Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Nie, proszę pana, tak się nie da! - czyli jak skorzystałem z "nowoczesnej" opcji zakładania firmy przez Internet (i skończyłem z grypą oraz z wielkim wkurwem)

46 836  
225   89  
No więc dowiedziałem się, że dożyliśmy czasów, gdy w Polsce da się założyć działalność gospodarczą za pomocą Internetu. Nie wierzyłem, więc chwyciłem za słuchawkę i zadzwoniłem do urzędu miasta. "Tak, proszę pana, tak, da się". Czad! - pomyślałem. - Nie będę musiał tłuc się w śnieżycę gdzieś na koniec miasta, żeby zgłosić chęć prowadzenia działalności!

1 lipca 2011 roku w życie weszły nowe przepisy, które dają nam możliwość założenia firmy za pośrednictwem Internetu. Idea, która przyświeca temu przedsięwzięciu zwie się „zero okienek”, a głównym organem, za pośrednictwem którego możemy to zrobić jest Centralna Ewidencja i Informacja o Działalności Gospodarczej – oparty na systemie teleinformatycznym rejestr przedsiębiorców. Wszystkie wnioski składa się drogą elektroniczną, a następnie przekazuje je organom administracji publicznej. W praktyce – zamiast latać po urzędach z plikiem wypełnionych długopisem dokumentów, wszystko robisz w cieplutkim domu. Raz, dwa, trzy i już jesteś prezesem swojej pierwszej firmy!

Dla osób, które miały nieprzyjemność zetknąć się z kulawą, polską biurokracją brzmi to niczym scenariusz jakiegoś filmu SF, dlatego też tę hurraoptymistyczną wieść przyjąłem z dużą dawką sceptycyzmu. Kiedy jednak zobaczyłem pogodę za oknem, pomyślałem sobie: A co tam! Spróbuję!

Zasiadłem przed laptopem, odpaliłem stronkę CEIDG i zacząłem pracę. Zajęło mi to ok. 4 godzin, bo serwis straszliwie się krzaczył. Serio – jeśli pamiętacie koślawe, napędzane ślimaczo wolnym transferem, stronki z połowy lat 90., to tak to właśnie wygląda. Co chwilę coś się zawiesza, zamula albo system nie reaguje na pukanie w klawiaturę. Trzeba mieć sporo cierpliwości, aby przez to wszystko przebrnąć. Ale da się, jak najbardziej.
Cierpliwie wypełniałem więc wszystkie rubryczki, określając preferowany typ opodatkowania, nazwę firmy, NIP-y, REGON-y, rodzaj prowadzonej księgowości… No i oczywiście wybierając kody Polskiej Klasyfikacji Działalności, odpowiedzialne za charakterystykę wykonywanej pracy. Tych natrzaskałem chyba z 80, bo wprawdzie chciałem zająć się handlem zapachowym drewnem z Peru, ale oczami wyobraźni widziałem siebie w przyszłości jako potentata wszelkich branży - od gastronomi przez import bezwłosych, meksykańskich psów!

Po trzech godzinach wypełniania formularzy, regularnego wieszania się strony i po dwudziestokrotnym sprawdzeniu, czy wszystko zrobiłem jak należy, wyskoczyła informacja, że firma jest już założona, dokumenty przesłane na odpowiedni serwer i brakuje już tylko, żebym złożył dwa podpisy w dowolnym urzędzie gminy, czyli w moim przypadku – w dowolnym oddziale urzędu miasta. Niedowierzanie mnie zaswędziało, więc zadzwoniłem na infolinię, żeby zapytać, czy faktycznie tak się da…

-Tak, proszę pana, tak, da się.

Kurwa, to może się udać… - usłyszałem w głowie szept uciśnionego optymisty, ale od razu kazałem się gnojkowi zamknąć, a następnie czym prędzej spierdalać do drewutni i strugać drewniane figurki. Na wszelki wypadek wyeksportowałem wszystkie przesłane dokumenty do pliku i wydrukowałem wypełnione formularze w dwóch kopiach. Nie zaskoczą mnie, chujki! Wolę być przygotowany na batalię, bo przecież w polskich urzędach wiele rzeczy może pójść nie tak - tym razem do głosu doszedł mój wewnętrzny, nieufny i zapobiegawczy Janusz. Posłuchałem go.

Następnego dnia jeszcze przed południem wsiadłem w autobus i pojechałem do najbliższego oddziału urzędu miasta. Strzepując śnieg z pompona oznajmiłem, że otom przybył, dzień dobry, dawać mnie te dokumenty do podpisu i już mnie nie ma.

- Nie, proszę pana, tak się nie da - oznajmiła zimna jak martwa dziwka pani w okienku. Na nic zdały się moje szlochy i groźby wypowiedzenia dżihadu. - Został pan wprowadzony w błąd. Jedyny urząd, który zajmuje się takimi sprawami, znajduje się w najbardziej oddalonej od pańskiego obecnego położenia dzielnicy w tym mieście. Czy w czymś jeszcze mogę panu pomóc?

Musiałem więc zapierdalać w śnieżycy na drugi koniec miasta.


Większość trasy pokonałem metodą pięta-palec, bo zima zaskoczyła drogowców i tramwaje nie jeździły. Doczłapawszy do ostatniego urzędu położonego rzut beretem od krańca świata, zrzuciłem przed panią w pokoju 303 zaspę z pompona oraz sopel z nosa. Chuchając w zziębnięte dłonie powiedziałem, że jestem strudzonym wędrowcem z daleka i usiłuję zakończyć mój quest założenia jebanej firmy, więc gdzie te papiery do podpisania, bo tracę cierpliwość…

- Nie, proszę pana, tak się nie da - to zabolało bardziej niż rozgrzana igła wbijająca się w sam środek zwieracza. - System nam padł. Trzeba manualnie... - rzekła pani, wręczając mi gruby plik dokumentów.

Siedziałem półtorej godziny, siląc się na kaligrafię, aby czytelnie wypełniać treścią okienko za okienkiem. Pożałowałem, że wcześniej poniosła mnie wyobraźnia i zaznaczyłem w cholerę tych nieszczęsnych kodów PKD. Teraz każdy jeden musiałem wpisywać w rubryczki ręcznie.
Tak dużo nie napisałem się od czasów tworzenia wielostronicowych rozprawek na zajęciach korekcyjnych dla dzieci z dysgrafią. Piszę niczym upośledzony przedszkolak z padaczką, więc starałem się każdą literkę dopieścić tak, aby nikt nie miał problemu z rozczytaniem moich bohomazów.
Wreszcie wręczyłem urzędniczce dokumenty i zapytałem, czy to wszystko. Gdzieś podświadomie wiedziałem już, że to by było zbyt proste.

- Nie, proszę pana, tak się nie da... - pani stwierdziła, że nie ogarnia mojego charakteru pisma.

- Po to właśnie zrobiłem to elektronicznie, aby oszczędzić wszystkim pracę oraz zadbać o mój cenny czas! - pisnąłem rozpaczliwie.

No, nie da się i chuj. "Pan przyjdzie w poniedziałek". I wtedy przypomniałem sobie o mojej broni ostatecznej zagłady. Na oczach, niewzruszonej moim małym przypływem euforii, urzędniczki sięgnąłem do plecaka i z trzaskiem rzuciłem na biurko wypełnione formularze. Te, co to je na wszelki wypadek wydrukowałem w dwóch kopiach. Ciul, że ostatnie półtorej godziny wpisywałem ręcznie dokładnie te same rzeczy w dokładnie te same rubryki.

Przez następne pięć sekund czułem się niczym jebany Conan stający twarzą w twarz ze swym największym wrogiem! Widząc jego krew wsiąkającą w ziemię i słysząc lament jego kobiety!


- Nie, proszę pana, tak się nie da... - tym jednym zdaniem urzędniczka wytrąciła mój miecz z dłoni, spuściła mi pompę z bicepsa i precyzyjnie wykastrowała. - Tu przecież jest napisane "WERSJA ROBOCZA" - oznajmiła znudzonym głosem, pokazując długopisem notkę na dokumencie.

- To niech pani to cholerstwo skreśli, parafkę postawi, korektorem zamaże, wygryzie czy coś! Albo ja to zrobię!

Naprawdę czułem się już tak zdesperowany, że gotów byłem na oczach tej pani nawet zjeść te wszystkie formularze i dokonać rytualnego samookaleczenia. Daremne żale, próżny trud. Tego dnia nie załatwiłem sobie nic poza infekcją górnych dróg oddechowych i solidnie zwichniętym nerwem.

No więc dowiedziałem się, że dożyliśmy czasów, gdy w Polsce da się założyć działalność gospodarczą za pomocą Internetu. Nie wierzyłem…

-----

Oczywiście wiem, że możliwe jest założenie własnego biznesu za pomocą Internetu. Ba, znam nawet faceta, którego brat żony ma przyjaciela, co to firmę w ten sposób założył. Powyższy tekst jest jedynie wykwitem bólu dupy i nudy związanej z leczeniem paskudnego przeziębienia i głębokich odmrożeń.:)

Oglądany: 46836x | Komentarzy: 89 | Okejek: 225 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

20.02

19.02

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało