Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

"Kątem oka zarejestrowałem gapiącego się na nas wartownika przy bramie wyjazdowej z obozu..." - ucieczka z obozu w Pruszkowie

30 291  
173   12  
Dalsze losy dziadka Stefana. W drugiej - i ostatniej - części opisuje swój pobyt w obozie przejściowym w Pruszkowie i jak, dzięki szczęściu i życzliwości innych, udało mu się z niego wydostać.


III. Pobyt na terenie obozu i ucieczka

Od przejazdu (szosa z Pruszkowa do Warszawy w tym miejscu przechodziła przez tory) aż do bramy wjazdowej stał gęsty szpaler własowców, między którymi prowadzono nas wszystkich wyładowanych z pociągu. Obaj z Henrykiem szliśmy na końcu jako ostatni z grupy, nadal licząc, że jakimś cudem nawet tu może uciekniemy. Niestety, za chwilę brama z hukiem zamknęła się za nami. Zaraz za nią przed domkiem dróżnika stał zbity tłum dopiero co przywiezionych mężczyzn, nad którymi górowały postaci kilku kobiet, głośno wykrzykujących z wysokości jakichś skrzynek: "Mechanicy - tu! Tokarze i ślusarze - tu!" itd., wskazując rękami miejsca zbiórki segregowanych zawodów. My obaj nadal staliśmy z boku, nie przyłączając się do nich. Cała ta fala ludzka z gwarem oddalała się w głąb obozu, zrobiło się pusto, wokół walało się pełno papieru, ogryzków pomidorów i owoców. Zaraz za wspomnianym domkiem na murze była zatknięta chorągiew Czerwonego Krzyża i napis "Punkt RGO" (Rady Głównej Opiekuńczej), pod nim stał stolik i parę krzeseł czy ławek.

Siedział tam mężczyzna w sile wieku, w bryczesach i długich butach, i jadł białą bułkę z wędliną. Ja od pięciu tygodni nie widziałem i nie miałem w ustach kawałka chleba (dopiero wczoraj Henryk poczęstował mnie kawałkiem razowca, który dostał na drogę), a tu bułka z wędliną, jak za dobrych, przedwojennych czasów. Okazało się, że jest to przedstawiciel RGO na terenie obozu. Indagowany przez nas na temat ucieczki, wręcz odradzał nam to nawet jako zamiar, powołując się na znane mu fakty zastrzelenia w ostatnich dniach kilku ryzykantów. Wreszcie, wobec naszej nieustępliwości, objaśnił topografię najbliższego terenu, z czego wynikało, iż zaraz za załomem muru jest piwnica ziemna, prawie równa wysokiemu murowi ogrodzenia i przylegająca do niego. Za murem jest ulica z domem mieszkalnym zamieszkałym przez niemieckich kolejarzy i ich rodziny. Teraz (a była to godzina 10.00-11.00 rano) jest tam pusto i przy pewnej dozie szczęścia ewentualny skok może się udać. Za tym domem była szkoła w budynku z wieżą, w której kwaterowali chyba Azerbejdżańczycy lub tzw. kałmucy.

W tym momencie nadszedł oficer SS i zapytał, czy rozumiem po niemiecku. Na mą twierdzącą odpowiedź polecił wziąć łopatę, miotłę i grabie z domku dróżnika, pozamiatać i zrobić porządek przy punkcie RGO, a następnie oddać narzędzia posterunkowi wojskowemu w domku i poczekać na dalszą partię transportu (w tym przypadku na wysiedleńców z ul. Koszykowej, którzy mieli tu być przywiezieni tym samym pociągiem co my). Powiedziałem mu, że jestem tu z kolegą, że we dwóch szybciej to zrobimy. Zgodził się i odszedł. Zacząłem robić porządek, a kolega tymczasem poszedł na zwiady, czy za załomem muru jest istotnie tak, jak powiedział pracownik RGO. Po pewnym czasie wrócił, potwierdzając prawdziwość informacji oraz mówiąc, iż w interesującym nas miejscu nie ma zupełnie ludzi. Ja w międzyczasie zakopałem papiery i odpadki, zamiotłem i zagrabiłem cały skrawek wokół punktu RGP. Oddaliśmy narzędzia podoficerowi z domku, który kazał nam usiąść na ławce. Niby nie rozumiejąc, o co mu chodzi, zaczęliśmy iść powoli na miejsce przewidywanej ucieczki. Przedstawiciel RGO, przy którym zostawiliśmy nasze prowizoryczne naczynia z puszek, rozmawiał teraz z paroma starszymi mężczyznami z terenu obozu (podobno któryś z nich był komendantem jednej z hal) chyba na nasz temat, bo ciekawie nam się przyglądał, ale nic nie reagowali na to, co robimy. Ale Niemiec, w czym się nie orientowaliśmy, patrzył za nami i wezwał z powrotem... po polsku.

Zawróciliśmy i stawiając wszystko na jedną kartę powiedzieliśmy mu, aby nas puścił. Zawahał się, ale odrzekł: "Nie, panowie, jestem żołnierzem i przysięgałem na wierność". Odparłem mu: "O co chodzi, po jakimś czasie strzeli pan parę razy i wywoła alarm". Znów kategorycznie odmówił i kazał usiąść na ławce przy domku. Cały czas nas już pilnował. Było chyba już po 11.00, gdy usłyszeliśmy hamujący pociąg elektryczny, przy bramie zrobił się ruch, znów stanęły szpalery własowców i kobiety do selekcji, bramę otwarto i zaczął się wlewać tłum obładowanych bagażami uchodźców. Korzystając z dużego zamieszania, niepostrzeżenie oddaliliśmy się za załom muru. Gdy mijaliśmy grupę mężczyzn przy punkcie RGO, ten, który miał być komendantem hali, powiedział: "Panowie, zabierzcie swoje puszki, przydadzą się wam". Odrzekłem na to, że nie będą nam już potrzebne. Popatrzyli na nas w milczeniu, w oczach ich widziałem jakąś bierną rezygnację i obojętność na to, co zamierzamy zrobić, tak jakby chcieli dać do zrozumienia, iż ostrzegli nas lojalnie, co nas w razie niepowodzenia czeka, a to, że uparcie trwamy przy naszym zamyśle ucieczki z terenu obozu, to jest wyłącznie nasza sprawa i wobec tego róbcie co chcecie na własną rękę. Praktycznie więcej nam chodziło o to, aby nikt się nami nie interesował, zwłaszcza z "władz", byliśmy wprost opętani myślą opuszczenia tego przeklętego miejsca za wszelką cenę.

Niestety, znów nie mieliśmy szczęścia, gdyż w pobliżu ziemnej piwnicy pod nadzorem niemieckiego żołnierza kilkunastoosobowa grupa jeńców radzieckich kopała rów przeciwlotniczy. Idąc więc dalej zobaczyliśmy parterowy kilkurodzinny dom kolejarski przy ogródku z drzewami owocowymi, otoczonym parkanem z drutu kolczastego, za którym widać było jakieś tory, znów wysoki mur i ową szkołę z wieżą. Wydawało nam się, że wolność jest już za tym ogródkiem i parkanem z drutu kolczastego. W ogrodzie znajdowały się dwie ładne dziewczyny w naszym wieku, które zdaje się wcześniej nas zauważyły i teraz badawczo się nam przyglądały. Powiedziałem do Henryka, aby wejść do ogrodu i poprosić o szklankę wody, co pozwoli na nawiązanie rozmowy i zorientowanie się, kim są te młode dziewczyny i jakie są szanse "wyjścia" z obozu. Przypuszczaliśmy jednak, że są to raczej Niemki lub volksdeutschki, gdyż nie wyobrażaliśmy sobie, aby na terenie obozu mogli znajdować się i swobodnie poruszać Polacy. Mimo to weszliśmy do ogrodu, prosząc o wodę. Odpowiedź po polsku i przychylne zachowanie rozwiało nasze wątpliwości.

Jedna z dziewcząt poszła do domu i wtedy upewniwszy się, że są one Polkami, zapytaliśmy o możliwości wydostania się z obozu. Tymczasem wróciła pierwsza z dziewcząt z wodą, która po kilkunastu godzinach jej braku wydawała nam się smaczniejsza od najlepszych napojów. Nasze rozmówczynie potwierdziły jednak ostrzeżenia przedstawiciela RGO, że wydostanie się na zewnątrz jest wręcz niemożliwe, gdyż wokół obozu są rozstawione patrole kolaborantów kwaterujących w szkole i że podobno leży parę trupów zastrzelonych podczas ucieczki dla odstraszenia innych śmiałków. Poza tym obóz nie kończy się za ogrodem, ale właśnie za wysokim murem widocznym za torami.

Sytuacja stawała się beznadziejna, gdyż oba transporty były już w halach, jednak obaj nadal czepialiśmy się wątłej nitki nadziei, że może znajdzie się jakiś cudowny koncept. Zapytałem nasze rozmówczynie kim są i co tu robią. Okazało się, że ich ojciec jest kolejarzem z Równego, który z grupą innych kolejarzy oraz swoją i ich rodzinami został przymusowo ewakuowany. Mieszkali teraz w domu przyległym do ogródka, w którym obecnie byliśmy i tylko ojcowie-kolejarze mieli przepustki służbowe do wyjścia na zewnątrz do pracy, a ze wszystkich ich rodzin jedynie jedna z rozmawiających z nami dziewcząt, o ile dobrze pamiętam, miała przepustkę do jednorazowego wyjścia poza teren obozu w ciągu dnia. Nie dopuszczano ich w ogóle w pobliże hal, w których lokowano wysiedlanych z terenów dzielnic Warszawy, zajętych lub stopniowo opanowywanych przez Niemców. Wydaje się, że w tym okresie transporty nie były jeszcze tak masowe jak przy końcu Powstania i po jego upadku. Obóz działał już jednak z prawdziwą niemiecką brutalnością i bezwzględnością również w stosunku do tych, którzy nie byli wysiedleńcami z Warszawy.

Nasze sympatyczne rozmówczynie szczerze przejęły się naszą sprawą i postanowiły, że ich znajomy pracujący na pompie kolejowej (podobno też z Warszawy) w nocy około 22.00 przystawi drabinę do muru, po której kolejno przedostaniemy się, gdy tylko posterunek oddali się, przez mur na ulicę i w ogrody. Sprowadzony przez nie znajomy z pompy już z daleka oponował, że jest to niemożliwe i aby go w to nie plątać. Wreszcie ustąpił i obiecał tak zrobić, jak postanowiły dziewczęta. Pamiętam, że noce wtedy były tak jasne od pełni księżyca, iż można było znaleźć przysłowiową szpilkę. Dochodziła dopiero 12.00, wysiedleńcy zostali odprowadzeni do hal, zamienionych na pomieszczenia obozowe, mieliśmy więc czekać co najmniej 10 godzin.

Dziewczęta zaprowadziły nas do mieszkania swoich rodziców wyjaśniając im, kim jesteśmy, co mamy zamiar zrobić i jak postanowiły nam pomóc. Oboje rodzice ani jednym słowem czy gestem nie wyrazili sprzeciwu, wprost przeciwnie, jakby to wszystko odbywało się w najnormalniejszych warunkach i bez grożącego w każdej chwili niebezpieczeństwa aktualnie w równym stopniu także im wszystkim za udzielenie pomocy dwóm "bandytom" (gdyż w razie złapania inaczej by nas nie nazwano), potraktowali nas jak dawno niewidzianych bliskich znajomych. Dowiedziawszy się, że jesteśmy praktycznie dwie doby bez jedzenia, podali co tylko mogli w swoich warunkach, nie żałując przydziałowej puszki konserw i obfitego obiadu. Z wielką ciekawością słuchali naszych relacji o Warszawie i przebiegu Powstania oraz o naszym życiu po opuszczeniu Warszawy. Jednak, aby nie zwracać na nas uwagi (gdyż coraz to ktoś z innych zamieszkałych w tym domu zaglądał do ich mieszkania w różnych sprawach), poradzili nam przeniesienie się z plikiem gazet niemieckich i polskim "szmatławcem" (Nowym Kurierem Warszawskim) na koc do ogrodu. Tak też zrobiliśmy. Z początku oboje rodzice siedzieli z nami na ławce rozmawiając, jednak obowiązki domowe, a ponadto praca zawodowa ojca dziewczyn spowodowały, że około 14.00 pozostawiono nas samych. Obie dziewczęta również udały się do swoich zajęć, obiecując wrócić, jak tylko będą wolne.

Powstała paradoksalna sytuacja: w miejscu, które we wspomnieniach przebywających tam wiąże się z jak najgorszymi przeżyciami, leżało dwu młodych mężczyzn, nareszcie najedzonych, opalało się na słońcu i czekało "beztrosko" na noc, aby po prostu przeskoczyć przez mur i uciec. Tak było tylko na pozór, w rzeczywistości byliśmy napięci do ostateczności, ciągle zdawało nam się, że lada chwila ktoś nas rozpozna. Najwięcej obawialiśmy się patroli, przechodziły dość często dwu- lub trzyosobowe grupy kałmuków dosłownie o parę metrów od nas za ogrodzeniem od strony drogi, którą przyszliśmy od głównej bramy. Może dlatego, że wiedzieli, iż w tym domu mieszkają kolejarze zatrudnieni u Niemców, a my leżąc w koszulach ze specjalnie na pokaz rozłożonymi gazetami niemieckimi widocznie kojarzyliśmy się z nimi, dość, że żaden z patroli nas nie zaczepił.

Powoli senna atmosfera bardzo ciepłego słonecznego dnia wrześniowego uspokajała nas, ale napięcie nasze znów wzrosło, gdy po chwilowej rozmowie z matką poznanych rano dziewcząt, po jej odejściu zjawiło się dwu trochę starszych od nas mężczyzn, bardzo porządnie, nie roboczo ubranych. Usiedli obaj na ławce niedaleko od nas i rozmawiając wciąż spoglądali w naszym kierunku. Rozgorączkowana wyobraźnia podsuwała nieprawdopodobne przypuszczenia, półgłosem niby zachowując się swobodnie i beztrosko, wymienialiśmy uwagi, co w razie czego zrobić, gdyby się okazało, że są to jacyś obozowi tajniacy, konfidenci czy coś w tym rodzaju. A przecież po prostu mogli być mieszkańcami tego domu, znajomymi naszych dziewcząt i ich ciekawość co do nas mogła być uzasadniona i całkowicie nieszkodliwa. To wszystko wydało nam się oczywiste dopiero znacznie później, gdy, już wolni, analizowaliśmy przebieg wydarzeń. Teraz jednak trwała "wojna nerwów". Mimo iż znałem dobrze język niemiecki, nie byłem w stanie tłumaczyć koledze ciekawszych tekstów z gazet, on zresztą nie słuchał, bowiem całą uwagę mieliśmy zwróconą na domniemane zagrożenie. Najgorsze było to, że na razie nikt z poznanych przez nas osób nie pokazywał się.

Około 16.30 za ogrodzeniem stanął ten sam pociąg, który nas tu przywiózł. Henryk poszedł na rozpoznanie (ja "pilnowałem" obu elegantów) i przybiegł zaraz z wieścią, że pociąg wyjeżdża na zewnątrz i że nas wywiozą. Nie patrząc na siedzących mężczyzn i nie pamiętając już o nich, jak w transie jednym skokiem byliśmy przy ogrodzeniu. Kalecząc sobie do krwi dłonie, rozciągnąłem kolczaste druty tak, aby Henryk przez nie przelazł, to samo zrobił on i już byliśmy w wagonie. Kolega powiedział, że mamy schować się w toalecie. Ponieważ miała wyrwany zamek, drzwi do niej wciąż się otwierały, usiedliśmy więc na podłodze między ławkami naprzeciw siebie. Pociąg wciąż stał i w ciszy usłyszeliśmy zbliżające się kroki. Przed nami stanął kolejarz w niemieckim mundurze, który wprost zbaraniał na nasz widok, wreszcie wykrztusił: "Skąd się tu wzięliście?". Odparliśmy: "Jeśli jest pan Polakiem, niech pan nas stąd wywiezie". On na to: "Jazda do ubikacji, chcecie mnie skrócić o głowę swoim głupim siedzeniem między ławkami?". Usiedliśmy więc w niej na podłodze, kolejarz polecił nam być cicho, bo może być inspekcja wagonów i zaczął toczyć się ku bramie wyjazdowej. Nam się wydawało, że trwa to wieki, w rzeczywistości było to niewiele ponad 150-200 m.

Pociąg przy bramie znów stanął, kolejarz powiedział coś po niemiecku, pociąg ruszył, przejechał bramę i znalazł się po drugiej stronie szosy do Warszawy. Kolejarz gdzieś znikł, my już nie czekając skoczyliśmy kolejno na nasyp kolejowy. Pociąg właśnie w tej chwili zahamował, stoczyłem się na Henryka, wybijając sobie przy okazji duży palec u ręki, wstaliśmy z ziemi i poszliśmy przed siebie w pole w kierunku Żbikowa. Podnosząc się z ziemi, kątem oka zarejestrowałem gapiącego się na nas o kilkadziesiąt metrów wartownika przy bramie wyjazdowej z obozu i przejeżdżający szosą w kierunku Warszawy ciężarowy samochód wojskowy pełen SS-manów. Zastanawialiśmy się w późniejszym okresie, dlaczego nikt z nich, a przede wszystkim wartownik, nie zareagował? Doszliśmy do wniosku, że dla przyzwyczajonego do drylu i niemieckiej organizacji żołnierza wprost niewyobrażalne było, aby uwięzieni w obozie mogli w ten sposób wydostać się i tuż za ogrodzeniem opuszczać pociąg, który ich z obozu wywiózł. Nie mógł sobie wyobrazić takiego układu sytuacji, że planujący ucieczkę znajdą sojuszników o 200 metrów od bramy, że wywiezie ich z tego miejsca pociąg elektryczny, który wjechał kilka minut przed tym i zaraz opuścił teren obozu i który obsługiwany był przez kolejarzy w niemieckich mundurach kolejowych. Najprawdopodobniej przypuszczał, że jesteśmy pracownikami kolejowymi, dla których zatrzymano pociąg, aby mogli go opuścić i udać się do domu.

I tak po sześciu godzinach pobytu w obozie, dzięki w naszym rozumieniu nieprawdopodobnemu szczęściu, ale właściwie dzięki dziewczętom i ich rodzicom oraz obsadzie pociągu, opuściliśmy to przeklęte miejsce. Jak na skrzydłach, śmiejąc się i poklepując w wyniku ogromnego odprężenia nerwowego, oddaliliśmy się polami obok Żbikowa i Ożarowa w kierunku Babic i Lipkowa, aby dostać się jak najszybciej on do Izabelina, ja do Lasek. Szliśmy nieznanym terenem, osiągając przed wieczorem wieś Babice, gdzie nas nakarmiono świeżo upieczonym razowcem i mlekiem usłyszawszy, że uciekliśmy z obozu w Pruszkowie, a późnym wieczorem Lipków. Dla bezpieczeństwa postanowiliśmy tu zanocować, bowiem przy pełni księżyca była bardzo dobra widoczność. Ze strony niedalekiej Puszczy Kampinoskiej od czasu do czasu słychać było strzał armatni i wybuch pocisku gdzieś w głębi, nie wiedzieliśmy, co to oznacza. Dopiero fakt, że żaden z gospodarzy nie chciał nas przyjąć na noc, obawiając się, że jesteśmy partyzantami, wyjaśnił nam sytuację: Puszczę "atakowali" z bezpiecznej odległości strzelaniem na oślep własowcy, grasujący ponadto w Lipkowie i okolicznych wsiach. Stąd też obawa przed nami z uwagi na wiek i zjawienie się nie wiadomo skąd. Wreszcie jeden z gospodarzy na skraju wsi "zadekował" nas w stodole i tak przespaliśmy pierwszą spokojną noc od paru dni.

Fragment mych wspomnień poświęcony temu wydarzeniu nie odzwierciedla oczywiście warunków obozowych i gehenny tych, którzy trafili do właściwych pomieszczeń obozowych, tj. do hal naprawczych taboru i przeszli to piekło, które wielokrotnie było już opisane w różnych opracowaniach i wspomnieniach oraz publikacjach.

Udanych ucieczek z obozu w Pruszkowie i sposobów ich organizacji oraz śmiałości i ryzyka ich wykonania było wiele. Jedną z nich była i nasza, która w ogóle nie miała organizacji, lecz zaangażowała małą grupkę osób, zupełnie przypadkowych, być może nie włączonych podówczas w ruch obozowej organizacji niesienia pomocy uwięzionym w obozie wysiedleńcom. Ludzie ci, dotąd mi nieznani, sami w nie najlepszej sytuacji życiowej, mogli przecież pozostawić nas obu swemu losowi, ostrzegając co najwyżej o stopniu ryzyka i niewykonalności zamysłu ucieczki. Mogli też w ogóle odżegnać się od nas.
Dzięki jednak ich życzliwości i bezinteresownej odwadze (choć trwało to zaledwie sześć godzin) nasza prymitywnie od początku pomyślana ucieczka z obozu w Pruszkowie uwieńczona została sukcesem.

Poniżej podaję szkic sytuacyjny, odtworzony z pamięci, tego fragmentu terenu obozowego, gdzie przebywaliśmy i skąd nastąpiło wywiezienie nas z obozu.




<<< Wróć do poprzedniej części pamiętnika <<<


Oglądany: 30291x | Komentarzy: 12 | Okejek: 173 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

12.12

11.12

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało