Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Dzieła sztuki, które zostały zniszczone w wyjątkowo absurdalny sposób

47 002  
150   25  
Pamiętacie tę nieszczęsną panią, która to obrosła międzynarodową sławą po tym, jak nieudolnie zatuszowała wyrządzone przez siebie szkody na XIX-wiecznym fresku przedstawiającym Jezusa? Pechowy Chrystus nie jest jedyną ofiarą ludzkiej głupoty, nieostrożności lub umysłowego paraliżu. Niektóre historie związane z niszczeniem bezcennych dzieł sztuki są tak absurdalne, że aż trudno uwierzyć, że zdarzyły się naprawdę.

Wszystkie zamachy na „Straż nocną”

W 1642 roku słynny holenderski malarz Rembrandt namalował jedno ze swych największych dzieł – zbiorowy portret osiemnastu członków straży obywatelskiej złożonej głównie z kupców i handlarzy tkaninami. W rzeczywistości kompania ta składała się ze znacznie większej ilości mężczyzn, jednak jedynie ci, którzy zapłacili artyście, znaleźli się na płótnie. No, może poza bębniarzem, który został wynajęty i Rembrandt uwiecznił go na swym malunku całkiem bezpłatnie. Pierwotnie na obrazie znajdowały się aż 34 osoby (i pies), ale w XVIII wieku materiał, na którym dzieło zostało namalowane, dość drastycznie przycięto. Jeszcze parę dekad przed tym „zamachem” na pracę holenderskiego malarza, obraz został uszkodzony przez… młotek, który upadł na płótno.


W 1911 roku „Straż nocna” została zaatakowana przez jakiegoś szalonego szewca, który rzucił się na obraz z nożem w dłoni. Człowiek ten, poważnie niszcząc muzealny eksponat, chciał zaprotestować przeciw fatalnej sytuacji na rynku pracy...
W czasie II wojny światowej dzieło to ukrywane było w jednej z jaskiń znajdujących się na południu Holandii. Kiedy w 1945 roku wróciło do muzeum, jego dyrektor w przypływie radości niezbyt zapanował nad swoimi odruchami. Potknął się i wyrżnął w leżący na ziemi obraz. Nie wiadomo, jakie zniszczenia odniosła wówczas „Straż”.
Tymczasem w 1975 roku płótno znowu zostało pocięte przez faceta machającego nożem. Tym razem oprawcą był niespełna rozumu nauczyciel twierdzący, że dostał misję od Boga. Zniszczenia były tak duże, że dopiero po czterech latach udało się obraz naprawić, a i tak ślady po tym akcie wandalizmu widoczne są do dziś.


To nie był jednak koniec „zamachów” na malunek pana Rembrandta. W 1990 roku „Straż” znowu ucierpiała. Tym razem jej członkowie spryskani zostali kwasem siarkowym przez czubka zbiegłego ze szpitala psychiatrycznego. Gdyby nie szybka interwencja pracowników muzeum, którzy polali płótno wodą, obraz prawdopodobnie zostałby poważnie zniszczony. Substancja żrąca uszkodziła, na szczęście, jedynie wierzchnią warstwę lakieru.

Olać to! „Fontanna” Duchampa to przecież tylko pisuar

W 1917 roku nowojorskie Stowarzyszenie Artystów Niezależnych zorganizowało wielką wystawę. Każdy artysta, który uiścił opłatę, mógł pochwalić się swoim dziełem sztuki. Korzystając z tego fortelu, Marcel Duchamp przytaskał do galerii dorodny pisuar, który to nazwał „Fontanną”. Ta jawna kpina z artystycznej bufonady nie uszła mu płazem. Mimo że pozwolono Duchampowi wnieść urynał do budynku, ekspozycja ta szybko została usunięta. Mimo to „Fontanna” okrzyknięta została czołowym manifestem awangardy i jednym z najważniejszych dzieł sztuki XX wieku. Wprawdzie oryginalny pisuar zaginął gdzieś jeszcze w 1917 roku, ale w latach 50. i 60. stworzono jego szesnaście replik, a sam Duchamp oficjalnie je zaaprobował.


W 1993 roku, podczas ekspozycji jednej z kopii na wystawie w Wenecji, pewien człowiek ostentacyjnie nasikał na ten eksponat. Niedługo potem podobny happening wykonał w nowojorskim Muzeum Sztuki Nowoczesnej słynny muzyk Brian Eno. Sześć lat później do Duchampowego pisuaru ostentacyjnie naszczał też szwedzki artysta Björn Kjelltoft.
Nieco większą kreatywnością wykazał się francuski performer Pierre Pinoncelli, który na paryskiej wystawie zniszczył młotkiem dwa urynały. Aresztowany upierał się, że Marcel Duchamp byłby zachwycony jego wyrazem artystycznego geniuszu. Potem okazało się, że facet, który porwał się z młotkiem na pisuary, był tym samym wandalem, który w 1993 roku bezczelnie oddał mocz na jedno z tych „dzieł”…


Niedokończony mural

Diego Rivera był słynnym meksykańskim malarzem, znanym z tworzenia bardzo charakterystycznych murali. On, podobnie jak jego żona Frida Kahlo, nigdy nie ukrywał swoich komunistycznych sympatii. W 1932 roku Diego zatrudniony został przez Nelsona Rockefellera do wykonania gigantycznego malunku na jednym z budynków należących do tzw. Rockefeller Center w Nowym Jorku. Dzieło zatytułowane „Man at the Crossroads” miało być hołdem złożonym dla wielkich osobistości świata polityki, przemysłu i nauki.


Zleceniodawca był bardzo zadowolony z postępów prac, aż do dnia, w którym Rivera udekorował fasadę nieruchomości wizerunkiem Włodzimierza Iljicza Lenina. Rockefeller kazał natychmiast zamalować twarz przywódcy rewolucji październikowej, na co nie zgodzili się pomocnicy Rivery, grożąc, że jeśli oblicze komunistycznego lidera zniknie ze ściany, to wszyscy oni odłożą pędzle i zaczną strajk.


Sytuację próbował opanować sam Diego, który zaproponował dorzucenie do tego zbiorowego portretu postaci Abrahama Lincolna. Warunkiem miało być uratowanie nieszczęsnego Lenina… Przedsiębiorca nawet nie chciał o tym słyszeć. Jako że panowie nie doszli do porozumienia, meksykański artysta zmuszony był zakończyć swoją współpracę z Rockefellerem, a nieukończony mural został zamalowany.

Chrystus z młotkiem

„Pieta watykańska” to jedna z najbardziej znanych rzeźb Michała Anioła. Powstawała ona w latach 1498-1500, ale do Rzymu trafiła dopiero w XVIII wieku. Wcześniej przechowywana była w kaplicy, w której pochowano człowieka, który zlecił artyście wykonanie dzieła. Wielu historyków uważa, że pierwotnie rzeźba ta miała być fragmentem grobowca tego człowieka.
Warto zwrócić uwagę na fakt, że mimo ogromnego przywiązania do detali i szczegółów ludzkiej anatomii, Michał Anioł zrobił z Jezusa mężczyznę o wybitnie wręcz nikczemnym wzroście. Gdyby Chrystus miał naturalne rozmiary, to Matka Boska musiałaby mierzyć sobie ponad dwa metry! Niektórzy znawcy sztuki twierdzą, że według pierwotnej koncepcji rzeźba miała znajdować się wysoko. Wówczas, dzięki patrzeniu na nią z takiej perspektywy, brak proporcji w ogóle nie rzucałby się w oczy.


Najsłynniejsza z piet również miała pecha stać się obiektem ataku jakiegoś wariata. W 1972 roku na rzeźbę wdrapał się pewien mieszkający na Węgrzech australijski geolog, który tłukąc w marmur młotkiem wrzeszczał „Ja jestem Jezusem Chrystusem!”. Zanim wandala udało się ściągnąć na dół, gość zdążył odłupać Najświętszej Mateczce ramię, nos oraz poważnie uszkodzić jej boskie oblicze.



Łącznie sto kawałków kamienia trzeba było zebrać do kupy. Dopiero po 10 miesiącach dzieło Michała Anioła wróciło na swoje miejsce. Dzięki pieczołowitej pracy restauratorów, marmur nie nosił najmniejszych nawet śladów uszkodzeń. Na wszelki jednak wypadek od tego momentu „Pietę watykańską” podziwiać można już tylko zza grubego, kuloodpornego szkła.
Warto odnotować, że ten incydent ma też bardzo ważny, polski epizod. Rzeźbę odrestaurowano, bazując na jej najdokładniejszej kopii, powstałej we Włoszech na początku XX wieku, która to znajduje się w poznańskim Kościele Matki Boskiej Bolesnej.

Picasso w polskim bloku

Pablo Picasso przez większą część swojego życia nie był zaangażowany politycznie. Dopiero będąc świadkiem krwawej wojny domowej i niehumanitarnych posunięć generała Franco, artysta zrobił się zadeklarowanym komunistą. Mimo swoich silnych sympatii, nigdy jednak nie romansował z realizmem socjalistycznym, co wielu „czerwonych” miało mu za złe. W dalszym jednak ciągu wielki kubista zapraszany był na wszelkiego typu imprezy organizowane w krajach komunistycznych. W 1948 w Polsce miał miejsce Pierwszy Światowy Kongres Intelektualistów w Obronie Pokoju, a Picasso był jednym z najbardziej znanych gości.


Mimo że malarz chciał spędzić u nas tylko trzy dni, ostatecznie jego pobyt, połączony ze zwiedzaniem kraju, przedłużył się dwóch tygodni. Artysta był ponoć zachwycony nie tylko polskimi zabytkami, ale i nowoczesnym, warszawskim budownictwem, w którym za budulec służył gruz pozostały po zniszczonych w czasie wojny nieruchomościach. Picasso odwiedził jeden z terenów budowy nowych bloków. Podczas przechadzania się po jego pustych pomieszczeniach, malarz chwycił za kawałek węgla i za jego pomocą narysował na ścianie wielką postać warszawskiej syrenki.


Nowi właściciele mieszkania, którzy wprowadzili się tam parę miesięcy później, wiedzieli o bezcennej pamiątce znajdującej się na jednej ze ścian. Początkowo rodzina dbała o to, aby dzieło Picassa pozostało nienaruszone. Z czasem jednak sytuacja stała się dość kłopotliwa. Każdego dnia do mieszkania ściągały całe watahy ciekawskich pielgrzymów, chętnych obejrzenia sobie z bliska obrazu Picassa. Przybywali tam przypadkowi miłośnicy sztuki, politycy, a nawet wycieczki z zakładów pracy.
Rodzina chciała zlecić fachowcom demontaż fragmentu tynku z Picassową syrenką, jednak z tych ambitnych planów nic, niestety, nie wyszło. W tej sytuacji, za zgodą administracji, wykonano „remont” mieszkania. A to oznaczało, że rysunek hiszpańskiego kubisty można było legalnie usunąć. Podobno robotnicy, którzy zakryli farbą syrenkę, mieli niezły ubaw, szydząc sobie, że koślawe dzieło światowej sławy artysty równie dobrze mógłby namalować pierwszy lepszy, nieuczony w malarstwie „ziutek”.

Źródła: 1, 2, 3, 4

Oglądany: 47002x | Komentarzy: 25 | Okejek: 150 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

23.01

22.01

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało