Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Skutki spania na wykładzie, mściwy chłopak i inne anonimowe opowieści

46 623  
260   27  
Dziś przeczytacie także o bracie z kryminalną przeszłością, planach zemsty na szkolnej gnębicielce, nietypowej prośbie na pogrzebie, szefowej z dobrym sercem i niewidomej żonie.

Znalezione obrazy dla zapytania candy
Gdy miałam 13 lat, mój starszy brat trafił do więzienia za gwałt.
Zaczęłam się go brzydzić, nie pisałam do niego listów, gdy parę razy był na przepustce, to szłam do koleżanki albo babci, byle tylko na niego nie patrzeć.
Teraz czekają go pierwsze święta po wyjściu z więzienia, oczywiście zamierza je spędzić z naszymi rodzicami. Mnie tam nie będzie, nie jestem w stanie z nim rozmawiać, obrzydza mnie myśl, że ten zboczeniec mógłby mnie dotknąć. Rodzice oczywiście są oburzeni, że nie chcę przyjechać, że zepsuję pierwsze rodzinne święta.
Trudno.
Spędzę Wigilię z moim chłopakiem i jego rodziną.

Dla ciekawych: Nigdy nic mi nie zrobił, nie zgwałcił, nie molestował, ale to co zrobił tej biednej dziewczynie skreśliło go dla mnie jako człowieka.

* * * * *

Rok 2007, wiosna, miałam niewiele ponad 12 lat. W szkole dokuczało mi kilka dziewczyn, ale jedna z nich była główną prowokatorką. To ona wymyślała nowe przezwiska i metody gnębienia. Wiedziałam, że gdyby zniknęła, moje cierpienie by zniknęło. Nieraz bałam się iść do szkoły czy płakałam po powrocie. Zgłaszałam to nauczycielom (różnym) czy próbowałam ją prosić. Moje skargi powodowały 2/3-dniowe zostawianie mnie, ale potem męczarnie wracały.
Więc wymyśliłam, że najlepszym rozwiązaniem byłoby zniknięcie dziewczyny... postanowiłam ją zabić. Tak, dobrze czytacie.

W tamtym czasie oglądałam dużo programów kryminalnych. Swój plan układałam w głowie, aby nie zostały żadne ślady. Wiedziałam, że muszę być ubrana od stóp do głów, aby nie spadł mi żaden włos z ciała. Włosy związane, żadnego żucia gumy czy plucia, smarkania. Buty najlepiej o rozmiar za małe albo za duże, aby ciężej było dopasować. Nowe lub z lumpeksu - nienoszone na moim zabłoconym podwórku, aby nie nanieść specyficznej ziemi. Telefon chciałam zostawić w szkolnej szatni, a potem po niego wrócić, aby nie zostać namierzoną przy tym samym nadajniku.

Zaplanowałam chyba każdy szczegół. Miejsce też. Co mnie odwiodło od planu? Miałam 140 cm wzrostu i ważyłam 35 kg. Moja dręczycielka miała 170 i 70 kg wagi. Nigdy nie zdołałabym przeciągnąć zwłok kilka metrów w wyznaczone miejsce. Tylko dlatego porzuciłam ten plan.

* * * * *

Jakiś czas temu zmarł mój wujek. Na pogrzeb stawiła się cała rodzina i wielu jego znajomych. Zaraz po mszy, chwilę przed tym, jak grabarze wynieśli trumnę z kaplicy, podeszła do mnie ciocia, wdowa po świętej pamięci wujaszku. Pokazała mi komórkę, jakiegoś Samsunga o ile dobrze pamiętam i powiedziała, że to telefon zmarłego męża. Gorączkowo wytłumaczyła mi, że jest tam sporo rzeczy, które są dla niej bardzo cenne i że koniecznie, jak najszybciej musi się do nich dostać. Problem w tym, że nie dało się urządzenia odblokować, bo wujek założył hasło. Wiedząc, że jestem trochę bardziej zaznajomiony ze współczesną technologią, ciocia zapytała, czy mam pomysł, jak to ustrojstwo uruchomić. Powiedziałem jej, że nic mi nie przychodzi do głowy, mimo że doskonale wiedziałem, co muszę zrobić. Kiedy jednak zobaczyłem łzy w jej oczach, zdałem sobie sprawę, że chyba rzeczywiście bardzo zależy jej na szybkim odblokowaniu telefonu. „No, dobrze...” - mruknąłem.
Bezceremonialnie, na oczach żałobników, podszedłem do trumny, otworzyłem wieko, wyciągnąłem rękę wujka (Panie, świeć nad jego duszą…) i zanim ktokolwiek zdołał zaprotestować, przyłożyłem jego siny palec do czytnika linii papilarnych znajdującego się z tyłu komórki. Telefon odblokował się. Następnie zamknąłem trumnę i oddałem aparat cioci. Większość członków rodziny patrzyło na mnie ze zgrozą. Tylko ciotka stała teraz uśmiechnięta od ucha do ucha. Do dziś nie wiem, co takiego ten aparat skrywał, że aż tak bardzo zależało jej na tym, by go odblokować...

* * * * *

Pracuję w małym osiedlowym sklepie, praktycznie każdy klient jest nam znajomy.

Codziennie po zakupy przychodzi taka typowa pani "patologia", ma kilkoro dzieci w wieku nastoletnim i jedną córkę lat 8.
Za każdym razem kupuje reklamówkę piw, papierosy, wódkę. Na to pieniędzy nie żałuje. Jeśli chodzi o produkty spożywcze, to kupuje zawsze najtańsze, często przecenione, jak się data kończy. Za każdym razem przychodzi z córeczką, która, jak to dziecko, prosi o coś słodkiego. Matka poza sporadycznym kupieniem jej lizaka za 20 groszy nic więcej jej nie kupuje.

Owa dziewczynka często kręci się w okolicy naszego sklepu razem z innymi dzieciakami, które co raz wpadną po batoniki, soczek itp. Ona nigdy nic nie kupuje, tylko im towarzyszy.

Zawsze robi mi się smutno, jak widzę tę małą, więc któregoś dnia widząc, że bawi się niedaleko, kupiłam czekoladę, napój, troszkę cukierków na wagę itd. Łącznie wyszło około 20 zł, wyszłam na papierosa, zawołałam małą i jej to dałam. Z wielkim zawstydzeniem cicho podziękowała i uciekła.

Jakieś 2 godziny później, akurat jak przyjechała do sklepu szefowa, wpadła matka tej dziewczynki i od progu zażądała od szefowej zwrotu pieniędzy za słodycze. Szefowa w szoku, kobieta twierdzi, że kazała małej zrobić zakupy do domu, a ona nakupiła słodyczy i nie mają za co teraz kupić chleba. Aż zaniemówiłam, w szoku, na polecenie szefowej, oddałam jej pieniądze, za które ta kobieta kupiła flaszkę. Normą jest u nas wymiana towaru, bo np. mąż kupił nie to co trzeba, czy nawet zwrot pieniędzy w wyjątkowych przypadkach.

Kiedy wyszła wyjaśniłam szefowej o co chodziło, ta oddała mi 20 zł twierdząc, że poniosłam straty materialne i moralne.

6 grudnia z rana do sklepu wpadła szefowa z wielkim pudłem słodyczy, nakazała nam zrobić loterię mikołajkową dla dzieciaków, każdy los był wygrany. Główną nagrodą była wielka paczka - ale taka naprawdę wielka - słodyczy. Dała nam również pod ladę los właśnie z główną wygraną i powiedziała, że kiedy przyjdzie ta dziewczynka, to właśnie ona ma go wylosować.

Szefowa spędziła kilka godzin u nas w sklepie, czego nigdy nie robiła. Czekała, aż przyjdzie dziewczynka. Kiedy pojawiła się jak zawsze z matką, dałyśmy jej kulę z losami. Mała wylosowała karteczkę, którą nieśmiało podała koleżance stojącej na kasie, ona oczywiście podmieniła los i z okrzykiem radości oznajmiła, że padła główna wygrana. Paczka była tak duża, że dziewczynka ledwo ją uniosła. Zanim zdezorientowana matka wyszła ze sklepu, szefowa oznajmiła stanowczym i wymownym tonem, że zwrotów nie przyjmujemy.

Kilka dni po Mikołajkach słyszałam, jak ta mała chwaliła się dzieciakom, że dostała tyle słodyczy, że na pewno starczy jej do sylwestra.

Jestem pod wrażeniem zachowania szefowej, ale jestem dumna, że i ja dołożyłam małą cegiełkę do uśmiechu dziecka.

* * * * *

Moja żona jest niewidoma. Jedyną oznaką tego stanu są oczy pokryte bielmem, które starannie chowa pod grzywką, kapeluszami, czapkami, daszkami itd. Studiowała też m.in. łacinę.

Małżonka oślepła wiele lat temu, stopniowo. Tuż przed tym jak to się zaczęło, przygarnęła z rodzicami kudłatego kundelka. Pies tak się nauczył sam z siebie, że do dziś robi jej za przewodnika. Gdy wychodzi z domu, Fąfel prowadzi ją trzymając zębami za pasek od torebki, jeśli czegoś w domu potrzebuje, woła najpierw psa, a dopiero potem mnie, bo pies lepiej wie co gdzie leży. W osiedlowych sklepach to samo, każdy ich tam zna, Fąfelek prowadzi pańcię od regału do regału, a gdzie pies nie może, tam ekspedientka da radę. Nikt, kto jej naprawdę blisko nie zna, nie wie, że jest ślepa.

W wigilię żona wyszła po kolacji na spacer z Fąflem na należący do nas kawał łąki pod lasem. Ja jak to ja, wybyłem na taras, by mieć na nich oko tak dla zasady. Skoczyło mi ciśnienie, gdy zobaczyłem, że ktoś ich zaczepia. Trzech przedstawicieli młodzieży w sportowej odzieży zastąpiło żonie drogę, bardzo "pokojowymi" gestami nakłaniając do oddania torebki. Pies skoczył w jej obronie, dostał kopa, ale gdy w kapciach wybiegałem z domu i nieco się zbliżyłem, dostrzegłem, że jeden z gnojków pełza po ziemi, a pies z apetytem mu dresy z dupska zdziera. Dwóch pozostałych uciekło dziwnie szybko.

Małżonka, uświadomiwszy sobie zagrożenie, zrzuciła kaptur oraz czapkę z czoła, "wywaliła" oczy do góry i zaczęła przemawiać po łacinie, trzęsąc się jak przy ataku padaczki - jak to sama opisała - by dodać przedstawieniu realności.

Teraz w sąsiedztwie krąży plotka o tym, że moja kochana jest opętana, a pies to sam cerber z Hadesu, który biednemu chłopcu obie nogi odgryzł, a dwóch pozostałych niemal przerobił na mielone dla samego diabła. Szanowne babcie zupełnie pomijają fakt, że pies waży mniej niż 15 kilo i oboje zostali napadnięci, gdy ich kochani wnuczkowie jakże pobożnie maszerowali "na pasterkę"...

* * * * *

Wiecie, jak to jest w akademiku. Dużo imprez, mało snu...

Był poniedziałek, pierwszy wykład o godzinie ósmej. Przyszedłem punktualnie i przez pierwsze dwadzieścia minut pilnie słuchałem profesora opowiadającego swym monotonnym głosem o wpływie zmian klimatu na ekonomię państw śródziemnomorskich. Potem była już walka. Powieki zaczęły mi opadać, potem osuwała mi się głowa, usiłowałem walczyć. Ba, broniłem się wszystkimi siłami, ale potęga Morfeusza wzywającego mnie na swój mięciutki dywanik okazała się silniejsza. Zaległem przyklejony policzkiem do blatu ławki. „Tylko minutka...” - obiecałem sobie, gdy już gasł ostatni bastion mojej świadomości.

Kiedy otworzyłem oczy, wokół mnie siedzieli zupełnie obcy mi ludzie, a na środki sali stała jakaś pani, która energicznie gestykulując gadała coś o kulturze Łemków. „Te, paczcie! Obudziła się księżniczka!” - krzyknął ktoś na auli. Przynajmniej dwie setki par oczu odwróciły się w moją stronę, skutecznie odstraszając resztki snu.

Okazało się, że pan profesor pozwolił mi przespać cały wykład, a kiedy ten skończył się i ja nie wykazywałem chęci wyjścia z sali, to cały rok, w zmowie z naszym wykładowcą, pozwolił mi zostać. Ta, piętnaście minut później, zapełniła się studentami etnologii, którzy także uznali, że nie wypada mnie budzić. Do żywych wróciłem dopiero po godzinie, w połowie wykładu.

Teraz jestem legendą. To miłe. Trochę gorzej, że wszyscy nazywają mnie „śpiącą królewną”...

* * * * *

Byłam z Pawłem przez 5 lat. Rozstaliśmy się, bo po prostu mieliśmy inne wizje i plany na przyszłość. Do niedawna byłam pewna, że rozstaliśmy się w zgodzie.

Minął mniej więcej rok od tego całego rozstania, kiedy dowiedziałam się od wspólnych znajomych, że ma nową dziewczynę. I że przyjdzie z nią do naszego przyjaciela na imprezę urodzinową. Wtedy też Paweł zaczął się do mnie więcej odzywać. Pisał głównie, jaka ta dziewczyna fajna, jaka ładna, jacy są dopasowani i co najważniejsze pisał, że w końcu ma dziewczynę z porządnym biustem. Trochę mnie to zabolało, bo mam te swoje 75B i zawsze czułam się przez to gorsza, o czym dobrze wiedział, i ten komentarz był według mnie nie na miejscu.

Kiedy poznałam już nową dziewczynę Pawła, ona miała minę przerażonej fretki, a ja zaczęłam się śmiać w głos. Dlaczego?

Otóż pracuję jako brafitterka i właśnie owa dziewczyna była u mnie w sklepie dwa dni wcześniej, żeby kupić sobie biustonosz super push-up "bo razem z chłopakiem chcą sprawić, żeby jego była poczuła się jak zero". Naśmiałyśmy się wtedy, wybierając coraz to większe wypełnienia, w sumie złapałam z nią fajny kontakt i pewnie dlatego przyznała się do celu zakupu.

Nikomu nic nie powiedziałam, bo i po co, ale drodzy anonimowi, ta satysfakcja...

Oglądany: 46623x | Komentarzy: 27 | Okejek: 260 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

22.02

21.02

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało