Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Wyjechała do Albanii - teraz opowiada, jak tam naprawdę jest

66 880  
506   90  
Zapraszamy na podróż i przygodę w Albanii z naszą Bojowniczką!

Cześć.

Jestem Polką, mam 25 lat i od 9 miesięcy mieszkam i pracuję w Albanii – kraju Mercedesów i bunkrów. Chciałabym wam przybliżyć albańską codzienność moimi oczami oraz pokazać różnice w postrzeganiu Albanii w trakcie wakacji a żyjąc tu.


Ja w swoje 25. urodziny w Gjirokastrze

Coraz więcej osób pyta mnie, jak wygląda tu życie, albo twierdzi, po tygodniowych wakacjach, że w Albanii jest tak cudownie, że mogliby tu zamieszkać.


Saranda – widok na Korfu. To tu obecnie mieszkam

Jak się tu znalazłam:

Moja przygoda z Albanią zaczęła się trochę przez przypadek. W 2016 roku poszłam z mamą do biura podróży, szukając inspiracji na wakacje. Egipt, Turcja i Grecja odpadają. „To może Albania?” zapytał właściciel biura. Co prawda w tamtym momencie o Albanii nie wiedziałyśmy właściwie nic. Przejrzałyśmy oferty, ja zaczęłam szukać informacji w Internecie o tym kraju i tak poleciałyśmy do Durres. Rok później, podczas wycieczki objazdowej po Bałkanach, spędziłam tydzień na południu Albanii – w Sarandzie.
Od pierwszego dnia wsiąkłam w Albanię totalnie. Zachwycało mnie wszystko, przyroda, historia, zabytki, ludzie i kultura.

Nie pamiętam gdzie, ale w okolicach września trafiłam na ogłoszenie, że szukają wolontariuszy na EVS (European Voluntary Service - część programu Erasmus+) do miejscowości Kukes w północnej części Albanii. Tematem projektu była praca z młodzieżą. Rozmawiałam nawet o szczegółach z organizacją wysyłającą z Polski, niestety przez przedłużająca się obronę magisterki myślałam, że już za późno. W lutym pojawiła się informacja, że wciąż szukają jednej osoby. Obroniłam się, złożyłam wypowiedzenie w pracy i wyjechałam. Chciałam poznać życie w Albanii poza sezonem oraz w miejscach, gdzie turystyka jest całkowicie nierozwinięta. I tak od 13 marca 2018 do dziś trwa moja albańska przygoda.


Pan z osiołkiem sprzedaje owoce, napoje i popcorn na plaży

Kukes

O tej miejscowości ciężko znaleźć jakieś informacje w Internecie. Jednak jeśli ktoś z was interesuje się piłką nożną, to mógł słyszeć o lokalnym klubie piłkarskim FK Kukesi (mecz z Legią Warszawa i sprawa z Ondrejem Dudą). Jest to mała miejscowość, 20 minut samochodem od granicy z Kosowem. Region ten jest najbiedniejszy w całym kraju, a większość młodych ludzi wyjechało za granicę. Ci, którzy zostali, zajmują się głównie rolnictwem lub pracują w usługach. Rynek turystyczny, mimo ogromnego potencjału, jest tam całkowicie nierozwinięty.


Główny plac w Kukes

Kiedy mówię Albańczykom z innych regionów, że tam byłam, zawsze się na mnie dziwnie patrzą i pytają „dlaczego?”. Większość Albańczyków nigdy nie była w tamtej okolicy. Kukes można porównać trochę do Podlasia ;). Oprócz mnie była tam jeszcze dwójka Polaków, natomiast oni rozpoczęli wolontariat wcześniej – na koniec grudnia. Naszymi zadaniami była głównie praca z młodzieżą. Mieliśmy zajęcia z języka angielskiego i niemieckiego, warsztaty o prawach człowieka, opowiadaliśmy o polskiej kulturze, Unii Europejskiej oraz o możliwościach, jakie daje Erasmus. Prócz tego mieliśmy kurs języka albańskiego, integrowaliśmy się z mieszkańcami miasta czy jeździliśmy na wycieczki.
Mój wolontariat trwał 4,5 miesiąca, a obecnie mieszkam w Sarandzie, gdzie pracuję.


Okolice Kukes – po co przemalować budynek, może te hasła wrócą do łask

Wady, zalety, różnice w postrzeganiu

Możliwość mieszkania i pracy z Albańczykami sprawia, że mogę poznawać ten kraj coraz lepiej, choć nadal niewiele wiem i niewiele widziałam. Też byłam jedną z tych osób, które były zachwycone wakacjami tutaj, tą, która zastanawiała się jak tu jest na co dzień. Wcześniej, po dwukrotnych wakacjach w Albanii i kilku rozmowach z lokalsami, myślałam, że wiem coś o tym kraju.

Po takim czasie moje nastawienie do Albanii jest trochę inne, niż było w marcu. Sama Albania i ludzie są różnorodni, w zależności od rejonu. Południe jest już trochę „zepsute” przez turystykę i jest też najdroższym rejonem kraju. Chciałabym wam przedstawić to, co w Albanii (mniejsze i większe sprawy) wciąż mi się podoba, co nawet chętnie wprowadziłabym w Polsce, ale również jej wady i absurdy. Oraz chciałabym przybliżyć wam albańską codzienność.


Albański kontrast – limuzyny przy niedokończonej budowie

#1. Napisy w filmach

Niby mała rzecz, ale chętnie wprowadziłabym to w Polsce. Nie ma tu lektora, każdy zagraniczny film czy serial ma napisy. Jest to ogromna możliwość nauki języka, a uważam, że Albańczycy maja duże zdolności do nauki języków obcych (choć tego nie wykorzystują przez swoje południowe lenistwo).

#2. Kawiarnie

Są wszędzie. W Polsce kawy nie piłam, natomiast tu piję prawie codziennie. Jest pyszna i tania. I jest wszędzie. Zostawiasz samochód na myjni (bo przecież o samochód trzeba dbać)? W Polsce w takich miejscach zazwyczaj nie ma co robić. Może trafisz na jakąś poczekalnię. Tu większość myjni połączona jest z kawiarnią lub do najbliższej idziesz całą minutę, gdzie przy dobrej kawie możesz poczekać na swojego mercedesa. Kawę zamówisz wszędzie, piwo – niekoniecznie. Do kawy bardzo często dodają też darmową wodę, co jest tu normą, nie trzeba jej oddzielnie zamawiać. Cena kawy? Zazwyczaj zamawiam małe macchiato lub cappuccino. Najtańsza kawa jaką tu piłam to 50 leków (ok. 1,7 zł), a najdroższa 200 leków (ok. 7 zł). Albańczycy piją kawę kilka razy dziennie, a przy jednym espresso mogą spędzić nawet dwie godziny. W kawiarniach zauważyć można głównie mężczyzn, ale o tym później.

#3. Brak dosprzedaży i wszechobecnych reklam

Jedziesz zatankować? Do samochodu podchodzi pracownik, wlewa paliwo, płacisz mu (w 99% gotówką, mało gdzie akceptują karty lub naliczają za to prowizję) i odjeżdżasz. Nie musisz nawet wychodzić z samochodu. Nie ma kart klienta, hot doga w promocji czy płynu do spryskiwaczy. Ewentualnie możesz wypić kawę. Co ciekawe, stacje benzynowe często nie są całodobowe i niekoniecznie muszą mieć toaletę. I w większości nie znajdziesz tam piwa w lodówce!

Tak samo w punkcie operatora telefonicznego. Idę, kupuję pakiet, który chcę i wychodzę. Nie proponują nic nowego, droższego, bogatszego. Nie ma badania potrzeb. Nikt też do mnie nie zdzwoni z ofertą. Czasami dostanę esemesa, że jest promocja (i naprawdę mają wtedy tańszą ofertę). Tak samo w bankomacie, wypłacając pieniądze nie widzę żadnej reklamy w trakcie. Na mieście właściwie nie ma bilbordów i plakatów, a w centrum mało kiedy rozdają ulotki.


Po co kupować bilet na mecz, jak można siedzieć na dachu sąsiada?

Jacy są Albańczycy?


Podejście do turystów i ich gościnność

Tak jak wspomniałam, uważam, że na południu turystów traktują już jak typowy biznes. Jest tam też drożej i trzeba uważać w sklepie przy wydawaniu reszty (parę razy wydali mi za mało). W sklepie, gdy nie mają jak wydać, na południu zawsze liczyli mi na korzyść sklepu, na północy – na moją. Czasami gdy nie mają drobnych dają gumę balonową (taka lepsza wersja gumy kulki, z sokiem w środku).

Jak byłam pierwszy raz w Albanii, chciałam pojechać do miejscowości Kruja. Do dziś pamiętam, jak miałyśmy z mamą tylko euro (walutą Albanii są leki), a pan kierowca znał jedynie albański. Zawołał kogoś, ten ktoś wziął od nas pieniądze, pobiegł do banku, aby je wymienić. Był to dla nas pierwszy szok. Pamiętam, że to nie było jakieś 5 euro, tylko więcej. A on wziął, wymienił i oddał co do leka. Dodatkowo kierowca nadrobił dla nas drogi, bo nie jechał dokładnie tam, gdzie chciałyśmy, ale w podobnym kierunku. Wysiadłyśmy na przedmieściach, a chciałyśmy zwiedzić zamek. W jednym ze sklepów zapytałyśmy sprzedawczyni, jak tam dojść. Okazało się, że trzeba tam podjechać kolejnym autobusem. Zawołała swojego kolegę (oczywiście mówili tylko po albańsku), a ten zaprowadził nas do autobusu, a po drodze jeszcze zadzwonił do kierowcy, żeby ten na nas poczekał.


Bazar w Kruje

Raz też, wracając busem z Tirany do Durres, moja mama podała banknot, a kierowca nie wydał reszty. Pan za nami zwrócił panu biletowemu uwagę, że wziął za dużo. Ten mu wytłumaczył, że to było za dwie osoby (a przynajmniej tak nam się wydaje ;)) i że wszystko jest OK.

Innym razem wracałam ze znajomymi autostopem. Pan nie dość, że podwiózł nas pod przystanek autobusowy, nadrabiając drogi w godzinach szczytu, to jeszcze, w międzyczasie, zabrał nas na najlepsze lody w okolicy. I nie, nie był to żaden podryw, byliśmy w mieszanym towarzystwie.

A ich gościnność? Zapytaj o pozwolenie rozbicia namiotu w ogrodzie, a zaproszą cię do domu i ugoszczą. Kiedy mieszkałam kilka dni z moją nową „albańską rodziną”, zawsze czekał na mnie suto zastawiony stół, a mama dbała, żebym miała czyste ubrania (mieszkałam tam 4 dni, a 2 razy miałam robione pranie).

Tu, gdzie obecnie mieszkam, wynajmuję mieszkanko w dużym domu. Moja „albańska ciocia” raz na jakiś czas pod moją nieobecność sprząta mi całe mieszkanie, a gdy przez 2-3 dni mijamy się i mnie nie widzi, to puka do mnie, żeby upewnić się, że u mnie wszystko w porządku i czy nic mi nie trzeba. I czy na pewno coś jem. Trochę jak nasze polskie babcie.

Mała podpowiedź - jeśli mieszkasz w bałkańskim domu w lecie i masz dostęp do lodówki, uważaj! To, co uważasz za wodę mineralną w plastikowej butelce raczej nie jest tym, co ugasi twoje pragnienie w trakcie upału.

Albańczycy natomiast nie lubią obcokrajowców, którzy planują tu biznes. Traktują ich jak wrogów. Mało który widzi w tym możliwości dla nich samych (praca) i dla kraju (chociażby przez płacenie podatków). Niestety wielu Albańczyków uważa, że obcokrajowcy kradną pracę i turystów, a nie zauważają różnicy w jakości usług, co mogłoby przyczynić się do wzrostu ich atrakcyjności

Jacy jeszcze są Albańczycy? Przede wszystkim głośni. Albańczycy uwielbiają small talki. Zawsze muszą znajomego zapytać co u niego słychać, a jedyną odpowiedzą jest, że dobrze. Później pytają o rodzinę czy biznesy. I gdy dwaj Albańczycy zobaczą siebie po dwóch stronach ulicy, nie podejdą do siebie. Będą tak stać i krzyczeć do siebie. Zawołają też znajomego jak zobaczą go przez okno i wymienią parę zdań. Albańczycy uwielbiają też fajerwerki. Puszczają je również w dzień, gdy jest widno. Co 2-3 dni słyszę huk za oknem. Też często trąbią prowadząc samochód. Trąbią o wszystko – bo korek (Albańczyk ma zawsze czas – avash avash (powoli, powoli), chyba że prowadzi samochód. Wtedy ma być szybko), bo zobaczył znajomego, bo będzie skręcał, bo tak.

Do tego zawsze jest pora na kawę. Piją ją kilka razy dziennie, ale też często piją alkohol od rana. 9 rano i już dwóch panów siedzi na zewnątrz baru i popijając wolno raki, rozmawia o codzienności.


Zobaczyłeś znajomego? Przecież można stanąć na środku ulicy, żeby zamienić parę zdań

Tak jak wspomniałam, im się nigdy nie spieszy, na wszystko jest czas. Potrzebujesz czegoś? Kiedyś ci wyślą. Albo nie. Godzina spotkania jest tylko umowna, spóźnienie się 15 minut wcale nie jest niegrzeczne. Są też leniwi, jeśli chodzi o chodzenie pieszo. Wszędzie samochodem. Jeśli trzeba gdzieś iść 15 minut, to już jest daleko.

Albańczycy są też bardzo rodzinni. Panuje tu raczej typ rodziny 2+2, ale rodziny często mieszkają razem. Według tradycji, kobieta po zaręczynach wprowadza się do rodziny męża i tam mieszkają wszyscy razem. Dzieci też zajmują się rodzicami na starość. Rodziny często się odwiedzają albo, przez brak możliwości, dzwonią do siebie.

Nie ma też dla nich znaczenia religia. Jest to chyba najbardziej tolerancyjny (pod tym względem) kraj. Wolne od pracy i szkoły mają na święta trzech religii (islamu, katolików i prawosławnych). W Tiranie stanęła chyba pierwsza w tym roku choinka na świecie (a kraj w 60% muzułmański). Tu można zobaczyć, jak obecnie udekorowany jest główny plac miasta:

https://www.youtube.com/watch?v=oaFphDvpBXE

Teraz w każdym większym mieście jest choinka, świecące bałwanki i renifery. W domach porozwieszane są lampki i stoją Mikołaje. Często na jednej ulicy można spotkać kościół i meczet, normą też są śluby międzywyznaniowe. Nie mają też problemu, żeby pójść „nie do tej świątyni co trzeba”. Dodatkowo bardzo popularnym tu odłamem islamu jest bektaszytyzm. Oficjalnie muzułmanie go nie uznają, jest to dla nich sekta. Na czym on polega? Tak naprawdę tylko na tym, że wierzysz w Allaha. Jesz wszystko, pijesz alkohol, ramadanu nie obchodzisz.

Praktycznie nie widać tu kobiet w burkach, ani tym bardziej mężczyzn w muzułmańskich strojach. Oni są przede wszystkim Albańczykami. Ale o religię pewnie i tak cię zapytają z ciekawości. Oni muszą wiedzieć wszystko.


Kiedy stoisz pod kościołem katolickim, a kawałek dalej jest meczet – tylko w Albanii


Kolejny, tym razem mały i niedokończony meczet.

Sklepy, pieniądze i praca

W Albanii o dobrze płatną pracę ciężko (przez co tylu Albańczyków wyjeżdża z kraju. Mówi się, że tyle samo Albańczyków co jest w kraju, to wyjechało). Pracują głównie w usługach. W mniejszych miejscowościach kelner zarabia ok. 100 euro miesięczne... Urzędnicy dostają ok. 400 euro. Zazwyczaj część wypłaty „dostają pod stołem”. W nadmorskich miejscowościach w sezonie trzeba zarobić na cały rok. Sezon trwa od maja do września. Przez resztę miesięcy większość hoteli, apartamentów czy restauracji jest zamknięta, przez co niektóre miasta wyglądają na wymarłe. Tak samo punkty turystyczne oferujące wycieczki czy wynajem samochodów (zamykają samochody na pół roku pod miastem i tam, nieużywane, czekają na sezon).


Tak, w tej kupie siana jest koń. Ich rolnictwo jest dość niewydajne i wciąż dość prymitywne

A jakie są koszty życia w Albanii? Za mieszkanie (1 lub 2 pokoje + kuchnia) miesięcznie trzeba zapłacić około 200 euro (za całe mieszkanie) + nieduże rachunki za prąd i wodę (około 30 euro/osoba). Jedzenie w restauracji jest tańsze niż w Polsce (a dodatkowo super smaczne – świeże owoce morza czy pieczony baran, zdjęty prosto z rusztu). W sklepach jest niewiele taniej niż w Polsce.

Nie ma tu wielkopowierzchniowych marketów jak Auchan czy Tesco, centrów handlowych też w całym kraju jest niewiele. Są raczej średniej wielkości sklepy. Dostępność produktów na półkach też jest mniejsza. Nie ma produktów ułatwiających życie – jak ryż w torebkach, gotowe sosy w słoikach do różnych dań (są tylko pomidorowe do makaronu) czy gotowe dania mrożone (trafiłam tylko na jedną pizze mrożoną, która nie jest dobra). Nie ma tu też powszechnie dostępnych drogerii. Rossmanów jest mniej niż 10 w całym kraju (a jest to kraj wielkości woj. wielkopolskiego). Nie ma tu też lokalnych sieciówek tego typu. Dziwi mnie to strasznie, bo Albanki dbają o siebie, a na wieczorne wyjścia nakładają na siebie dużo makijażu. Kolorówkę (czyli kosmetyki do makijażu - przyp.red.) można kupić w zwykłym sklepie, choć wybór jest naprawdę mały, a dodatkowo rzeczy te stoją w okolicy kasy, więc trzeba wybierać unikając jednocześnie zderzenia z plecami kasjerki. Jest też bardzo mały wybór kremów do twarzy czy kosmetyków do demakijażu.

Za to w aptece możesz kupić 99% rzeczy bez recepty.

Z ich walutą też nie jest łatwo. Teoretycznie 1 lek = 100 qindarek, chociaż te, fizycznie, nie istnieją. Raz tylko miałam okazję zobaczyć 1 leka. Najniższym nominałem, używanym dość powszechnie w obiegu, jest 5 leków, choć nie zawsze chcą go przyjąć. Kupowałam kiedyś byrka (po polsku burek, czyli taki nadziewany placek - przyp.red.), który kosztował 30 leków, dałam 2 x 10 i 2 x 5. Pan 5 nie przyjął, kazał mi je zabrać.

Przez ich ceny zawsze zastanawia mnie, jak oni rozliczają kasy w sklepach. Bo skoro mam zapłacić 202,51, to zapłacę już 205. Ale jak jest 201,02, no to zapłacę już 200 leków. Kupując produkty na wagę, ceny są wbijane z elektronicznej wagi, więc takie końcówki mogą się zdarzać. Ale czemu na sklepowych półkach są ceny jak 79 czy 82, tego już nie wiem.

Też nie zrozumiem, czemu wciąż używa się starych leków. Denominacja miała miejsce w latach 60. XX wieku. Rząd „obciął” wtedy jedno zero. Byłabym w stanie zrozumieć to, gdyby używali tego ludzie starsi, w wieku naszych dziadków. Ale używają tego również moi rówieśnicy, którzy nie mają możliwości pamiętać tamtych czasów. Używanie starych leków można spotkać głównie w małych sklepach czy na bazarze. Warto zwrócić uwagę kupując dwa pomidory na śniadanie, że sklepikarz napisał o jedno zero za dużo (często piszą ceny lub liczą pod kreską, nie używają kas fiskalnych ani też nie znają angielskiego, żeby powiedzieć ile jest do zapłaty). I normalne jest, że gdy pan napisał 200 leków, ty mu dajesz monetę 20 i każdy jest zadowolony. Na szczęście nie przerabiają na inne wartości euro.


Wnętrze jednego z bunkrów. Obstawiam, że trzymali tam statki

Myślę, że jak na pierwszy raz to wystarczy. Jeśli się wam spodoba, to w następnej części dodam o albańskich domach, stosunkach międzyludzkich i transporcie.

A ja jeszcze trochę tu posiedzę...

Oglądany: 66880x | Komentarzy: 90 | Okejek: 506 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

19.01

18.01

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało