Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Była wziętą modelką - dziś opowiada o tym, jak to naprawdę wyglądało

99 184  
575   82  
Jakieś 8 kilogramów temu byłam modelką.

Była wziętą modelką - dziś opowiada o tym, jak to naprawdę wyglądało
Nie aspirującą modelką-hostessą z pseudo-agencji, tylko podróżującą po świecie tzw. fashion model. Swoją karierę zaczęłam w czasach, gdy fotografia cyfrowa stawała się obowiązująca w branży, jednak zdarzały się nadal sytuacje, gdy ustawiając set do danego zdjęcia korzystało się z polaroida, by zrobić parę szybkich testów, jak finalne zdjęcie będzie wyglądało. Pamiętam stanie w miarę możliwości bez ruchu przez kilka minut w oczekiwaniu na efekt tego polaroida, aby się przekonać, czy możemy robić właściwe zdjęcia. I tą złość, gdy wiedziałam, że mrugnęłam akurat w momencie robienia zdjęcia, a fotograf dostrzeże to dopiero po wywołaniu zdjęć.

Innym charakterystycznym momentem dla mojej pracy stało się wyemitowanie pierwszego sezonu popularnego show, w którym młode dziewczyny (a później także chłopcy) rywalizują w różnych konkurencjach niby-modelingowych o bycie "top".
Dlaczego było to ważne? Program ten bezpowrotnie zepsuł rynek modowy w Polsce. Po pierwsze spadły stawki - pojawiły się bowiem osoby, które są w stanie użyczyć swojego wizerunku za śmiesznie niskie pieniądze lub nawet za darmo, za możliwość pokazania się, wystąpienia w telewizji lub reklamie zdjęciowej. Jest to podejście jak najbardziej akceptowalne i zrozumiałe dla amatorów, którzy zazwyczaj traktują sesję jako przygodę i chcą się pochwalić znajomym, rodzinie, czy też mieć pamiątkę na starość. Jeśli ktoś związuje się z tą branżą zawodowo, powinien rozumieć wagę rozsądnego dysponowania swoim wizerunkiem i konieczności otrzymywania wynagrodzenia za użyczenie go w celu reklamowym.

Powiązanie swojej twarzy z jakimś produktem ma różne konsekwencje - to nie tylko ekstremalne przypadki, gdy nasze zdjęcie może być użyte do reklamy kremu wybielającego pewną część ciała. To również sytuacja, w której przejdzie nam koło nosa kontrakt za naprawdę atrakcyjne pieniądze, tylko dlatego, że kilka miesięcy wcześniej zrobiliśmy zdjęcia dla bezpośredniej konkurencji tej firmy. Tym gorzej, jeśli nie sprawdziliśmy, na ile czasu sprzedajemy prawa do korzystania z naszego wizerunku i otrzymaliśmy za to naprawdę symboliczną zapłatę. Drzwi do całej kategorii produktowej mogą być zamknięte.
Tej zasady nie dotyczy oczywiście pojawianie się w materiałach nie stricte reklamowych - czyli np. magazynach modowych czy sesjach artystycznych. Tam im więcej naszej twarzy, tym lepiej, plus zawsze to kolejna okazja do pracy z nowymi osobami z branży, którym możemy się spodobać i zechcą zaprosić nas do kolejnej współpracy.

Drugą kwestią jest przekonanie wielu osób (na szczęście nie profesjonalistów pracujących w branży od wielu lat), że każda modelka ma się rozbierać. Jest to efekt konkurencji, w której każda uczestniczka/uczestnik programu musi mieć zrobione zdjęcie nago - jeśli odmówi, opuszcza program.

Kategorycznie zaprzeczam, jakoby taka praktyka obowiązywała w "prawdziwym" modelingu. Jasne, zdarzają się różne propozycje, próby wykorzystania młodych dziewczyn, ale to nie jest regułą - tak jak i w innych branżach, czasem występuje molestowanie czy niemoralne propozycje, jak by to powiedzieć… #metoo.

Ale nie o tych sytuacjach chcę pisać. Miałam to szczęście, że nie trafiłam na bardzo ekstremalne, zagrażające mi sytuacje, a do tego miałam wystarczająco dużo oleju w głowie, by uchronić się od nich mniej lub bardziej odpowiedzialnym zachowaniem. A w przypadku zleceń rozbieranych (czy w inny sposób budzących niepewność - w towarzystwie węży, pająków lub nawet psów, na wysokościach lub wymagających jakiejś nieoczywistej umiejętności) powinna pojawić się taka informacja na etapie bookowania modelki do sesji. W profesjonalnym świecie zawsze można powiedzieć "nie".

Kolejny, że tak powiem, gamechanger, to rozpopularyzowanie Instagrama i pojawienie się zjawiska modelki instagramowej, influencera. Cóż, nawet gdybym na przestrzeni ostatnich lat nie zmieniła figury na bardziej, ekhm, kobiecą (żegnaj fashion, witaj komercjo, czyli "szczupła, naturalna, młoda kobieta o miłej aparycji", jakich pełno w reklamach TV), to nie utrzymałabym się na rynku, nie mając profilu w mediach społecznościowych z okrągłą liczbą obserwatorów. Od modelki nie oczekuje się już tylko profesjonalizmu na planie, plastycznego wyglądu, ciekawej twarzy i odpowiednich wymiarów. Teraz oprócz portfolio zdjęciowego należy przesyłać klientom link do Instagrama i niejednokrotnie brana pod uwagę jest ilość obserwatorów, do których dotrze takie zdjęcie z sesji, którą razem zrobimy. Jest to dodatkowy kanał reklamowy dla klienta, idący w pakiecie z modelką.

I wśród tych tysięcy dziewczyn pojawiających się czasem na sesjach zdjęciowych lub nagraniach do reklam, które w przerwach robią selfie z backstage’u, jestem sobie ja, dinozaur epoki kamienia łupanego, niemający konta na Instagramie. Ileż to razy widziałam zaskoczenie na twarzach stylistów i makijażystów, którzy po wrzuceniu fotki chcieli mnie oznaczyć i nie mogli mnie znaleźć… Na moją odpowiedź “Nie mam Instagrama” reagowali mniejszym lub większym zaskoczeniem.

Jak to, teraz każda modelka ma Instagrama!

Skoro taka jest obecna definicja modelki, postanowiłam zatytułować ten wpis "Byłam modelką", a nie "Jestem…". Choć może "Jestem dinozaurem" by tu pasowało?

Historii z minionych kilkunastu lat mam trochę w zanadrzu, podzielę się paroma.

Mieszkanie

Tzw. models’ apartment. Mieszkanie wynajęte przez agencję (powiedzmy za 2500 dolarów miesięcznie), w którym lokowane są dziewczyny, które nie mają gdzie się zatrzymać, przylatują do danego miasta i mieszkają z innymi dziewczynami, dzieląc często pokój we 2-4 osoby. W jednym mieszkaniu mogą być 2 dziewczyny (rzadkość) lub nawet 8. Przyjmując, że 6 modelek przebywa w jednym apartamencie z 2 sypialniami, wspólną kuchnią i łazienką, a od każdej potrącany jest, powiedzmy, tysiaczek miesięcznie, agencja modelek spokojnie mogłaby sobie dopisać "i nieruchomości" w opisie działalności, z której zarabia kasę.
Zdarzyło mi się, że z powodu przepełnienia w mieszkaniu, przez kilka nocy spałam na jednej kanapie w salonie z obcą mi dziewczyną. O kołdrze czy normalnej poduszce oczywiście nie było mowy - zwijałam ręcznik, wkładałam go w swoją koszulkę i w ten sposób miałam na czym położyć głowę. Kołdra to zbyteczny luksus - spałam w grubszych bluzach i dresach, żeby nie zmarznąć. Po kilku dniach doczekałam się swojego łóżka w jednej z sypialni. Oczywiście nie było mowy o decydowaniu, z kim się jest w pokoju, ale dla świeżaczka w wielkim świecie wystarczyć musiało to, że dostał swój kącik w mieszkaniu.

Po paru miesiącach/latach udanej pracy (w rozumieniu: więcej się zarabiało niż wydawało, a większość lotów, mieszkań i wydatków jest po stronie modelki, nikt nie funduje dziewczynie utrzymania; agencja może założyć kasę za dziewczynę na jakieś ważne wydatki, jednak potrąca to sobie od razu z pierwszym wynagrodzeniem wpadającym na konto dziewczyny) można sobie pozwolić na wynajem czegoś dla siebie na pobyt w danym mieście. Zaznaczam też, że w moich czasach nie było air bnb i znalezienie ofert wynajmu krótkoterminowego było odrobinę trudniejsze niż obecnie, choć także praktykowane. Po paru latach ma się też znajomych na kilku kontynentach i aktywną sieć kontaktów, z którymi można zorganizować sobie nocleg taniej i przyjemniej, bo z kimś znajomym.

Imprezy


Spokojnie, to tylko randomowe zdjęcia jakichś modelek z Unsplash, autorka czyli Noddy poprosiła o anonimowość

Tak, miałam swój okres szaleństw, akurat przypadł on na czas spędzony w Nowym Jorku. Historie pochodzą sprzed jakichś 10 lat, nie wiem, jak teraz sprawa wygląda, bo, rozumiecie, mąż, kredyt hipoteczny, praca 9-17… Inne życie. Moja faza imprezowa trwała krótko, jakieś 2 miesiące, i pokryła się z czasem, w którym prawie nie miałam zleceń, bo mi się przytyło. Chodzeniu do pracy na kacu mówię stanowcze nie - albo impreza, albo stuprocentowy profesjonalizm w robocie, te dwie rzeczy nie idą w parze. W szczególności, gdy narzędziem pracy jest nasza twarz.

Wyobraźcie sobie, że jest wczesny ranek, jesteście na etapie "nie wiem, czy jeszcze jestem pijany, czy już mam kaca", helikopter w pełni i jeszcze żołądek się buntuje, bo nie zapewniliście odpowiedniego podłoża dla tych wszystkich płynów wlanych w siebie w nocy (wszak modelka nie je, prawda?). Wtedy makijażystka każe Wam zamknąć oczy i mocno odchylić głowę do tyłu. Nie, nie jest to przyjemny moment relaksu przed długim dniem pracy. To jest walka przełyku z żołądkiem o utrzymanie jego zawartości wewnątrz organizmu oraz równoległy balet błędnika, który nie wie co się dzieje, bo helikopter w głowie kręci bączki, a nie ma punktu odniesienia do wypoziomowania obrazu, bo makijażystka rzeźbi kreskę na zamkniętej powiece. Zdarzyło mi się raz i ta lekcja wystarczyła mi na całą resztę życia zawodowego. Nie warto.

Niniejszym potwierdzam - modelka przed imprezą je darmową kolację w fancy restauracji, po wejściu do klubu ma za darmo alkohol, przebywa w strefie dla VIP-ów, tańczy obok Leonardo DiCaprio, wpada na Jaya Z i Beyonce idąc do VIP-owskiego kibelka i spotyka Bruce’a WIllisa na domówce z okazji Halloween będącej beforem przed wyjściem do klubu. True story. Dzisiaj pewnie nazwiska byłyby inne.

No i narkotyki. Są dostępne, domyślam się, że przy regularnym braniu trzeba płacić, bo jakim niby cudem miałoby być wszystko za free. Jeśli jednak chce się spróbować, bez problemu będzie co zapalić bądź wciągnąć.

Nie, nie korzystałam. Ja byłam z tych pijących alkohol, moja mocna polska głowa testowała swoje możliwości neutralizacji płynnej trucizny jakieś 3-4 razy w tygodniu. Dawałam radę, bo sporo tańczyłam, a poza tym kluby były zamykane o 4 - nagle światło się zapalało i koniec imprezy, czas do domu lub na after do specjalnych klubów pełniących rolę takich "afterowni" - z tego już praktycznie nie korzystałam, wszak modelka też człowiek i spać musi.

Japonia

Poza etapem zwanym potocznie "wyszumieniem się", skupiałam się całkowicie na pracy. Najbardziej ułożony tryb pracy miał miejsce w Azji. Rozumiem, że u innych dziewczyn mogło być całkowicie inaczej, imprezowanie w Tokio także zrodziło niejedną barwną historię, jednak nie dla mnie. Mój typ urody bardzo odpowiadał Japończykom i zawsze miałam tam co robić.

Przykładowy dzień w Tokio to pobudka o 4:30, szybki prysznic, bo o 5 (punktualnie, oczywiście) czekał transport pod budynkiem. Całą ekipą jechaliśmy na sesję wyjazdową, która kończyła się np. o 17 i wspólny powrót do miasta na np. 18:30. Wizyta w biurze agencji (jeszcze otwartym, co byłoby nie do pomyślenia w innych miejscach - no, może poza fashion weekiem, gdy pracuje się po kilkanaście godzin, do bardzo późna), zgarnięcie swojej książki (portfolio w formie dużego albumu zdjęć A4 z grubą okładką - kiedyś trzeba było mieć mocny kręgosłup, by dźwigać ciężar bycia modelką przez całe dni castingów ;)) i wyruszaliśmy na castingi lub tzw. go&see do klientów, fotografów, wydawnictw itp., itd.

W Europie i w Stanach jeździ się samemu, jednak taka Japonia, nawet z racji niewystarczającej ilości znaków drogowych i wskazówek po angielsku, wysyłała dziewczyny grupowo, jednym samochodem, który prowadził "menadżer". Wchodził on na casting razem z dziewczynami i opowiadał o każdej oraz odpowiadał na pytania. Ty miałaś tylko się pokazać, uśmiechnąć, zapozować, przejść po korytarzu itp.Taka prezentacja produktu do kupienia. Lekka dehumanizacja? Tak, ale Japończycy nie wykazywali przy tym ani krzty braku szacunku, wręcz przeciwnie.

Zdarzało się, że ostatnie go&see miało miejsce o 23, np. w wydawnictwie szef działu mody musiał zamknąć numer, więc taka godzina nie stanowiła problemu. Potem jeszcze tylko rozwiezienie wszystkich dziewczyn do ich models’ apartments, prysznic, paznokcie (profesjonalizm wymaga, by idąc na sesję być niczym czyste płótno - naturalny pazur, czysty włos, cielista bielizna. Należało zmyć wszelkie kolory i zrobić naturalny manikiur) i po północy można iść spać, choć często było to po prostu padnięcie na twarz. W zamierzchłych czasach (czyli moich największych sukcesów i najczęstszych podróży) nie było tylu możliwości kontaktu z bliskimi jak obecnie i Skype miało się jedynie na laptopie, to nie była era wszystkomających smartfonów. Chciało się też pogadać z rodziną, facetem - co nie raz oznaczało zarwanie kolejnej godziny, którą można było poświęcić na sen.

Nie, nie narzekam. Bywało ciężko, jednak po kilku tygodniach wracałam z okrągłą sumką w kieszeni. Warto, zdecydowanie. Tym bardziej do Japonii.

W Chinach natomiast jest/było całkowicie inaczej (choć mogło to zależeć od konkretnego miasta i lokalnego rynku, nie umiem przypomnieć sobie, które z nich cechowało się jakim traktowaniem dziewczyn). Nie byłam, nie chciałam, wystarczyły mi opowieści koleżanek. Przykłady?

Modelka na sesji ma być np. 10 godzin. Jeśli chce siku, zegar jest zatrzymywany, żeby przypadkiem nie sikała w opłaconym czasie pracy. Pod drzwiami toalety potrafi stać jakiś asystent, żeby poganiać, w końcu zabookowali dziewczynę do pracy, a nie by korzystała z toalety w studiu.

Zdarzały się sytuacje, gdy ekipa zamawiała sobie lunch, na jaki miała ochotę, a gdy modelka zechciała coś sobie wybrać, wzbudzała dezaprobatę - w końcu modelka ma być chuda, nie powinna jeść! A już na pewno nie przy kliencie.

Presja chudości

Nie chcę się wypowiadać na temat historii typu jedzenie wacików nasączonych sokiem, aby zapełniły żołądek i dały uczucie sytości. Słyszałam, ale nie widziałam na żywo.

Co jednak jest prawdą, to maksymalne oszustwa podczas wizyt lekarskich, na których miało być wystawiane zaświadczenie, że dziewczyna ma wystarczające BMI, by pracować (swego czasu niektóre kraje wprowadziły regulacje zakazujące zatrudniania zbyt chudych modelek).

Ja nigdy nie miałam problemu ze zbytnią chudością, wręcz przeciwnie. Co jednak nie oznacza, że na wagę nie kazano mi stawać w kurtce skórzanej, grubej bluzie, ciężkich kozakach z klamrami i dżinsach.

Moje chudsze koleżanki stosowały inne metody - od wsadzania małych ciężarków do kieszeni (takich jak np. na fitnessie zaczepia się wokół kostek) po wypijanie kilku litrów wody w ciągu 2 godzin poprzedzających badania, wstrzymywanie moczu do czasu ważenia u lekarza i finalnie wymiotowanie po tak ekstremalnym rozciąganiu żołądka wodą.
BMI się jednak zgadzało.

Inną sytuacją, dosyć poruszającą, była opisywana nawet w polskich mediach śmierć dziewczyny, Rusłany (Rusłana Korszunowa - przyp. red.), która wyskoczyła z okna swojego wynajmowanego apartamentu w wieżowcu na Manhattanie. Brała podobno leki psychotropowe, by poradzić sobie z presją i stresem. Nie wystarczyły.

Poruszające w tej sytuacji było dla mnie to, że parę tygodni przed tragedią poznałam ją podczas przygotowań do pokazu na Fashion Week. Miałyśmy okazję pogadać, pochwaliła się też dosyć dużą kampanią, którą udało jej się dostać w poprzednich miesiącach. Przegadałyśmy sporo czasu i naprawdę ją polubiłam. Nic nie zapowiadało tragedii, a jednak presja okazała się zbyt wysoka. To była dla mnie druzgocąca wiadomość, nie ze względu na zażyłą znajomość, której przecież nie miałyśmy, lecz z powodu obcowania z tak wielką tragedią, której przecież nikt się nie spodziewał. I uświadomienia sobie presji, jaka ciąży na młodej dziewczynie odnoszącej sukces.

Sama mam trochę "zrytą banię", że tak to określę. Niby modeling potrafi wyleczyć z kompleksów, ale chyba tylko na początku. Potem, w miarę coraz bardziej intensywnego obcowania z innymi modelkami i porównywania się nawzajem, bycia postrzeganą przez pryzmat wyglądu, poprzeczka stawiana sobie samej wystrzeliwuje w górę. Punktem odniesienia nie jest już typowa dziewczyna, jakich wiele mijamy na ulicy każdego dnia, ale ulubiona topmodelka. Bo to z nią konkuruje się o kontrakt z firmą modową lub kosmetyczną i to do niej jest się porównywaną przez agentów, fotografów lub czytelników pism modowych.

Jednak też nie o moich kompleksach ma być puenta tego tekstu. Chciałabym wyraźnie zaznaczyć, że pomimo wskazania trudnych i ryzykownych elementów pracy, nie chcę i nie będę próbować mieszać z błotem tego rynku. Tak jakbym miała się teraz odegrać za jakieś swoje niepowodzenia lub przykre sytuacje. Pomimo tych wszystkich kiepskich momentów, modeling dał mi możliwość zwiedzenia świata, poznania najróżniejszych ludzi i ukształtował we mnie poczucie, że świat stoi przede mną otworem - nie oznacza to, że mogę wszystko i inne tego typu kołczingowe bzdury. Po prostu podróżowanie stało się na tyle ogólnodostępne, że oprócz względów finansowych (a i to jest do przeskoczenia, można podróżować niskobudżetowo) nic nie stoi na przeszkodzie, by wycisnąć ze swojego życia więcej, poznać nowe, odmienne kultury, nawiązać współpracę z ludźmi z innego kontynentu. I że takie doświadczenia życiowe dają o wiele lepszą lekcję życia, niż siedzenie w ławce szkolnej.

W liceum zaliczyłam wszystkie przedmioty, miałam wysokie oceny i przy okazji wydoroślałam w tempie ekspresowym, radząc sobie samodzielnie jako wtedy jeszcze niepełnoletnia pracująca podróżniczka. No i zarobiłam jakieś konkretne pieniądze. Tak, jeśli się powiedzie, można zarobić naprawdę interesujące kwoty.

Nie mogę jednak nie zastrzec, że to nie jest zajęcie dla wszystkich. Jeśli podatna na wpływy młodziutka dziewczyna wpadnie w wir imprezowania w wielkim świecie i da się oszołomić obecnością celebrytów w tym samym klubie (a nie mówimy tu o lokalnych aktorach jednego serialu), a na dodatek sięgnie po używki, skończy swoją przygodę szybciej niż zaczęła. Jeśli jej równie podatna na wpływy młodziutka koleżanka trafi na nieodpowiedniego agenta, który wytworzy zbyt wysoką presję osiągnięcia ekstremalnie chudej sylwetki, może nabawić się zaburzeń odżywiania i problemów psychicznych.

Wszystkim młodym i aspirującym modelkom z dużym potencjałem życzę dużo mądrości, rozwagi oraz zdrowia. No i szczęścia - bo czasem wystarczy znaleźć się we właściwym miejscu o właściwym czasie, trafić na swojej drodze na osobę, która popchnie nas do przodu, otworzy nam drzwi i umożliwi rozwój kariery.

* * * *

Jeśli jesteście zainteresowani, mogę napisać jeszcze parę historii, parę smaczków - zarówno dotyczących pracy modelki w różnych miejscach na świecie, jak i samych ciekawostek kulturowych (taka Japonia zasługuje nawet na oddzielny artykuł!). Jeśli macie pytania - walcie śmiało :)

Oglądany: 99184x | Komentarzy: 82 | Okejek: 575 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

18.01

17.01

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało