Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Lansky: Wspomnienia kierownika wesołej budowy IX

51 588  
115   26  
Zobacz więcej!Dziś ponownie o zemście, acz nie smak tym razem będzie jej naczelnym atrybutem, zaś w drugiej odsłnie - o nietypowych zastosowaniach nowoczesnych materiałów konstrukcyjno-demolicyjnych.
Nie zapomnij odłożyć kanapki i odstawić napoju! ;)

Kiedyś pewna kopalnia zleciła nam rektyfikację małego mostku nad potokiem. Mostek nieco się był poskręcał i poprzesuwał na podporach wskutek szkód górniczych i należało go podnieść do góry, ustawić jak należy i opuścić. Sprawa prosta jak zjedzenie bułki z salcesonem - dwa "szlice" w asfalcie, kilkanaście hydraulicznych podnośników, parę pomp do tego, nieco złomu na tymczasowe podparcia, podnieść, przesunąć, pomierzyć, opuścić, "szlice" zalać Czarnym-Śmierdzącym-Na-Gorąco, i do domu karpiom robić kuku, bo właśnie zbliżała się wigilia. Tyle teorii.

Okazało się, że teoria w praktyce zbankrutowała. Kilkunastostopniowy mróz ściął olej hydrauliczny w podnośnikach, ludzie marzli, stary beton podpór pod podnośnikami trzeszczał kruszał. Pierwszego dnia roboty ciężarówka zabiła sarnę tuż koło gospodarstwa, w którym mieliśmy bazę. Zmarznięte na kość sarnie zwłoki leżały pod płotem. Jakieś złe fatum zawisło nad Czerwonymi Brygadami…

Mostek mieścił się na koszmarnym odludziu wśród samych lasów, gdzie prąd na drutach zawracał, a psy dupami szczekały. Gospodarz, który za astronomiczną kwotę wynajął nam nieużywany, pełen starych szmat garaż, do najbliższego sąsiada miał pół godziny rowerem. Zdziwaczało chłopisko samotnie na tym odludziu, to i nie dziwota, że kiedy nagle puste podwórko zaludniło się bandą ordynusów w czerwonych ubraniach, piekło stanęło chłopu przed oczyma jak żywe.

Robił co mógł, aby uprzykrzyć nam życie. Do gazet dzindziboły niestworzone smarował. Do wójta z donosami na nas jeździł. Kradł co mu w rękę wpadło. Gwoździe na podjeździe rozrzucał. Kiedyś przed wrotami "naszego" garażu wywalił parę taczek gnoju, bo, jak powiedział, "lepiej to pachnie niż wy, świniowule…" No i został się tym "Świniowulem" na wieki wieków, amen.
Zapytacie, czemu nie założyliśmy bazy gdzie indziej - otóż Administracja Lasów Państwowych nawet nie chciała o tym słyszeć. Świniowul, którego chałupa była oddalona od mostu o jakieś 100 metrów, pozostawał jedyną opcją. Wiedział o tym i czuł się mocny. Ja wiedziałem, że robota jest na szybko, więc siedziałem cicho. Zresztą jedna rzecz nam rekompensowała wszystko: garaż Świniowula bezpośrednio przylegał do kotłowni i było w nim rozleniwiająco cieplutko…

Skończyliśmy robotę dzień przed wigilią. Brygady spakowały swoje utensylia na Stara, ja rozliczyłem się ze Świniowulem, wsiedliśmy do Witka i w drogę. Mróz zelżał nieco, ale koło minus 10 stopni trzymało. Po paru kilometrach poczułem, że coś nie daje mi spokoju. Odwracam się do Czerwonych Brygad, piwkujących na tylnych siedzeniach, i pytam:

- Słuchajcie, jedna rzecz mi nie pasuje. Ta zabita sarna, ta zamarznięta, co przez dwa tygodnie przed bramą pod płotem leżała. Ku*wa albo ja ślepy jestem, albo dziś jej nie było…
Chłopy spojrzeli po sobie, a Nafta wyszczerzył swoje dwa "ostańce" i mówi:

- No co. Poszła se, k*rwa. Zimno jej się zrobiło i poszła się łogrzoć... Teroz se leży fajnie przykryto w ciepłym i się grzeje…

Aha… Pierdu, pierdu, znamy się na takich gadkach. Mlask, mlask. Ziew, ziew. Spanie mnie wzięło. Przypomniałem sobie błogie ciepełko garażu Świniowula i stos brudnych szmat w kącie. Ciepło. Stos szmat. Szmaty. Przykrywać. Padlina. Szmaty. Łojesoooooooosss………
Podskoczyłem jak oparzony na siedzeniu i odwróciłem się w stronę Czerwonych Brygad. Obleśnie roześmiane gęby wystarczyły mi za odpowiedź… Alojz skwitował rzecz krótko:

- Ku*wa w d*pe je*ana mać. Jak tyn zasrany ch*j ta capiąco chałpa na bezrok zdoło wywietrzić z tyj padliny, to możecie mi "ciulu" godać.#

~~~~~~~
#(....) Jeżeli ten (...) zdoła wywietrzyć dom ze smrodu padliny do przyszłego roku, to ja pozwalam nazywać siebie "ciulem".

* * * * *

Wejdź i zobacz!

* * * * *

Pewnego lata dostaliśmy zlecenie na rozbiórkę fundamentów maszyn w hali kuźni sporego zakładu. Żelbetowe bloki, na których stały wcześniej jakieś młoty udarowe, gilotyny do blach czy inne narzędzia do robienia hałasu, nie chciały się szczególnie poddać siermiężnym metodom typu kucie pneumatycznymi młotami, toteż zdecydowałem się na zastosowanie zaprawy ekspandującej. Rzecz jest następująca: wierci się w betonie, pneumatyczną wiertnicą, spore otwory - średnicy 5 centymetrów, długości zależnej od potrzeb, ale z reguły około metra - półtora, po czym wlewa się w nie Magiczny-Biały-Proszek-Rozrobiony-Z-Wodą-W-Ściśle-Określonej-Proporcji. Całość znacznie zwiększa objętość podczas wiązania i, trawestując Sienkiewicza, można rzec, że nie ma betonu, który by taki eksperyment wytrzymać mógł. Nie są to żadne dla fachowca arkana. Na drugi dzień beton jest popękany na bryły, co rozbiórkę całości znakomicie ułatwia.

No więc robimy, wiercimy, wlewamy, a całość przykrywamy gumami z taśmociągów, bo zaprawa ekspandująca, wiążąc, potrafi wystrzelić z otworu. A że całość na bazie wapna robiona - więc wszyscy w okularach, maskach na twarzach i w gumowych rękawicach. Dyrekcja zakładu nie chciała się zgodzić na to, byśmy zajęli jakąś zapasową szatnię, więc mieliśmy tam dwie pakamery i plastikowy kibel. Lato, cieplutko, może i lepiej było w tych budach niż w zimnych dziewiętnastowiecznych halach o ścianach grubych jak więzienie. A że ubezpieczenie tego wymagało, wziąłem stróża z tej samej firmy, która ochraniała cały zakład. Buractwo przysłanego mi przez firmę ochroniarską emerytowanego operatora kosy jednoostrzowej przechodziło tym razem wszelkie pojęcie, a o skali jego pijaństwa pojęcie mógł mieć chyba jedynie święty Antoni Padewski, patron rzeczy niemożliwych i niewiarygodnych.

Któregoś poniedziałkowego ranka przyjechałem na tę "budowę" i jakoś tak się zdarzyło, że pierwsze kroki musiałem skierować do kibla. Zamknąłem za sobą plastikowe drzwi, odwróciłem się, i zaspane oczy w zdumieniu przecierając, kontemplowałem następujący widok: popękany w jakichś stu ośmiu miejscach zbiornik, dziwną maź pod nogami i cuchnący, żółtobrązowy, grzybopodobny wykwit z otworu.

- Co to, k*rwa, jest? STRRRRRRRÓŻUU TWOJA MAAAĆĆĆĆĆĆĆ!!!

Stróż już siedział na swoim "Jubilacie" i najwyraźniej chciał spalić gumy, ale nie zdążył. Przyduszony do sprężarki wyjęczał:

- Nu co… Śmierdziało, bo gorunco… Tom pomyślał, że worek wapna wsypie! Jak w dumu!
- Jakiego ku*wa mać wapna?!
- Nu… tego tam - pokazał paluchem na okrytą plandeką paletę, stojącą pod zadaszeniem.

Spojrzałem we wskazanym kierunku i zrozumiałem wszystko - worki na palecie zawierały naszą zaprawę ekspandującą.

Zbiornik kibla, jako się rzekło, w proszku był…
Stróż - jak łatwo się domyślić - na szczaw poszedł…
A sikać - niestety - trza było w pokrzywy…


Oglądany: 51588x | Komentarzy: 26 | Okejek: 115 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

07.10

06.10

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało