Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Lansky: Wspomnienia kierownika wesołej budowy X

55 771  
112   55  
Witam w pierwszym odcinku wiosennym :) Dziś będzie o tym, jak swoimi upodobaniami możemy nieświadomie wyrządzić krzywdę otoczeniu oraz prawdziwy rarytas - o wpływie budów na wychowanie młodego pokolenia.

Jeden z cieśli, których zatrudniłem pewnego lata, cierpiał na ciężką musofobię. Mówiąc po ludzku, chłopisko panicznie się bał i brzydził wszelkich małych włochatych stworzonek, ze szczególnym uwzględnieniem myszy.

Chłop miał posturę syberyjskiego drwala, siłę traktora, biceps jak moje udo i bronami rzucał na długość stodoły, ale na widok myszy dostawał drgawek, wpadał w panikę, właził na stół, krzesło, drabinę czy cokolwiek było w okolicy i oddalało go od podłogi, i trząsł się ze strachu, piszcząc przy tym głosem tak cienkim, jakby w dzieciństwie zbyt często zjeżdżał po poręczy. Nazywano go - dość przewrotnie - "Jerry".

Jesień miała się ku końcowi i wszelkie ogoniaste minisierściuchy z całej łąki pchały się na potęgę do naszych pakamer. Pozostawione bez zabezpieczenia śniadanie można było ze stuprocentową pewnością spisać na straty, a papier toaletowy zamykano w stalowej beczce po Epidianie, żeby nie został pocięty na wióry i nie posłużył do budowy gniazda dla kolejnych pokoleń myszy.

Biedny Jerry straszliwie się męczył. Wystarczyło, że ktokolwiek powiedział przy nim słowo "mysz" - i cała zawartość żołądka przechodziła do kategorii wspomnień. Ponieważ jednak Czerwone Brygady miały swoiste poczucie solidarności, a Jerry był dość lubiany, nikt nie starał się robić tego celowo.

Na zakończenie budowy, następnej wiosny, była jak zwykle impreza. Sekretarka zamówiła knajpę, był obiad, piwo i po parę setek na łeb.
Siedzimy wszyscy przy stołach i gadka idzie, jak to na imprezie, typowo marynistyczna. Wszyscy najedzeni, napici, rosół i rolada bezpieczne w żołądkach budowlanej braci, piwo i wóda płyną strumieniami, a nastroje są ogólnie wesołe.

Rozmowa zeszła na temat płacenia za nadgodziny. Żeby wyjaśnić temat, zacząłem szukać w teczce "szychtownicy". Postawiłem teczkę na stole i wykładam na stół: wczorajszą gazetę, parę zamówień, plik papierów, książkę, którą wziąłem do poczytania… Wreszcie dobywam szychtownicę i chcę się zabierać do wyjaśnień.

Jerry siedział po przeciwnej stronie stołu i patrzał na zawartość mojej teczki z niemym wyrzutem, mieniąc się na twarzy wszystkimi kolorami zjedzonego przed chwilą obiadu, z przewagą wyśmienitej śląskiej czerwonej kapusty. Nagle zrobił "bmmmmm", zerwał się i poleciał w sobie tylko znanym kierunku. Wrócił po kilku minutach, wściekły i mrukliwy, i jedyne co powiedział, brzmiało: "…w piiii**u…"

Nie gadał ze mną przez całą następną budowę.

Sporo czasu minęło, zanim się zorientowałem, o co mu właściwie chodziło.

Książka, którą położyłem na stole, nosiła tytuł "Myszy i ludzie"

* * * * *

* * * * *

W pewną ładną, słoneczną sobotę miałem zaplanowane betonowanie.
Moja ślubna małżonka tegoż dnia postanowiła poddać się jakimś radykalnym zabiegom upiększającym w dość odległej miejscowości (siakieś tam taplania w śmierdzącym błocku i inne kosztowne fanaberie) i nie było gdzie upchnąć dzieci. Zgodziliśmy się, że pozostawienie ich samych w domu zmusiłoby nas do budowy nowego względnie do kosztownego i kłopotliwego przestawiania obecnego budynku na właściwe miejsce, ale consensusu nie było.
Krótka wymiana zdań zakończyła się moją kapitulacją. Cóż - postanowiłem dzieciom zafundować taplanie w błocku za darmo na budowie, doszedłszy do wniosku, że przebywanie w towarzystwie Czerwonych Brygad będzie dla moich młodych mniejszą traumą, niż widok matki, upapranej w czarnej mazi i przypominającej główną bohaterkę Blair Witch Project. Zapakowałem więc oboje młodych do samochodu i pojechałem na budowę.
Córka - na znak protestu przeciwko mojemu protestowi w temacie towarzyszenia matce - nie wyszła nawet z samochodu i oddała się lekturze któregoś tam tomu przygód Chorego Portiera. Młody natomiast był w swoim żywiole - wylazł, kazał się ubrać w pomarańczową kamizelkę (jak mówił - "kuloodporną"), mój biały kask - i wiooo- poleciał rządzić…
Operator pompy rozstawiał właśnie swoją maszynerię. Pompę mieliśmy nie byle jaką, 38 metrów wysięgu, Putzmeister na Volvie, nówka sztuka. Operator, lizus jeden, zdjął z pasa cały panel sterujący z dżojstikami, założył toto mojemu synowi i dał mu się pobawić. Młody aż dech stracił - kręcił dżojstikami na wszystkie strony, a pompa - w prawo, w lewo, w górę, w dół, aż gumowa rura na końcu wysięgnika zamiatała po nasypie… Młody miał wtedy sześć lat, stan jego przedniego uzębienia przypominał królika po czołowym zderzeniu, rozdziawił tę szczerbatą paszczę, aż mu ślina ciekła po brodzie, i bawił się tą ogromną zabawką z niesamowitym przejęciem.
Przyjechała pani inspektor. Wściekle ruda (syntetyk) wyjąca pięćdziesiątka, o głosie i słownictwie godnym czteropaskowego dresa i urodzie oraz posturze a’la big black sistah spod latarni na Brooklynie. Chcąc nie chcąc, musiałem zostawić syna w pakamerze pod opieką przodowego betoniarzy i pójść z tym koszmarnym babochłopem na obiekt, żeby dokonać odbioru.

Przodowym betoniarzy był Nafta. Młodemu przykazałem "słuchać pana Leszka", nie pakować łapek do gniazdek generatora ani do sprężarki, nie włączać piły tarczowej itd. Dostał ciesielski ołówek i parę kartek i miał bojowe zadanie - narysować budowę.
Nafta został zaś pouczony, w hermetycznym języku ogólnobudowlanym, że jeżeli nie dopilnuje mi dzieciaka, to jego genitalia, po bolesnym procesie powolnego smażenia oraz usunięciu przy pomocy piły łańcuchowej, zawisną w charakterze trofeum na szczycie dźwigu, po czym posłużą jako guma do żucia dla najbliższego gospodarskiego brytana.

Wróciłem po półgodzinie, zmęczony basowym rechotem i ordynarnością babochłopa, a nade wszystko oparami zapachu Poison, w których pływała jak trup smoka w formalinie. Patrzę - Młody spokojnie rysuje, a Nafta popala "męskiego" i rozmawia z kolesiami, nie żałując dynamizatorów. Rozpoczęła się robota.


Po trzech godzinach wziąłem dzieci i pojechaliśmy z moim zastępcą na obiad. Po drodze jeszcze jedna budowa, wysiadam na chwilę pogadać z operatorem dźwigu. Młody oczywiście za mną, ale bez entuzjazmu: dźwig malutki, 18 metrów wszystkiego. Córka czyta o jakimś ptaku z końską głową i świata nie widzi. Młody podchodzi do dźwigu i patrzy z wyraźną dezaprobatą.

-Co, Młody, fajna maszyna?
-Eee… Niefajna. Tamta masyna miała więksego ch*ja…
-Większe CO??
-No, tata, ch*ja… pan Lesek temu panu od pompy mówił: Romek, wystaw tego ch*ja dalej za ścianę…

Bez komentarzy, ale brygada rotflowała po glebie i mój kolega Bolek takoż. Jedziemy dalej
Młody dziarsko wysiada przed knajpą, zakłada ciemne okularki, patrzy spode łba i naraz pluuuuu - imponująco strzyka śliną przez szparę między zębami i spogląda na mnie z dumą.

-Co ty robisz, szczylu? - pytam.
-Pan Lesek mie naucył - odpowiada szczyl.

Cóż, stanem uzębienia mój syn znacznie przewyższał Naftę, a że pojętne bydlątko z niego jest, więc szybko podłapał co i jak. Hm. Bolek się trzyma za brzuch, coby przepukliny nie dostać…
Weszliśmy do restauracji. Siadamy, cos tam powybieraliśmy z karty, dorośli zapalili, dzieci nie… I czekamy, czekamy, czekamy… Po kwadransie interweniowałem u bufetowej i wreszcie przyszła obsługa, w postaci naburmuszonej i wybitnie nieefektownej kelnerki. Przyjęła zamówienia, burknęła coś, pociągnęła nosem i poszła.

-Co za denny babsztyl - mówię do Bolka, wypuszczając dym.
-Denny i brzydki - potwierdza Bolek.
-I leniwy - dorzucam…

Mój męski potomek pochyla się do mnie i teatralnym szeptem - na pół knajpy - zapodaje:

-Tata… Wies… Ja myślę, ze ona… ten… - (intensywny proces myślowy) - …ze ona juz więcej ch*jów w d*pie miała niz włosów na głowie…

Bolo wpadł pod stół, córka zakrztusiła się Tymbarkiem, aż zapluła okulary, a ja - uosobienie ojcowskiej powagi, pytam surowo:

-Co ty gadasz, szczylu jeden?!
-No co… Pan Lesek tak powiedział o tej bzydkiej duzej pani z cerwonymi włosami… Na budowie…

Nie utrzymałem powagi na twarzy… Pokulałem się w stronę Bolka, który właśnie zaczynał drugą rundę…

Hmm... Swoją drogą trudno się nie zastanowić, co wyrośnie z tak dobrze zapowiadającego się Juniora ;)


Poczytaj też poprzednie wspomnienia kierownika wesołej budowy

No! Ostatnia szansa na wysłanie oryginalnych życzeń swoim bliskim!
Nawet dla tych, których zbytnio nie lubisz znajdziesz u nas odpowiednią e-kartkę!

Zobacz inne e-kartki Wielkanocne!     Zobacz inne e-kartki Wielkanocne!     Zobacz inne e-kartki Wielkanocne!     Zobacz inne e-kartki Wielkanocne!

Żeby wysłać e-kartkę Wielkanocną nawet nie musisz się logować!

Oglądany: 55771x | Komentarzy: 55 | Okejek: 112 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

05.10

04.10

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało