Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Jeżdżę w karetce i opowiem o tym, z czym spotykamy się w trakcie "akcji"

72 683  
476   69  
Cześć, witajcie! Z tej strony brahmaeu, mam 24 lata i jestem ratownikiem medycznym, który postanowił podzielić się swoimi przygodami i emocjami w ramach pracy w Zespołach Ratownictwa Medycznego

Długo biłem się z myślami - napisać, nie napisać... Padło na napisać. Dlaczego? Odpowiedzi może być wiele - to, co się ostatnio obok mnie dzieje; to, że lubię dzielić się swoimi emocjami lub po prostu, że od dziecka lubię pisać cokolwiek. I chyba do tej ostatniej odpowiedzi mi najbliżej, chociaż tak naprawdę każda ma podobny udział w tej decyzji. Uznam to za terapię, która może kiedyś mi się przyda.

A więc od czego by tu zacząć...

Widziałem już tutaj świetną serię artykułów od Skibiego, łapało za serce, gdy jeszcze byłem na studiach. To słowo jeszcze brzmi tutaj dziwnie, bo dopiero w tym roku skończyłem studia, a w Zespołach Ratownictwa Medycznego (ZRM) jeżdżę dopiero od 2 miesięcy. Wcześniej wiadomo - jakieś praktyki. Trochę tych godzin zrobiłem, ale ma się to nijak do tego, jak już siedzi się z przodu po prawej stronie. Wtedy czujesz ciężar tych decyzji, tego, że w twoich rękach jest życie i zdrowie drugiego człowieka. To już nie ćwiczenie na fantomach. Każdy błąd może pacjenta kosztować życie, a na ciebie już czeka prokurator.

Im dłużej siedzisz z tej prawej strony (miejsce ratownika medycznego, po lewej siedzi kierowca ratownik medyczny), tym bardziej przechodzi stres, który na początku był ciężki do opanowania. Przechodzi stres, ale nie przechodzi strach przed kolejnym wezwaniem. Nie jest już to paraliżujący strach, bo jak to mówią - tylko głupi się nie boi. Jest to strach przed tym, że po prostu nie wiesz, co cię tam spotka. To w tej pracy właśnie kocham i tego tak szczerze nienawidzę, gdy o 3 w nocy staram się trochę przespać, bo cały dzień jeździłem. To właśnie ten moment, kiedy słyszysz dźwięk wezwania - tak swoją drogą ktoś, kto projektował SWD (System Wspomagania Dowodzenia), a może nie tyle SWD, ile sam dźwięk wezwań na tablecie, był diabłem, który chodzi po tej ziemi. Ten dźwięk dzwonków wybudzi cię z każdego snu. Przysięgam. W akademiku się ze mnie śmiali, że mam taki sen, że mógłby do pokoju wbiegnąć cały tabun Cyganów, starsi z nich zaśpiewają, młodsi zagrają na tamburynach i akordeonach, a ja i tak dalej będę spał.

Słyszysz ten dźwięk i idziesz do tabletu te kilka kroków, czy to w pokoju socjalnym, czy w sypialni. Czujesz ten dreszcz emocji, podchodzisz i widzisz, który masz kod pilności wyjazdu:

- KL 1, ogniem piekielnym, niebieskie światełka, trąbki i wszystko z mercedesa, co dała fabryka
- KL 2 rozchodzi się na "na sygnale", czyli szybko, ale spokojnie
- NORMALNY, czyli jedziemy jak normalny pojazd w ruchu drogowym.

Widzisz też krótki opis pierwszej diagnozy zebranej przez dyspozytora, np. "silny ból brzucha". Zostaje jedynie wcisnąć na wielkim ekranie przycisk "Przyjmij" - nie możemy odrzucać wezwań, a jestem pewien, że o 3 w nocy byłoby to bardzo kuszące. Przyjmując wezwanie mamy opis pacjenta, czyli płeć, ile ma lat i gdzie jest, no i trochę szerszy opis tego, co się dzieje, o ile dyspozytorowi się chce. Jeśli mu się nie chce, to mamy silny ból brzucha i heja przez miasto ratować świat. Ale tak naprawdę nigdy nie wiesz, do czego jedziesz.

Akcja właściwa

Jest 18:30 (zmieniamy się na naszej stacji o godzinie 19:00), jedziemy się tankować. Kolega kierowca tankuje, ja ogarniam przedział medyczny, żeby przekazać go w jako takim stanie dla swojej zmiany. Nagle wpada nam na tablet wezwanie "KL 2, zwykły, bełkotliwa mowa". Przyjmuję. Czytam: "opadnięty kącik ust, bełkotliwa mowa, paraliż jednej strony". No wypisz wymaluj udar. Pierwsza myśl: no świetnie, do najbliższego oddziału neurologii 80 km, czyli no jak nic 2h będziemy mieli wyjazd. Mnie to tam w sumie było obojętne, bo i tak miałem dobę, ale kierowca chciał wrócić do domu.

Pacjent lat 68, mężczyzna, w wywiadzie zebranym od dyspozytora jeszcze informacja o chorobie nowotworowej. Wpadam na stację, informuje kolegę, że mamy wyjazd. Szybko ogarnia papierologię i wracamy do karetki. Informuję go gdzie jedziemy i do czego. Gdy mówię mu to wszystko, pyta o wiek, mówię 68, kolega włącza sygnały, jedziemy szybciej, chociaż teoretycznie nie powinniśmy. Ale mówi mi dlaczego - nie dlatego, że chciał wrócić do domu, bo wraca tutaj rano, a dlatego, że jeśli oznaki udaru zostały szybko zauważone, szansa na wyjście z udaru bez większych ubytków na zdrowiu jest duża.

Jak by nie patrzeć, pan jest jeszcze mimo wszystko w dobrym wieku na długą drogę życia. Czasami warto nagiąć trochę przepisy, jeśli może się komuś podarować kilka/kilkanaście lat lepszego życia niż (jak możliwe w tym przypadku) przypięcie do łóżka na stałe. Patrzymy na ulicę, normalna ulica, nie jakieś pueblo (w naszym slangu miejsce, gdzie mieszkają w większości ludzie, którym, że tak to ładnie ujmę, w życiu nie wyszło), więc oboje w rozmowie mówimy, że jest szansa, że ten udar został szybko zauważony przez domowników. W drodze patrzymy jeszcze na piętro, no bo będzie trzeba tę osobę najpewniej znieść. Parter, udało nam się, a krążą legendy, że ludzie na parterze nie chorują. Coś w tym jest - im wyższe piętro, tym możesz być bardziej pewien, że pacjent nie zejdzie, tylko będzie potrzebował twojej pomocy. (Chociaż istnieje w niektórych kręgach powiedzonko "nie idzie, nie jedzie" - my stosujemy je raczej w formie żartobliwej). Podjeżdżamy pod adres, chwilę go szukając. Zwykły 4-piętrowy blok. W oknach coraz więcej ludzi. Podchodzimy do domofonu, dzwonimy. No i standardowe pytanie od domowników:

- Kto tam?

Chciałoby się powiedzieć wszystko, ale nadal zachowuje się profesjonalizm.

- Pogotowie Ratunkowe.

Otwierają się drzwi od klatki. 3 schodki, skręcamy w prawo i jesteśmy w domu.
Mieszkanie 4-pokojowe w dobrym standardzie - jak przypuszczaliśmy. W salonie leży pacjent. Prowadzi nas córka i siada obok. Pacjent blady, chudy, w pampersie.
Próba rozmowy z pacjentem:

- Dzień dobry, nazywam się brahmaeu, co się stało, proszę pana?
- A jakoś mi słabo, nie chciałem pogotowia...

Według tego, co mieliśmy w wezwaniu - czyli udar - przeprowadzam szybkie badanie neurologiczne. Patrzę na kącik ust - wszystko gra. Podaję mu obie ręce, żeby mi je ścisnął - siła mięśniowa jest taka sama. Pan mówi powoli, ale bełkotliwą mową bym tego nie nazwał. Pan robi młynek swoimi dłońmi - jest wszystko OK. Źrenice są równe. Odrzucam udar, ale myślę ciągle o przemijającym udarze (pojawiają się oznaki udaru, a potem znikają, po jakimś czasie znów się pojawiają).

Co z tym udarem?

Podczas badania robię szybki wywiad z córką (osoba wzywająca). Pacjentka mówi, że to dyspozytor mówił o udarze, ona mówiła, że tata jest dziś jakiś słaby. Wczoraj jeszcze chodził do toalety, a dziś już tylko leży i ciężko oddycha (przypominam, mamy godzinę 18:50 w tym momencie). Zaczynam więc normalny schemat badania - pacjent oddycha ciężko, saturacja na poziomie 82% (jak jest 95%, to jest OK, jak jest 90%, to jest w miarę OK, jak jest poniżej, to jest źle), więc stosujemy tlenoterapię, którą pacjent dostaje przez maseczkę, jak w filmach. Plus lek, który pomoże panu lepiej oddychać, bo osłuchując pola nad płucami, słyszę zmiany. Badam tętno - 32, haaa! I tutaj mamy to pana złe samopoczucie (serce powinno bić około 60 razy na minutę u zdrowego człowieka). U pacjenta bije zdecydowanie za wolno i dlatego pojawiają się problemy z tym, że nie chodzi, jak i również jest w takim stanie, jakim jest.

Przeprowadzam badanie do końca - pacjent jest w miarę stabilny. W tym momencie nie wymaga leczenia prądem, czyli przezskórnej stymulacji serca, która wyglądałaby tak, że podłączamy pacjenta do naszego sprzętu i wiązką elektryczną o odpowiednim natężeniu pobudzamy serce do szybszej pracy. Oczywiście w tym czasie pacjent jest przez nas wprowadzony w stan analgosedacji, czyli są mu podane leki, przez które nie boli i pan śpi. Na szczęście w tym przypadku nie musimy tego robić.

Kolega szykuję atropinę (lek, który pobudzi serce do szybszej pracy). Sprawdzam ciśnienie, 70/50, teoretycznie powinno być 120/80, więc jest za małe. Przyjmujemy, że zrobimy panu dojście dożylne (wenflon, teflon, wemflon, igła w żyle, wkłucie - jak zwał, tak zwał). Patrzę na żyły pacjenta - przez swój stan ma je dość słabe, ale próbuję. Zakładam - ciach - pękła żyłka. Trzeba szukać następnej. Druga próba - udało się. Oklejam. Mamy dojście. Podaję atropinę. Badam dalej - klatka piersiowa OK, brzuch OK. Patrzę na nogi pacjenta i widzę dość duże obrzęki po stronie lewej. Również po badaniu całego pacjenta stwierdzam, że jest on mocno zaniedbany.

Córka, odpowiadając na pytanie: "czy pan wymiotował?", mówi, że nie do końca wie (na łóżku widoczne ślady wymiocin). Czy miał biegunkę? Ona nie wie. W jakichś stałych godzinach zmienia pampersy i nie patrzy do środka. No więc w tej chwili wiem, że ojciec w tej rodzinie jest po prostu problemem. Być może to ładne mieszkanie jest ich dzięki niemu lub nawet jego, a jemu została mała kanapa przy telewizorze. Cud, że nas wezwali, bo myślę, że w nocy, co ja mówię, rano gdyby zobaczyli, że coś tata nic nie mówi, byśmy jechali do stwierdzenia zgonu. No ale cóż, jak widać, ładny dom nie zawsze oznacza dobrą opiekę dla rodziców.

Wracam do badania tętna i ciśnienia - nie czas na oceny rodziny. Atropina pomogła, ale nie są to wartości, które by mnie zadowalały. Podaję więc następną dawkę według schematu, którego uczono mnie na studiach. W tym momencie pan mówi, że jest mu jakoś tak lepiej i lepiej mu się oddycha. Staram się zebrać wywiad od rodziny, ale po tym, co zobaczyłem, wszystko biorę przez duże sitko, co również zaznaczam w późniejszej karcie medycznej (pacjent zaniedbany i w każdym elemencie wywiadu piszę prawdopodobnie, przy okienku na SOR-ze, w którym będę zdawał pacjenta, wytłumaczę dokładnie o co chodzi). Sprawdzam tętno - 90, nawet trochę za bardzo pan zareagował na tę atropinę, no ale działamy dalej.

Następną podjętą decyzją będzie podanie płynu, który może poprawić ciśnienie. Informuję, że czekamy aż dojdziemy do karetki i jak już serce wyrówna swoją pracę, wtedy zobaczymy jakie ciśnienie nam zaoferuje i jeśli będzie to wynik nadal niski, to podamy płyny. Informujemy, że jako że pacjent już czuje się lepiej, rodzina może go ubrać. Córka woła swojego brata.

Chłopak wychodzi z pokoju obok. Kompletnie go nie interesuje co się dzieje z ojcem, ubiera tatę chyba pierwszy raz w życiu i wcale nie pomaga nam przy wyciągnięciu pacjenta z domu do karetki. Robimy to we dwóch. Na szczęście pacjent waży na oko 65 kg, więc nie jest to większym problemem. Zamykamy drzwi domu. Nikt nie pyta, za ile przyjechać po tatę. Informuję jak zawsze, że za około godzinę, dwie można dzwonić, przyjechać i dowiedzieć się, co się dzieje. Nikt nas nie odprowadza do karetki. Zamykamy drzwi.

Badamy ciśnienie, nadal za niskie - podamy 500 ml płynu wieloelektrolitowego, coby mu trochę podnieść ciśnienie i go nawodnić, bo widać, że w domu nie pije za dużo. Pan mówi, że jest mu lepiej. Badamy ponownie saturację, mamy 90%, jest lepiej, a myślę, że będzie jeszcze lepiej. Płyn leci. Jedziemy. Wypełniam kartę.

Po drodze (na szczęście nadal operujemy w mieście, w którym mamy SOR, nie pojechaliśmy poza rejon miasta) dwa razy sprawdzam stan pacjenta, pytając:
- Jak się pan teraz czuje?
- Lepiej, ale dalej słabo, mniej już boli wszystko.

Czyli działamy w miarę OK. Dojeżdżamy na SOR, podchodząc do pacjenta słyszymy od niego pytanie:
- A co mi tutaj tak mokro?
(kieruję rękę na krocze, pierwsza myśl - no świetnie, pan nam popuścił, a pampers przemókł)

Obserwuję, co się stało. Pan nam gdzieś wyrwał wkłucie. Nie mamy dojścia. Jesteśmy już na podjeździe. Wiemy, że na SOR-ze jest nasza koleżanka, więc nie będziemy zakładać kolejnego w karetce, tylko pójdziemy do niej, żeby mu je założyła od razu i podała ten płyn. Przełączamy tlen na małą butlę, którą kładziemy w nogi pacjenta i jedziemy szukać panu sali.

Mamy salę. Przepinamy pana na tlen ze ściany, prosimy o szybkie założenie dojścia. Przekładamy pacjenta na łóżko szpitalne. Idę przekazać pacjenta. Wiem, że dziś jest w miarę normalna zmiana, więc mogłem sobie na to pozwolić. Teoretycznie powinienem najpierw przekazać pacjenta lekarzowi, a później przekładać na łóżko i tak dalej. Ale wiem, że go przyjmą. Nie myliłem się - przyjęty. Lekarz po tym, jak usłyszał, do czego mamy wezwanie, zbadał pana ponownie neurologicznie, ale również przytaknął wersji, że to jakiś błąd w wezwaniu.

Wsiadamy do karetki, mamy godzinę 20:10, kończę dokumentację. Myślę, co na szybko muszę wymienić. Podjeżdżamy pod garaż. Otwiera nam go nasza zmiana, stoją na fajce. Wysiadamy z karetki, przybijamy piątkę. Zaczynam mówić, czego brakuje, nagle na radiu kolejne wezwanie "Podstawowy XX122 wyjazd". Wiem, że na noc wsiadam właśnie na tę karetkę. Wbiegam na górę, patrzę w tablet. "2 lata ból brzucha". Witam się z chłopakami na szybko. Wychodzę z tabletem w dłoni, na schodach spotykam swojego kierowcę. W międzyczasie przepraszam jeszcze raz zmienniczkę za syf, ale nie byłem w stanie tego ogarnąć. Jak wsiadam do karetki, przypomina mi się butla z tlenem! Kończy się, wyciągam telefon, patrzę na wiadomość od niej sprzed godziny: "Jedziecie na neuro czy wracacie?". Jeszcze raz przepraszam i piszę o butli, żeby zmieniła. Włączamy sygnały i jedziemy dalej... To ósmy wyjazd dzisiejszego dnia. Jak się okaże, nie ostatni tej nocy.

Takie wyjazdy skłaniają do przemyśleń

Nie zawsze pierwsze wrażenie po wezwaniu jest takie, jak mamy w swojej głowie. Zderzamy się z ludzką tragedią codziennie. Trzeba to przetrawić. Wracając czasami do domu, myślę właśnie na przykład o takiej sytuacji. Co będzie, gdy moi rodzice zaczną chorować, gdy będę musiał się nimi zająć. Niby teraz mieszkam niecałe 100 km od nich, ale co będzie, jak im się coś stanie? Nie jest to dla mnie oznaką słabości, po prostu czasami za dużo myślę, a wiem, że nie powinniśmy roztrząsać pracy za bardzo w swojej głowie, bo w końcu będzie tego za dużo. Zamykając zlecenie wyjazdu na tablecie, trzeba zamknąć ten temat również w głowie. Czasami pokój socjalny jest najlepszym psychologiem, tam, gdzie siedzimy wszyscy w trakcie dnia, oglądając jakieś filmy na Netflixie, czekając na kolejny wyjazd, tam możemy spokojnie porozmawiać, wygadać się. Szkoda, że czasami nie jesteśmy w stanie skończyć rozmowy, bo pojawia się dźwięk dzwonka i głos na radiu "Podstawowy xx WYJAZD". Wstajesz i idziesz dalej, nieważne, co się stało na ostatnim wyjeździe, nieważne, że był to zgon małego dziecka, ktoś następny czeka na twoją pomoc.

Nie jesteśmy maszynami, chociaż wielu z nas próbuje się na takich wykreować. Każdy z nas ma słabsze dni, kiedy po prostu potrzebuje chwili spokoju lub normalnej rozmowy. Wiem, że będą wyjazdy, które nigdy z głowy nie wyjdą... Oby było ich jak najmniej. Trzeba się z tym pogodzić.

Raz, gdy byłem jeszcze na praktykach, spotkałem w karetce ratownika płaczącego po wyjeździe. Zrobiłem, co mogłem, podszedłem, poklepałem go w ramię i powiedziałem:

Dobrze, że płaczesz, to znaczy, że nie jesteś jeszcze maszyną.

Chyba mu pomogło, a historia o tym, dlaczego płakał, to opowieść na zupełnie inny wieczór. Może już w następnym artykule.

Oglądany: 72683x | Komentarzy: 69 | Okejek: 476 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

21.01

20.01

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało