Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Krawężnik od kuchni VIII - Koniec krawężnika

50 980  
408   35  
Ponoć oczekiwanie wzmaga napięcie, ale niemal rok to już chyba przesada - więc oto i obiecany, ostatni art z serii.

Krawężnik od kuchni VIII - Koniec krawężnika
Dziękuję wszystkim, którzy czytali te wypociny i mam nadzieję, że nieco przybliżyłem wam kulisy tego zawodu i życia ludzi, którzy go wykonują. Chyba to właśnie chciałem przekazać - że po tej drugiej stronie niebieskiego munduru są zwykli, niedoskonali ludzie, którzy pomimo wielu problemów i kłód rzucanych pod nogi usiłują sprawić, aby każdego dnia ten świat był choć odrobinę bezpieczniejszy niż poprzedniego.

Słowem wstępu: pisząc poprzednie teksty, starałem się pomijać zarówno te historie, które mogłyby doprowadzić do łatwej identyfikacji mojej osoby przez przełożonych (których łaska na pstrym koniu jeździ…), jak i te najbardziej… Ciekawe? Nietypowe? Efektowne? Obawiałem się, że zbyt duża ilość tych ostatnich źle wpłynie na odbiór całości - ot, ktoś mógłby stwierdzić, że koleś prawi farmazony, pisząc o akcjach jak z hamerykańskiego filmu. Znaczy się, kurła, ściemnia! Z tego powodu starałem się nie opisywać naraz zbyt wielu spośród tych (w moim mniemaniu) najciekawszych w jednym miejscu. Ale cóż - skoro ostatni, to ooooostatni, jak nie teraz, to nigdy. No i jak zwykle - część szczegółów została zmieniona celem anonimizacji osób występujących.

Chronologicznie pierwsza sytuacja - ja, młody kocur z patrolu i mój Sensei, stary wyga, przygotowany na wszystko. Podczas dosyć nudnej dniówki dostajemy wezwanie z czapy - jakiś koleś… wisi z okna. Łodafak? Jak to wisi? Powiesił się czy po prostu zwisa? Naprawdę czy to jakiś żart? Brak bliższych danych i kontaktu ze zgłaszającą. Zasuwamy na miejsce, na pełnej. Po dotarciu do celu widzimy starą, sypiącą się kamienicę, z metalową siatką umocowaną wspornikami na wysokości pierwszego piętra, coby nikt nie zarobił w czerep odpadającym z muru kamieniem. Budynek posiada m.in. charakterystyczne, cudaczne okna - drzwi balkonowe bez balkonu za nimi, witające wychodzącego barierką uniemożliwiającą przypadkowy “Skok wiary”. Z jednego z nich, na czwartym piętrze zwisa, trzymając się barierki, jakiś jegomość. Rzucamy się na górę po schodach - ja wysuwam się nieco na prowadzenie z racji tego, że Sensei przez radiostację wzywa wsparcie, karetkę, straż pożarną i Hiszpańską Inkwizycję (Ha! Nie spodziewaliście się, co?). Wpadam do mieszkania wskazanego z klatki przez - jak się później okaże - córkę gościa, który postanowił urządzić sobie spacer w chmurach dla ubogich. I głupich.

Po wbiegnięciu do środka widzę jegomościa, który zwisa z barierek po ich zewnętrznej stronie, trzymanego przez żonę, drącą się wniebogłosy. Dopadam barierki i chwytam kolesia za wolną rękę tak, że trzymamy go oboje. Jego ręce sięgają połowy wysokości prętów, zaś nogi koślawo opierają się na jakimś malutkim kawałku gzymsu, który wystaje na tyle, że da się znaleźć w nim choć odrobinę oparcia. Niestety, nasz Altair jest pod silnym wpływem napojów procentowych, co w jego sytuacji jest równie użyteczne, co ratownik na mistrzostwach świata w pływaniu. Do tego raz na jakiś czas usiłuje w pijackim widzie wspiąć się do środka, co czyni poprzez odepchnięcie się nogami od punktu oparcia - tyle tylko, że nie wzwyż, a wstecz, niemal wyrywając się z naszego chwytu. PKP - Pięknie, Kurwa, Pięknie. Krzyczymy wraz z jego żoną, żeby postawił te nogi, co też czyni. Tymczasem po kilkunastu sekundach dobiega mój Sensei i zamienia się z panią domu przy trzymaniu lewej ręki ochlapusa. Wymaga to jednak, aby na dwie - trzy sekundy, w tej ciasnej przestrzeni, kobieta puściła swego ślubnego i szybko zamieniła się z Sensei. Rzecz jasna, zgodnie z prawem Murphy’ego, nasz domorosły Ezio Auditore wybiera właśnie ten moment na kolejne niezdarne odepchnięcie od ściany - skutkiem czego na moment traci oparcie pod nogami.

Przez te najdłuższe trzy sekundy mojego życia od niechybnego zgonu kolesia dzieli tylko chwyt moich rąk, co przeżyciem jest zaiste ciekawym - ot, po dziś dzień pamiętam widok metalowych wsporników siatki gdzieś hen pod nim, czy sposób, w jaki zamajtał nogami szukając oparcia, które po krótkiej chwili znalazł. Sensei szybko pojawia się obok mnie i już we dwóch trzymamy gamonia, kątem oka rejestrując zbierających się poniżej gapiów. Pomimo osób postronnych, gdy jełop po raz kolejny zaczyna kombinować, drę japę “Postaw te nogi… Postaw nogi… POSTAW TE NOGI, KURWA!!!” - ten ostatni komunikat, lepiej dopasowany do odbiorcy, dociera do niego na dobre. Po kilku minutach (gdy jestem już zdyszany i spocony, a ręce bolą jak cholera) zjawia się kawaleria - załoga patrolowa, załoga wywiadowcza i strażacy. Ci ostatni z wielką poduchą dla skoczków, która w tym przypadku jest… kompletnie bezużyteczna - z powodu wspomnianej siatki i mocowań, które stałyby na drodze do bezpiecznego lądowania. Akurat w ten sposób, że najprawdopodobniej lecąc zawinąłby się na tych metalowych elementach - PKP po raz kolejny. Koledzy dobiegają - jeden staje pomiędzy nami i chwyta gościa, drugi swymi wielkimi łapskami sięga ponad naszymi głowami (ahoj, druhu!), zaś jakiś nieznany mi strażak w kucki prześlizguje się pomiędzy naszymi nogami do barierek, by chwycić kolesia pomiędzy prętami. W tym składzie dysponujemy już siłą wystarczającą do wciągnięcia go do środka, nawet w tej niezbyt wygodnej pozycji. Zmęczony, zdyszany, niemal nie czując zdrętwiałych rąk, rzucam do pijoka: “Jakbym miał siłę, to bym ci chyba jebnął…”.

Plot twist: koleś po pijaku awanturował się z żoną, a gdy ta chciała wezwać policję, próbował uciec (jak to zwykle czynił), ale zapobiegawcza małżonka tym razem zamknęła drzwi, by dosięgło go (nie)długie ramię sprawiedliwości. Wówczas, w przypływie ułańskiej fantazji, nasz bohater usiłował wyjść drugimi drzwiami, jakie miał w domu - dopiero po ich zewnętrznej stronie orientując się, że jednak nie był to najlepszy z jego pomysłów. Cóż, ramię sprawiedliwości faktycznie go dosięgło - tyle tylko, że przy okazji niemal odpadło od spoconego jak prosiak właściciela. Jedziemy na “fabrykę” umyć się i ogarnąć, tam zaś nawet nasz (wredny zwykle) naczelnik czeka w drzwiach z otwartymi ramionami i gratulacjami. Ten dzień jest nasz.

Krawężnik od kuchni VIII - Koniec krawężnika

Było wychodzenie oknem, teraz będzie skakanie przez nie - ale zarówno powód, jak i kondygnacja zgoła inne. Noc, wezwanie w okolice hotelu pracowniczego - taniego hostelu w baraku, w którym często zatrzymują się robotnicy przyjeżdżający do Warszawy z daleka. Zgłaszający ponoć padł ofiarą rozboju, więc na miejsce lecimy w kilka załóg. Ja właśnie mam swoją ostatnią noc w Wydziale Patrolowo-Interwencyjnym - za dwa dni rozpoczyna się robota w pionie kryminalnym. Zamierzałem spędzić ją… bezstresowo, ale nie było mi to dane. Po dotarciu do celu czeka na nas gość, co to kupił sobie skrzynkę piwa, która miała osłodzić mu te najbliższe kilka dni spędzonych z dala od domu (“Tak, kochanie, eeesstem szeźwy, tylko zmęczony, dlatego nie dzwoniłem…”). Skrzynka napoju bogów wpadła jednak w oko kilku gentlemanom z pokoju obok, którzy poprosili o nią grzecznie, argumentując przy tym logicznie swoją chęć jej uzyskania.

Nie no, żarcik, skopali kolesia, zabrali mu piwo i kasę, a na odchodnym pokazali sekator i powiedzieli, że jak zadzwoni po psy, to mu paluchy poucinają. Pokrzywdzony doszedł do siebie, odszedł na bezpieczną odległość i wezwał nas mimo wszystko, więc teraz kierujemy się pustą ulicą pośród starych magazynów w kierunku oddalonego o kilkadziesiąt metrów hotelu. Na czele pochodu koledzy z innych patroli, chcący jak najszybciej wpaść i dorwać sprawców, my ze zgłaszającym tuż za nimi. W pewnej chwili na ulicę kilkadziesiąt metrów przed nami wychodzi jakiś facet, na widok którego zgłaszający mówi, że to jeden ze sprawców. Nie przyspieszamy zbytnio, by jak najdłużej go nie wystraszyć, ale po kilku sekundach gapienia się na siedmioro policjantów idących w jego kierunku koleś w końcu dodaje dwa do dwóch i wychodzi mu, że trzeba spierdalać - toteż to właśnie robi, wpadając na podwórko, z którego wyszedł. Gdy koledzy przed nami rzucają się pędem, zgłaszający wskazuje nam skrót, więc puszczamy się biegiem pośród starych bud i magazynów.

Po chwili, wybiegając zza rogu, widzimy sprawcę raptem kilkanaście metrów przed nami, wpadającego do baraku, w którym mieści się hotel. Wbiegam za nim na korytarz, widząc, jak znika w drzwiach jednego z pokojów, wpadam do środka, gdzie kilka skołowanych osób spogląda w kierunku otwartego okna, pędem wyskakuję oknem (cojakuwarobię?), cudem nie zabijam się na tonie gratów leżących tuż pod nim, skręcam w prawo i lecę za gamoniem, który właśnie znika za rogiem budynku. Nadążacie? Mój mózg nie nadążał - fakt, że nie zabiłem się nie patrząc nawet, co znajduje się pod tym oknem, to jakiś cud. Były tam szkła, stare opakowania, butelki, deska z gwoździem, brakowało tylko patyka z kupą.

Tymczasem wypadając zza rogu budynku widzę… Naszego uciekiniera, który siedzi w krzakach pod siatką (teren dookoła budynku był ogrodzony). Gość chciał schować się w gęstych krzaczorach w nadziei, że pobiegnę dalej, ale usadowił się w miejscu, gdzie znajdująca się po drugiej stronie ogrodzenia latarnia idealnie go oświetlała, do tego biegnący za siatką kierownik ogniwa również go zauważył i krzyczy “Tu jest!”.

Efekt był taki, że koleś równie dobrze mógł założyć na siebie lampki choinkowe. Z melodyjką. Pomny, że jeden ze sprawców miał sekator wyjmuję tonfę, podchodzę i mówię “Wstawaj! Ręce na widoku!”, ale koleś twardo udaje, że go tam nie ma. By uświadomić go, że nie jestem fatamorganą, smyram go delikatnie tonfą po barku (czyt. JEB!). Z taką argumentacją nasz ninja nie dyskutuje, krzyczy “Oesu, dobra, dobra, już” i zaczyna się gramolić w górę. Łapię wstającego niezdarnie kolesia za ramię, by szybciej się podniósł, ten jednak potyka się i prawie przewraca, wytrącając mnie z równowagi. W tej chwili zza rogu wypada mój partner, który widzi, jak (z jego perspektywy) z pałką w ręku szarpię się ze sprawcą - toteż dopada do nas i robi użytek ze swojej czarnuli (czyt. JEB! JEB! JEB!). Teraz to już w ogóle sprawca jest skłonny wykonywać wszelkie polecenia, więc już bez większych niespodzianek zostaje zatrzymany. Że niby, obiektywnie rzecz biorąc, dostał pałą od mego kolegi za nic, w wyniku nieporozumienia? Gdyby kózka obcinaniem palców nie groziła, to by pałą nie dostała - czy jakoś tak. Jeden zero dla nas, pozostałe załogi szukają reszty amatorów cudzego browaru, ładny wynik strzelony na zakończenie przygody z wydziałem patrolowo-interwencyjnym.

Krawężnik od kuchni VIII - Koniec krawężnika

Po historiach okiennych pora na opowieść z lustrem (dzisiejszy odcinek sponsoruje Zakład Szklarski A.S. Bytom…). Nocną służbę, pełnioną wraz z koleżanką, przerywa interwencja zlecona - awantura domowa. Niestety, jako że zgłoszenia dokonał sąsiad, już na wstępie dostaje etykietkę “Interwencja z dupy”, do ewentualnej zmiany dopiero na miejscu. Czemu? Bo w 99% przypadków jeśli nikt z domowników nas nie wzywał, to nie chcą naszej pomocy - normą w takich przypadkach jest nieotwieranie drzwi lub pretensja, że w ogóle przyjechaliśmy. No, ale zawsze pozostaje ten 1%...

Na miejscu pukam do drzwi, które po chwili otwiera Shrek. Kawał chłopa z miną typu “Czego, kurwa?”, pod wpływem alkoholu i w samych majtasach. Naprawdę samych. Koleś butnie pyta: “Słucham?”, ale wówczas gdzieś z wnętrza dobiega nas głośny szloch kobiety.
- Dobry wieczór, policja, co tu się dzieje?
- Nic się nie dzieje, możecie iść.
Tako rzecze ogr i próbuje zamknąć nam drzwi przed nosem, ale nie tym razem. Napieram naprzód, otwierając je i odsuwając tym samym naszego dzisiejszego “bohatera”. Za mną do środka wślizguje się koleżanka, szybko namierzając źródło płaczu - zadbaną blondynkę siedzącą w łazience i zajętą spłakiwaniem swojego makijażu. Całe mieszkanie nowe, czyste, porządne - nie bije od niego biedą, jak od wielu miejsc, które odwiedzamy w podobnych okolicznościach. Ale cóż, jak widać na załączonym obrazku, prawdziwą patologię ma się w sercu, nie portfelu.

Tymczasem agresor domowy jest niezwykle poruszony i oburzony faktem, że śmieliśmy wejść do mieszkania bez jego zgody! No bo jak to?! Tak nie można! Przecież on nas nie wpuszczał! Nie zapraszał! Ciśnie mi się na usta, że myli policjantów z wampirami, ale staram się nie zaogniać sytuacji. Wchodzę jedynie do środka tak, by nie stać na wprost drzwi - wówczas koleś mógłby wypchnąć mnie i zamknąć się z koleżanką i pokrzywdzoną. Rzecz jasna po moim wejściu w głąb mieszkania nasz Shrek dla ubogich jest jeszcze bardziej oburzony i prawi, jak to będzie się skarżył, zwolnią nas, bo tak nie można, tak wchodzić do obywatela, to bezprawie jest! Zieeeeew, ciekawe, czy ciągle mają promocję na kawę na Orlenie. Podchodzi koleżanka i po cichu referuje mi rozmowę z naszą pokrzywdzoną - darł się na nią, szarpiąc wypchnął nagą na korytarz, po kilku minutach wpuścił i dalej się na nią darł, nie chcąc wypuścić. Dziewczyna nie będzie niczego zgłaszać, od nas chce jedynie umożliwienia jej ubrania się i wyjścia. Sama mówi, że więcej już tu nie wróci, bo to nie pierwsza taka akcja i ma dosyć. No dobra, czyli jeszcze pięć minut bez żadnej eskalacji i wyjdziemy bez incydentu. Partnerka dogląda wyjścia dziewczyny, zerkając jednocześnie na naszego agresora i jego tyradę skierowaną ku mnie.

Ciężko będzie to jakoś sensownie opisać, ale spróbuję: gość stoi tyłem do ściany, na której tuż obok niego znajdują się drzwi, których otwarte do wewnątrz skrzydło oddziela go od samego otworu wyjściowego. Tuż za Shrekiem, na ścianie obok drzwi, znajduje się lustro, a raczej Lustro - piękne, wysokie na ok. 1,5 metra zwierciadło, zawieszone na dwóch zaczepach. Nasz (anty)bohater w swoim pijackim oburzeniu pomimo moich prób uspokojenia go coraz bardziej się nakręca, wciąż zafiksowany na punkcie naszego wejścia do lokalu i nie dopuszczający do siebie podanej przeze mnie informacji, że owszem, mieliśmy takie prawo. W końcu gość uznaje, że skoro intruz nie chce wyjść, to trzeba go usunąć! W tym celu łapie mnie za ramiona i próbuje wypchnąć z mieszkania, ale pomimo przewagi w wadze niewiele mu z tego wychodzi - napieram całym ciałem do przodu i odpycham, łapiąc go dłonią za podbródek i odchylając głowę do tyłu, skutkiem czego koleś leci wstecz. Lecąc wpada na to piękne lustro, które… nie, nie spada. Puszcza jedynie jeden z zaczepów, tak że lustro zwisa pod kątem na tym pozostałym, niczym koślawy romb - w ten sposób, że wsuwa się pomiędzy skrzydło drzwi a framugę. Tak, tak, moi drodzy, ta historia nie ma happy endu - agresor oburzony jest już podwójnie, bo nie dość, że wtargnęli mu do mieszkania, to jeszcze popychajo! Fakt, że sam popełnił właśnie przestępstwo jakoś mu umyka. Gość zaczyna machać łapami, a jedną z nich trafia w skrzydło drzwi, które zamykają się na zwierciadle, to zaś pęka. Auć. Shrek dostaje podwójnej korby i drze japę, że rozbiliśmy mu lustro (łodafak?), on się będzie skarżył, on tak tego nie zostawi, on pójdzie jutro do komendanta!!! Nie chce mi się zamykać tego debila, ale cóż - rzeczowe pytanie, rzeczowa odpowiedź:
- Czyli mam rozumieć, że będzie pan dochodził swoich praw w sprawie tego zniszczonego lustra?
- Oczywiście, że będę!!!
- Dobrze, my natomiast będziemy dochodzili swoich w sprawie naruszenia nietykalności cielesnej funkcjonariusza.
*odgłos wyjmowanych kajdanek*
*kurtyna*


Krawężnik od kuchni VIII - Koniec krawężnika

Gdy, po kilku jeszcze wesołych sytuacjach, przetransportowaliśmy klienta na dołek, nasz oficer dyżurny, szczerząc kły, przywitał mnie tekstem: “Eeeej, Oloring, słyszałem, że ty tam jak w terminatorze, wybijałeś kolesiem szyby!”. Taaa, za tydzień na fabryce będzie pewnie chodziła historia, jak to wybiłem wszystkie okna w mieszkaniu jego głową…

Krótka akcja: noc, załoga patrolowa poszła sobie do zgłaszającej uszkodzenie samochodu przez jej byłego, podczas gdy - zupełnie przypadkowo - trzy załogi po cywilnemu (w tym ja) zatrzymały się dwa bloki obok na pogaduchy. Jeśli był spokój, to zwykle załogi z raz w ciągu zmiany spotykały się na gadkę-szmatkę. Tuż obok nas, stojących po cywilnemu, z jednej strony zza bloku wychodzą patrolowcy ze zgłaszającą, z drugiej… sprawca ze znajomymi. By było zabawniej ów sprawca, wielki kawał schaba (ok. 2 metry wzrostu, siłka i więcej sterydów w organizmie, niż CBŚ zabezpiecza w ciągu roku) na widok zbliżających się policjantów wyjmuje nóż, po czym… Przystawia go sobie do szyi i krzyczy, że jak podejdą, to podetnie sobie gardło.

Wszyscy policjanci mają w tym momencie lekki zwis systemu - bo jeśli ktoś atakuje ciebie lub kogoś nożem, to powinieneś strzelać… Ale co, jeśli grozi nim sobie? Puścić go nie możesz - stwarza zagrożenie dla siebie i innych, do tego istnieje podejrzenie, że popełnił przestępstwo uszkodzenia mienia. Podejść też niekoniecznie - majcher w każdej chwili może zostać użyty przeciwko tobie, zaś rozmiary kolesia uniemożliwiają szybkie obezwładnienie przy użyciu siły. W tamtym czasie o czymś takim jak taser można było najwyżej pomarzyć (nadal jest to towar deficytowy), więc zagwozdka jest niezła. Wtedy przed szereg wychodzi policjant, a raczej - Policjant. Jeden ze “starej gwardii” naszej jednostki, wywodzący się z czasów, gdy głównym środkiem zapobiegawczym stosowanym wobec lokalnych bandytów był wpierdol. Jednocześnie gość mający u nich niezwykłe poważanie - ot, kolesie szanowali człowieka, który w razie potrzeby potrafił ich sprać tak, że popuścili. Nie, też nie wiem, jak to działa. Ale działa. Dla celów tego tekstu nazwijmy go roboczo Szeryf. Widziałem raz, jak naćpany koleś biegający po mieszkaniu z nożem i w samych gaciach na widok Szeryfa pospiesznie odłożył narzędzie, położył się i przeprosił, mówiąc do niego per pan. (Disclaimer: Oczywiście nie wiem, jak się Szeryf naprawdę nazywa i w ogóle pierwszy raz słyszę tę ksywę)

Tymczasem nasz nocny impas trwa, a Szeryf podchodzi i zaczyna… Rozmawiać. Gada z gościem. Znają się, Szeryf nie raz go zamykał, setki razy legitymował i sprawdzał. Stary pies i stary bandyta rozmawiają sobie spokojnie, jak gdyby jeden nie miał noża przy gardle, a drugi nie stał w zasięgu skoku i pchnięcia. Kark chce, żeby patrolowcy odeszli, bo “go wkurwiają” - Szeryf prosi, żeby się oddalili, zostają sami “cywile”. Ja stoję jakieś dwa metry za Szeryfem, z ręką na kaburze i zastanawiam się, czy jeśli koksu skoczy w jego kierunku, to zdążę wyjąć, przeładować i strzelić. Czy w ogóle będę potrafił? Najważniejsze: czy dam radę podjąć taką decyzję, zanim będzie za późno? Tej nocy się nie dowiem - po kilku minutach rozmowy koleś sam rozumie swoje położenie, nawet opieprza kolegę, który prosi, byśmy go zostawili - “Kurła, Sebek, przecież nie mogą mnie teraz tak zostawić, jak tak odjebałem, no nie ma takiej opcji”. Jeszcze chwila rozmowy i koleś oddaje nóż swemu kumplowi, biorąc od niego Szeryfowe kajdanki, w które... sam się zakuwa.
- Z przodu czy z tyłu, panie Szeryfie?
- Z tyłu, kolega niech pomoże.
Po chwili prób:
- Nie idzie z tyłu, za wielkie mam łapy, nie wygnę ich tak do tyłu.
- To niech będzie z przodu.
Finał jest taki, że koksa zabiera karetka na rozmowę z psychiatrą, a ja na polecenie Szeryfa (który odjechał z karetką) odbieram nóż koleżance karka - Szeryf widział, jak jej go cichcem przekazano. Dziewczyna próbuje się wymknąć i rżnie głupa, że żadnego noża nie ma, ale znajduję go w jej torebce - oczywiście foch, bo jakim prawem ją sprawdzam?! Historia nie ma wielkiego finału i kurtyny, bo i o to tak naprawdę chodziło w tej interwencji - by wielkiego, dramatycznego finału uniknąć.

Krawężnik od kuchni VIII - Koniec krawężnika

No i na koniec - często ktoś pyta mnie, gdy spokojnie opowiadam o tych wszystkich atrakcjach, czy nic z tego mnie nie ruszyło? Nic nie ryje mi bani? Zasadniczo uważam, że to właśnie główna, najważniejsza cecha, którą musi posiadać policjant, strażak czy (zwłaszcza) ratownik - wytrzymałość na takie rzeczy, i to nie jedną czy dwie, tylko całe lata nimi wypełnione. Ale każdego coś rusza. Każdy ma swój kryptonit - mam i ja.

Otóż zawsze najbardziej obrzydliwą dla mnie częścią człowieka (czy innego zwierza) był mózg. Nawet w filmach nie mogę na niego patrzeć i gdy pojawia się w jakichś scenach, to - nie żartuję - zamykam oczy lub patrzę poza ekran czekając, aż się skończą. Jak się pewnie domyślacie, Firma pomogła mi “wyjść poza strefę komfortu”... Po raz ostatni - zaczynamy.

Chłodny, deszczowy, jesienny wieczór. Zapadł już zmrok, a obfite opady znacznie ograniczają widoczność. Wraz z kolegą oczekujemy końca służby, już w blokach startowych do finiszu - w znanym sobie, zacisznym miejscu 3 minuty drogi od komendy, gdzie zamierzamy zjeść ostatnie kanapki i poczekać na koniec 12-godzinnej zmiany. Nasz planowany wypoczynek przerywa jednak dosyć niezwykła rozmowa na radiostacji:
- Operator, tu załoga 666, jednak nie dotrzemy na tę interwencję, na którą nas wysłałeś, bo przy ulicy Mahoniowej najechaliśmy na wypadek. Śmiertelny.
Tu zapala się pierwsza lampka ostrzegawcza - nie używamy nigdy słowa “śmiertelny”, nawet jeśli to ewidentne. Masz nieść pomoc i resuscytować, człowiek może być “bez oznak życia”, ale śmierć może stwierdzić jedynie lekarz, gdy przybędzie. To samo najwyraźniej pomyślał operator:
- Przyjąłem. Ale władzo, na pewno śmiertelny? No bo wiesz…
- Tak, na pewno.
Musi być grubo. Jedziemy do chłopaków zobaczyć, czy nie potrzebują pomocy - koniec zmiany może poczekać. Na miejscu ciężarówka, której kierowca skręcał na skrzyżowaniu - twierdził później, że w momencie zdarzenia ktoś wyprzedzał go wbrew przepisom, co odwróciło jego uwagę. W tym czasie przez jezdnię przechodziła dziewczyna, która niemal zdążyła przed jego pojazdem, lecz zahaczył ją błotnikiem przedniego koła skręcającego wozu, które skutkiem tego przejechało jej po głowie. Jeśli teraz wyobrazicie sobie eksplodującego pod takim naciskiem arbuza, to będziecie mieli niezły obraz sytuacji.

Zwłoki załoga zdążyła już przykryć kocem termicznym (nie zazdroszczę tego widoku), kierowcę właśnie prowadzą do karetki - facet po tym, co się stało i co zobaczył jest jak warzywo, praktycznie nie ma z nim kontaktu. Pytam dowódcę załogi, czy trzeba im pomóc - mówi, że przydałoby się dokończyć ogradzanie terenu taśmą, by odseparować miejsce zdarzenia od zbierających się gapiów. Mój partner leci do naszego wozu po taśmę, a ja pytam, czy znaleźli dokumenty ofiary. Nie, więc idę ich poszukać.

Na środku jezdni leży jej torebka, z której wyleciała cała zawartość - mnóstwo przedmiotów wala się na przestrzeni kilku metrów. Stąpam ostrożnie pomiędzy poszczególnymi rzeczami tak, by na nic nie wejść, gdy dociera do mnie, że to nie tylko zawartość jej torebki, ale też głowy. Tak, drogie dzieci, pośród pomadek, portmonetek, szczotek itp. na mokrym, błyszczącym asfalcie leżą sobie krwawe kawałki mózgu i kości czaszki ofiary.

Kurwa. Kurwa. Kurwa. Kurwa. Kurwa. Kurwa.

Rozlega się w mojej głowie, ale nie ma czasu na zajmowanie się takimi pierdołami, jak własne obrzydzenie - gdzieś pośród tego pobojowiska znajduję portfel, z niego wyjmuję dowód osobisty. Kobieta, niemal mój rocznik. Pewnie wracała z pracy, spiesząc się do domu w ten brzydki jak kozia dupa wieczór, gdy jej życie zostało przerwane. Przez długi czas ciągnąć się będzie sprawa, w której dochodzeniowcy i prokurator będą dociekać, czy wina leżała po stronie pieszej, czy kierowcy - co nie zmienia faktu, że życia już nikt jej nie wróci. Po tej sytuacji przez jakiś tydzień czy dwa będę miał zjazdy nastroju, ilekroć mi się to przypomni. Ale z czasem przejdzie.

Zawsze przechodzi.

Jeśli chcesz przypomnieć sobie resztę historii Oloring7, to skocz do poprzednich odcinków tej serii.

No i wesołych świąt...


Oglądany: 50980x | Komentarzy: 35 | Okejek: 408 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało