prędzej z moich oczu, bo przecież wiedzieli, że do nich nie wstanę. Super opcja, co? No dziękuję Pan NFZ po chuju fest.


Właśnie to bym chciał im powiedzieć, ale wychodzi na to, że to oni mówili to mi.

Domyślasz się pewnie, że te 7 godzin w bezruchu wystarczyło, żeby czucie w nogach choć częściowo mi wróciło - akurat wtedy, kiedy pojawił się neurochirurg. To sprawiło, że do gabinetu wszedłem o własnych siłach i usłyszałem tylko stek niewybrednych komentarzy od wspaniałego pana doktora Kutasińskiego. Zjebał mnie, że on tu życie ludziom ratuje i miał teraz operację i musiał przyjść na SOR, a tu mu jakiś dzieciak na własnych nogach do gabinetu wchodzi? No to być nie może! Gówniarz! Łajdak i menda! Choć może tych ostatnich słów nie użył, ale pozostawił je między wierszami.

Pierwszy raz, to był pierwszy raz w moim życiu, kiedy z wkurwienia zacząłem tak opierdalać dwa razy starszego ode mnie człowieka, że aż przechodzący przed gabinetem ludzie otwierali drzwi bez pukania, żeby spytać, czy wszystko w porządku. Na szczęście wytrzymał krytykę i moje niewybredne słowa i postanowił, że w drodze wyjątku się mną zajmie. Że założymy, że on mi wierzy, że naprawdę coś mi jest, a nie że tak sobie przyszedłem popierniczyć kocopały.

No i wjechaliśmy windą na górę, zabrał mnie do pokoju, w którym znajdowało się kilka komputerów, paru chirurgów i jedna kanapa. Podałem mu płytę z rezonansem magnetycznym mojego całego kręgosłupa. Badanie zrobiłem oczywiście prywatnie, bo na NFZ to wiadomo, że nie, bo przecież "zdrowy pan!" i skierowanie mi się nie należało, a kosztowało to wtedy znaczącą kwotę, szczególnie dla tak młodego człowieka.
Kiedy chirurg zobaczył obraz badania, powiedział tylko "o kurwa". Spojrzał na mnie i dodał "kładź się na tej kanapie, nie siedź nawet na krześle". W następnych minutach miałem wrażenie, że zwołał wszystkich chirurgów i specjalistów, jacy byli w szpitalu. Oglądali moje badania, studiowali je milimetr po milimetrze i kręcili głowami.

Werdykt był jednogłośny.

- Masz przejebane, młody.
- Jak bardzo?
- Bardziej niż bardzo.
- Operacja?
- Operacja by ci pomogła, ale nie jesteśmy w stanie cię operować. Twoje paraliże czy też parestezje są spowodowane przesuniętym i zniszczonym krążkiem, który uciska nerw. W takich przypadkach operacja polega na spięciu sąsiadujących kręgów szyną, żeby unieruchomić to miejsce. W twoim przypadku nie możemy tego zrobić, bo sąsiadujące krążki podlegają wtedy większym obciążeniom, a u ciebie te też są w złym stanie i po prostu nie wytrzymają. Ogólnie to człowiek ma 24 kręgi właściwe. Ty masz 3 w dobrym stanie, reszta to przeważnie śmietnik.
- Czyli operacja nie wchodzi w grę?
- Nie, ani taka, ani żadna inna - spojrzał jeszcze raz w monitor. - Masz też guzy na kręgosłupie, ale to najmniejszy problem, moglibyśmy je spiłować na stole, żeby nam się szyny dobrze trzymały, no ale nie ma do czego ich założyć.
- To co w takim razie?
- Terapia lekami zwiotczającymi mięśnie, żeby rozluźniać ten obszar. W momencie bólu i porażenia przestaniesz świadomie czy bezwiednie spinać mięśnie w okolicy ucisku na rdzeń kręgowy i dzięki temu kręgosłup będzie mógł się rozluźnić i wycofać krążek na swoje miejsce.
- Czyli piątka Pavulonu?
- No wiem, jak to brzmi...


Przynajmniej wiedziałem już, co mi jest

W tym miejscu tak naprawdę dopiero zaczął się rajd po lekarzach. Wszystkie skierowania do przychodni, do specjalistów i nawet na rehabilitację nagle stały się "pilne" i okazywało się, że na ortopedę nie trzeba czekać miesiąca czy pięciu, tylko można na jutro. To samo z neurologami. Zaczęła dziać się chwilowa magia w NFZ, po tym, jak wydałem grube tysiące na prywatne badania, żeby łaskawa służba zdrowia uwierzyła, że coś mi może jednak jest.
Niestety, jedyne co dały mi szaleńcze rajdy po przychodniach, to jednogłośne stwierdzenie, że to się na rehabilitację nawet za bardzo nie nadaje, a mrożenie, lasery i inne wyciągi pomogą mi tylko doraźnie i to dosłownie na maks parę godzin. Mimo to na moją prośbę wszystko to przerobiliśmy - rzeczywiście, skutek był żaden.

Żaden z lekarzy nie chciał zmieniać mojej kuracji - leki zwiotczające mięśnie i koniec, żadnych innych pomysłów. Chodziłem do lekarzy regularnie, a stan mojego zdrowia od początkowej poprawy, w tym miejscu znów tylko się pogarszał.

Ortopedzi doszli też do tego, co było przyczyną. Wychodzi na to, że nic szczególnego. Kiedy byłem wczesnym nastolatkiem, to bardzo szybko rosłem i w tym czasie też sporo pracowałem fizycznie. Kiedy moi rówieśnicy z gimnazjum byli na wakacjach nad morzem, ja wstawałem o 5:00 rano i jechałem tyrać na budowie. Kiedy oni byli z rodzicami w górach, ja przerzucałem gnój na gospodarstwie. Jak oni siedzieli w domu i grali w gry komputerowe, to ja odśnieżałem chodniki i dachy, albo kładłem szalunki, lałem beton, czy odzyskiwałem złom po rozbiórkach budynków. Poza oczywistym finansowym wynagrodzeniem, zarobiłem też na ten mój zjebany kręgosłup. Wystarczyło tak niewiele.

Minęło parę tygodni, a ja...

A ja znów leżałem w swoim łóżku, sparaliżowany od pasa w dół, patrzyłem w sufit, zaciskając zęby. Modliłem się sam do siebie, żeby czucie w nogach nie wracało, bo z każdym powrotem po sekundzie czułem ogromny ból, jakby ktoś siekierą przerżnął mi kręgosłup, po czym czucie w nogach znów znikało. Nie wiem, czy wiesz, ale fantomowe uczucie nóg, w których straciło się właśnie władzę, to jedno z najbardziej popieprzonych rzeczy, które można na sobie poczuć, a uwierz mi, że czułem już w życiu wiele dziwnych rzeczy. Ten przerażający ból to przy tym pikuś. Po prostu leżysz i czujesz, że masz nogi, a po chwili *cyk* i już wiesz, że nastąpił paraliż, ale jeszcze przez chwilę je czujesz, a potem rozpływają się jak mgła, jak słabe, odległe wspomnienie. Możesz dotknąć ich ręką i wtedy z jednej strony zdaje ci się, że czujesz to na skórze nogi, ale to tylko przyzwyczajenie twojego mózgu - zaczynasz macać swoją nogę i ta świadomość, że odczuwasz to jedynie dłonią, to jest jeszcze bardziej pojebane uczucie. Coś, czego nawet nie da się opowiedzieć. Kompletna masakra.

Leżałem więc, zrujnowany, zniszczony, gapiłem się w sufit, macałem się po nogach i płakałem, ale nie z bólu, tylko z bezsilności. Całe życie przede mną, a jedyne co o nim usłyszałem w ostatnim czasie, to że jak nie będę za kilka lat jeździł na wózku, to będzie prawdziwy cud.

Tamtej chwili i wszystkiego co z nią związane nie zapomnę do końca życia.

Wtedy do reszty pękłem

Pamiętam jak dziś, to był listopad, a ja po trzecim dniu spędzonym w łóżku byłem już tak zniszczony psychicznie, że pękłem. Czucie w nogach na chwilę częściowo wróciło, więc popełzłem do łazienki i wspinając się po pralce spróbowałem stanąć przed lustrem. Przynajmniej udawać, że stoję. W odbiciu zobaczyłem totalne ludzkie gówno. W parę tygodni z młodego szczupłego, sprawnego chłopaka w ludzkie ścierwo z podkrążonymi oczami, z obwisającą skórą, a nawet z odstającym i wiszącym brzuchem. No i niesprawny...
To było moje pierwsze selfie w lustrze. Tak, pierwsze o czym pomyślałem, to żeby zrobić sobie samojebkę w łazienkowym lustrze, żeby wiedzieć, dokąd doszedłem w życiu, a doszedłem w moim odczuciu na dno i okazało się później, że to zdjęcie bardzo mi się przydało.

Ta wycieczka była tak obciążająca, że po powrocie do łóżka czucie w nogach znów zniknęło, a ja przerywanym snem dospałem do rana.

Obudziłem się

Obudziłem się z postanowieniami:
- Przestać brać leki zwiotczające i wszystkie przeciwbólowe.
- Ogólnie jebać wszystko to, co lekarze mówią i łamać wszystkie ich zakazy.

YOLO, jak moje życie ma tak wyglądać, to nie mam nic do stracenia - po odstawieniu leków pierwszym krokiem było uprawianie sportu! No, wiadomo, wielkie słowa jak na człowieka-glizdę, bo tak naprawdę, to nie wychodziłem, tylko wypełzałem z łóżka, czepiając się rękami ścian, przesuwałem się po podłodze do salonu i tutaj, jak jebana gąsienica, powłócząc za sobą nogami, zacząłem ćwiczenia. Na początku mało, łatwe, proste. To był ból jak sam jasny skurwysyn i najbardziej chyba nieprzyjemna scena ze mną w roli głównej, jaką mogłem sobie wyobrazić. Bo wyobraź sobie dorosłego faceta miotającego się po podłodze i ciągnącego za sobą nogi (w twoim mieszkaniu!), który w dodatku zaciska zęby i jest uparty jak jasny chu*, ale co chwila albo krzyknie z bólu, albo rzuci jakąś "urwą", albo opada z sił i sobie o podłogę ten swój głupi ryj rozwala. A ja niewiele więcej mogłem zrobić, ale starałem się robić cokolwiek, co w moim odczuciu mogło mi pomóc.

Na tapet weszła nawet najbardziej, ekhm, niemęska rzecz, jaką można sobie wyobrazić, czyli joga. No bo kurwa, nooo... no poczuj się na moim miejscu. Część z ćwiczeń jogi można wykonać na leżąco i okazuje się, że na kręgosłup to działa jak złoto. Oczywiście do tego poziomu doszedłem dopiero po jakimś czasie, ale do dziś mogę polecić. I tutaj rzecz najważniejsza: znałem ogólne założenia i wiedziałem, jak ćwiczy się jogę, bo miałem w gimnazjum nauczyciela WF-u, który pokazał nam to na zajęciach. Pokazał nam też jak dokładnie działają stawy, mięśnie, ścięgna i jak to wszystko wygląda od strony typowo anatomicznej. I tak powinno być w każdej, powtarzam, w każdej cholernej szkole. W każdej! To prosta wiedza, która nieraz w życiu mi się przydawała, i nie mówię już o moich kwestiach zdrowotnych, ale nawet tak przyziemnych czynnościach, jak rozbieranie półtuszy wieprzowej czy projektowanie jakiegoś tam ramienia do wysięgnika w pracy. To po prostu podstawowa i bardzo ważna wiedza. A ja z tą wiedzą przechodziłem kolejne okresy:

Po okresie pełzania, wszedłem w okres prób wstawania, potem jednak troszkę na czworaka, żeby z wysoka nie spaść i znowu sobie tego głupiego ryja z wysoka nie rozwalić, a później było już tylko lepiej. No, mocno uśredniam to "tylko lepiej", bo niejedne porażki po drodze się zdarzały. Mimo wszystko...

W lutym zainstalowałem sobie apkę do biegania

Oczywiście nie po to, żeby biegać, ale zobaczcie progres:
listopad - leży i palcem nie rusza;
luty - wychodzi na długie spacery.
Potem poszło już z impetem. W niedzielę wielkanocną kupiłem rower z jakiegoś ogłoszenia w internecie i od razu go odebrałem. Jeszcze tego samego dnia pojechałem na moją pierwszą rowerową wycieczkę od lat. Radość jak cholera. Pęd, powietrze, wiatr na twarzy, prędkość, coś pięknego! Przejażdżki rowerem weszły na stałe w mój tygodniowy treningowy plan, w dni wolne od biegania, bo w tym miejscu dałem radę zacząć powolutku biegać. Na początku malutko, interwałami, pół minuty truchtu, minuta spaceru, pół minuty truchtu i tak... na początku 3 takie powtórzenia to było już naprawdę wyzwanie, ale dzięki konsekwencji później było coraz lepiej.

Oczywiście cały czas byłem zniszczony, cały czas byłem rozjebany, cały czas czułem ból i przez ten okres bałem się czasem wykonać nawet mały ruch, który był na mojej osobistej "liście zakazanych ruchów". Jednak znów brałem się z życiem, a właściwie sam ze sobą, za bary. Cisnąłem ile się dało, byle do przodu, byle do sprawności, bo o powrocie do pełnego zdrowia nie było mowy, z czego doskonale zdawałem sobie sprawę.

Przez ten czas nauczyłem się robić masę rzeczy od nowa. Chodziłem do świetnego neurologa (oczywiście, że prywatnie), który pokazywał mi, jak mam żyć, jak mam wykonywać nawet najdrobniejsze czynności, żeby nie obciążać kręgosłupa.
- Pokaż mi, jak wiążesz buty... źle. Od dzisiaj musisz robić to tak i tak.
- Pokaż mi, jak wchodzisz do wanny... źle.
Jak się wycierasz, jak się ubierasz, rozbierasz, wychodzisz z łóżka, zmywasz naczynia, wstajesz z podłogi... nawet wcześniej nie myślałem, że te rzeczy można robić "źle".

Mimo wszystko radość

Ja wiem, że to wygląda jak kołczingowe pierdololo, ale radość z życia to nie wygrana w totka, tylko spacer o zachodzie czy wschodzie słońca, uśmiech dziecka, drobne chwile, przejażdżka na rowerze, niewidoczne na pierwszy rzut oka gesty, szczodrość, miłość i każdy mały szajs, który spotyka nas każdego dnia. I nie, nie trzeba tracić cholernego czucia w nogach i nie trzeba uczyć się od nowa żyć po to, żeby to doceniać. Moje nogi nie mają związku z tym, że cieszy mi się japa, jak widzę starszych państwa trzymających się za ręce na spacerze. To jest szczęście i radość w życiu - widzieć te drobne rzeczy i się z nich cieszyć, doceniać i samemu je gdzieś tam czasem rozdawać.

Wiesz, jakiego to daje kopa do życia? Naprawdę, każde takie małe codzienne byle co po prostu unosi nad ziemię, jak już zaczniesz się tym jarać.

I odszedł w kierunku zachodzącego słońca

(czy tam pojechał na motorze jak Reno Raines z czołówki Renegata)
To był listopad - dokładnie rok po momencie, w którym byłem na dnie. Przez cały rok miałem w komórce tamto zdjęcie. Patrzyłem na nie raz na jakiś czas i to dawało mi może nie tyle, że więcej siły, ale przede wszystkim więcej świadomości tego, co właśnie robię i tego, jak to może się przypadkiem skończyć. Rok to może mało, może niemało czasu na powrót do zdrowia po czymś takim, jednak nadszedł czas sprawdzianu ostatecznego.

Zapisałem się na dziesięciokilometrowy bieg z okazji Dnia Niepodległości. To miał być mój pierwszy start w takich "zawodach". Pełna ekscytacja, odebranie pakietu startowego i cała reszta biegackiego pierdupierdu, z którym spotykałem się na każdym kroku. Już nawet w biurze zawodów przy odbiorze pakietów startowych wszędzie pełno było tych ludzi w obcisłych koszulkach, pięknie wyrzeźbionych, doskonale i harmonijnie zbudowanych, chodzących w tak sprężysty sposób, że ogon Tygryska z Kubusia Puchatka mógłby im pozazdrościć, młodzi, piękni, atrakcyjni, no i ja, po prostu dobrze, że nie na wózku, to tak z takich moich sukcesów życiowych na tamten moment.

Dzień biegu to był szał. Jedyne co miałem w głowie, to po prostu dobiec do końca nie zatrzymując się. W dupie miałem czas, w nosie miałem wyniki, miejsca i rankingi, bo przecież z kim ja się tam miałem ścigać... W pierwszych grupach pobiegła reprezentacja Wojska Polskiego i prawdziwi sportowcy, później amatorzy, ale szybcy, później średni, wolni, za nimi dzieci, a potem niepełnosprawni, osoby na wózkach, kategoria wiekowa 70+, no i ja. No to już wiedziałem, z kim będę się "ścigał".

W planie miałem, jak mówiłem, jedynie dobiegnięcie do końca bez zatrzymania, a nie było łatwo - jeden koleś przejechał mi po stopie wózkiem inwalidzkim, jedna pani nieumyślnie podstawiła mi kulę pod nogi i mało sobie znów tego głupiego ryja nie rozwaliłem (tak, biegłem w tej samej grupie czasowej co pani babcia o kulach). Zdążyła za mną krzyknąć "aś mnie wystraszył, szalony!". Nie powiem, połechtało ego, nawet z ust kuśtykającej 70-latki. Tak, oto ja, ten "szalony"! Ha, ha! "Staaać mnie na to" - pomyślałem, i pomknąłem jak ten szalony właśnie. Oczywiście po sekundzie oprzytomniałem, bo tak naprawdę to jeszcze nigdy w życiu nie biegłem 10 km bez zatrzymania czy spacerowej przerwy w środku, więc tyle szaleństw na ten dzień wystarczyło.

Walka ze sobą samym była ciężka, ale słodka - dająca przyjemną satysfakcję z wykonanej roboty. Przebiegłem 8 km bez zatrzymania i miałem jeszcze troszkę siły, żeby delikatnie przyśpieszyć na ostatnich dwóch kilometrach.

Wpadłem na metę wykonując swój plan. Organizatorzy już się rozjeżdżali, a stoiska już powoli zbierano, ale wystarczyło jeszcze pamiątkowych medali. Jeden z nich jakaś dziewczyna zawiesiła mi na szyi po tym, jak przebiegłem w stanie prawie agonalnym przez linię mety i choć ten "medal" to tylko kawałek jakiegoś odlewu na wstążce, to był to dla mnie najprawdziwszy order za zwycięstwo. Za ten cały rok pracy i walki.

Chwilę później stałem z medalem w ręku i znów nie czułem nóg, ale tym razem w tej naszej zwyczajnej, codziennej przenośni, po prostu nie czułem nóg ze zmęczenia, jak zwykli, normalni, zdrowi ludzie, a dokładnie rok wcześniej leżałem sparaliżowany od pasa w dół, patrzyłem w sufit i płakałem.

W dorosłym życiu płakałem tylko z dwóch powodów, jednym była właśnie bezsilność, a drugim nie było to, że coś zrobiłem, tylko to, że czegoś nie zrobiłem i powiedziałem sobie "następnym razem". Czyjaś śmierć bezpowrotnie zabrała to "następnym razem", niestety. To co łączy te dwa przypadki to fakt, że żeby z ich powodu nie cierpieć, trzeba mieć w sobie energię do działania i trzeba po prostu robić rzeczy. Tu i teraz. Nie następnym razem, nie jutro, nie kiedyś. Trzeba krzesać siłę z każdej drobnej rzeczy i pierdoły. Z każdego codziennego "szajsu". Ze wszystkiego co się da! Bo poziom tej radości i energii jest skończony i trzeba sobie skądś jej czasem doładować.

Mam nadzieję, że przekazałem ci tą historią zwycięstwa ducha nad materią choć część mojej siły do życia. Mam jej dużo, mam plecak pełen sił, wypełniony aż po brzegi. Bierz, kurna, i nie marudź, częstuj się, dziś wszystko na mój rachunek!

Ale po co ja o tym wszystkim...

A stąd ten cały wpis, że godzinę temu, po niemal 10 latach, ból nagle wrócił. Przed napisaniem tego tekstu leżałem na podłodze i rękami podciągałem nogi, a zęby z bólu zacisnąłem tak mocno, że usłyszałem, jak pękają mi plomby. Przynajmniej mam nadzieję, że to były plomby. Znów walczyłem sam ze sobą i pomyślałem, że ja sobie spokojnie z tym poradzę i jestem na to gotowy, gotowy przyjąć wszystko co najgorsze z uśmiechem na ryju. Sam pogodziłem się z tym już lata temu.

Jestem pewnie takim typowym, może nawet stereotypowym facetem - walczę i nie uznaję własnej słabości, dlatego nigdy nie chcę być traktowany przez pryzmat mojej niepełnej sprawności czy innych problemów, dlatego to, jak naprawdę wyglądał stan mojego zdrowia, doskonale wtedy ukrywałem przed rodziną i bliskimi. Dziś sam nie wiem, jakim cudem mi się to udawało.

To, co najgorszego mogłoby mi się przytrafić, to współczucie i właśnie dlatego jestem tu anonimowo. Tak, to bardzo przewrotne, ale współczucie, zrozumienie i te słowa z rodzaju "jej, ale tobie jest ciężko, ale ty masz trudno w życiu, ale cię świat skrzywdził" sprawiają, że człowiek zaczyna być z tym pogodzony. A kiedy jesteś pogodzony z tym, że coś tam się zjebało no i trudno, to już nie masz takiej potrzeby, żeby to naprawiać. Wiesz, że wszyscy to zaakceptują, że może postarają się jakoś ci wynagrodzić za ból, cierpienie i ułomność. Może nawet zrobią zrzutkę na wózek inwalidzki. Zrobi to z ciebie ofiarę. Ustanowi cię to w przekonaniu, że przecież wszystko jest tak naprawdę w porządku i nie trzeba z tym nic dalej robić, bo ludzie biorą cię takiego, jakim jesteś. W mojej głowie istniał jeszcze ten jeden mały promyk wkurwienia i nadziei na to, że wcale tak nie musi być. Wykorzystałem go. Gdyby wszyscy w koło mówili mi, że nie muszę tego robić, to pewnie skończyłoby się to tragicznie. Pewnie zapisałbym się do jakiegoś stowarzyszenia, pewnie dołączyłbym do jakiejś grupy "wsparcia" i dziś jeździłbym na spotkania i mówił, "cześć, jestem ten i ten i też mam w życiu strasznie ciężko", a wszyscy potakiwaliby głowami w pełnym zrozumieniu. Całą tę sprawę z kręgosłupem nazwałbym życiowym nieszczęściem i to nieszczęście wypełniałoby moje dni, tygodnie, miesiące i całe życie. Nie znikałoby z mojej głowy i sam stawałbym się jego ofiarą. Dziś przypomina o sobie bardzo, naprawdę bardzo rzadko i wcale nie nazywam tego "nieszczęściem". W ogóle tego nie nazywam, bo to nie jest tak istotne w moim życiu, żeby nadawać temu miano i żeby się z tym oswajać.

Nie ma taryfy ulgowej i nie ma rozczulania się nad sobą. Nie potrzebuję też żadnych zbiórek, pieniędzy ani poklepywania po plecach, doskonale sobie radzę w życiu, a moje dobre słowo na dziś bierz za darmo. Dobre rzeczy po prostu są i fajnie byłoby, żebyś mogła, żebyś mógł usiąść tak jak ja w tej chwili i bez względu na wszystko powiedzieć sobie:
Ha! Te ostatnie ileś tam lat to jednak zajebisty czas był w moim życiu.

Czego serdecznie ci życzę. Wszystkim wam.

Oglądany: 51807x | Komentarzy: 75 | Okejek: 556 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

20.02

19.02

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało