Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

"W 1944 r. miałem 21 lat, mieszkałem na Kole i tam zastał mnie wybuch Powstania" - opowiada dziadek Stefan

26 124  
262   22  
"Jestem rodowitym warszawiakiem, w 1944 r. miałem 21 lat, mieszkałem na Kole (dzielnica pomiędzy Wolą a Powązkami) i tam zastał mnie wybuch Powstania" - tak zaczynają się wspomnienia mojego dziadka Stefana. Maszynopis znaleziony został po jego śmierci, a spisanie wspomnień z obozu przejściowego w Pruszkowie zawdzięczamy prasowemu ogłoszeniu Pruszkowskiego Towarzystwa Kulturalno-Naukowego.


Wspomnienia zostały spisane 21 stycznia 1978 roku i mimo upływu 34 lat od tamtych wydarzeń, niekiedy zaskakują szczegółami. Zapraszam Was na podróż w przeszłość oczami mojego dziadka i oddaję mu głos.

I. Kilka słów wprowadzenia

Jestem rodowitym warszawiakiem, w 1944 r. miałem 21 lat, mieszkałem na Kole (dzielnica pomiędzy Wolą a Powązkami) i tam zastał mnie wybuch Powstania. O przedostaniu się na zbiórkę do Śródmieścia nie było mowy wskutek odcięcia silnymi formacjami niemieckimi obu dzielnic, tak więc okres do 15 sierpnia przebyłem na osiedlu WSM przy ul. Obozowej, gdzie mieszkałem razem z matką i siostrą. W okresie tym brałem czynny udział w organizowaniu życia na osiedlu, a głównie w polowym szpitalu, urządzonym w sali widowiskowej osiedla, w którym pomagałem przy obsłudze rannych znoszonych z okolicy i różnych pracach pomocniczych.

15 sierpnia nastąpiło ostateczne wysiedlenie mieszkańców Koła, przy czym miejscem, do którego należało się udać, "gwarantującym opiekę armii niemieckiej", miał być kościół św. Wojciecha przy ul. Wolskiej. Oczywiście wszyscy udali się nie tam, a w kierunku zachodnim, tj. na wsie położone na obrzeżu Puszczy Kampinoskiej (Klaudyn, Radiowo, Laski, Izabelin, Truskaw). Po różnych perypetiach z przedostaniem się poza linie wart niemieckich na granicy tej części Warszawy, znaleźliśmy się z siostrą w Laskach, gdzie dzięki uprzejmości jednej z mieszkanek, p. Skibińskiej, mogliśmy się u niej zatrzymać.

Wraz ze zmianą formacji wojskowych, najpierw węgierskich, później niemieckich i kolaborantów spod znaku RONA, coraz bardziej ograniczana była swoboda na tym skrawku ziemi polskiej, na którą oddziaływały zgrupowania partyzanckie z Puszczy Kampinoskiej w obszarze Truskaw, Izabelin, Laski i Sieraków. Stopniowe opanowywanie sytuacji przez Niemców w Warszawie i osłabienie działań powstańczych zwróciło ich uwagę na niebezpieczeństwo zagrożenia bezpośredniego zaplecza frontu na Wiśle przez puszczańskie zgrupowania partyzanckie, tym bardziej że z początkiem września nabierała tempa ofensywa wojsk radzieckich oraz I Armii Polskiej w kierunku na Pragę.
Fakt ten chyba stał się przyczyną m.in. i mego dostania się do obozu przejściowego w Pruszkowie w następstwie zupełnie nieprzewidzianych okoliczności.


II. Jak trafiłem do obozu w Pruszkowie

Chyba 6 czy 7 września, wobec coraz częstszych ruchów wojsk niemieckich na obrzeżu Puszczy i wymienionych poprzednio wsi, nie zwróciliśmy uwagi na parę konnych oddziałów, tzw. własowców, z których jeden przeleciał galopem drogą na Sieraków, drugi na Izabelin i Truskaw. Nim się spostrzegliśmy, w Laskach rozsypał się trzeci spieszony oddział, który rozpoczął łapankę mężczyzn. O ucieczce nie było mowy i w ciągu kilku chwil, popychany kolbą, znalazłem się w grupie kilkudziesięciu mężczyzn, klęczących przy szosie do Warszawy, głównie warszawiaków - mieszkańców Koła. Strzały i łapanka ciągnęły się dość długo, po czym rotmistrz w asyście kilku podoficerów - wszyscy własowcy - wezwał, aby uklękli przed nim mający poniżej 15 i powyżej 55 lat. Takich było zaledwie kilku. Tworzyliśmy grupę około 200 osób, którą sformowano piątkami i pognano w obstawie konnych w kierunku Warszawy. Gnano nas szybkim marszem przez Mościska i Radiowo, z którego boczną drogą poprowadzono nas w kierunku wsi Chomiczówka. Mijały nas furgony niemieckie, z których nierzadko oberwał ktoś batem, a żołnierze klęli nas od bandytów, przez których mają dodatkowe kłopoty. Łąki, które dotychczas istnieją między Radiowem, Placówką, Chomiczówką i Wawrzyszewem zajmowały ustawione w szachownicę czołgi i działa samobieżne, zamaskowane ściętymi drzewkami i gałęziami z lufami skierowanymi na wschód, na Warszawę i Wisłę. Idąc gdzieś w środku kolumny, nadal rozmyślałem co będzie, jak rzeczywiście wywiozą nas na roboty do Reichu (tak mówiono), zupełnie trzeźwo zacząłem zastanawiać się, jak dam sobie radę w cienkim ubraniu, przecież idzie jesień, a wojna może się nie skończyć przed zimą. Niemcy przecież palta i ciepłych rzeczy mi nie dadzą. I przede wszystkim to zaczęło wywoływać we mnie zamiar ucieczki, jeśli tylko nadarzy się okazja.

Tymczasem doprowadzono nas do drogi na Chomiczówkę, idącej skrajem wsi (obecnie ul. Księżycowa) i przez nią na ogromne pole poligonu w kierunku szkieletu żelbetowej konstrukcji jakiegoś rozpoczętego przed wojną budynku. Tam siedziała nie mniej liczna grupa wcześniej tego dnia wyłapanych mężczyzn z Izabelina i Truskawia. Przed nami stał niemiecki samochód policyjny, było kilkunastu żandarmów, posterunki uzbrojonych SS-manów i sotnia własowców, która nas doprowadziła. Stanęli oni półokręgiem w pewnej odległości od nas, pilnując z wysokości końskiego grzbietu, aby nikt nie uciekł. Staliśmy sformowani w długi dwuszereg, a tymczasem przed nami stanął ubrany w panterkę SS-man i twardą polszczyzną krzyknął: "Pierona, naprzó-ó-ód marsz!". Gdyśmy to wykonali, krzyknął ponownie: "Auf Knien!" (na kolana). Uklękliśmy, przy czym ja znalazłem się prawie naprzeciwko siedzącego na koniu rotmistrza i wysokiego podoficera, który dość głośno powiedział: "Nada wtoroj kulomiet, sztoby wsiech rozstrielat". Wtedy zobaczyłem, że przed nami stoi ciężki karabin maszynowy na trójnogu, a lufa jego jest skierowana na nas. Siedzący za nim żołdak powoli przesuwał nią od końca do końca szeregu. Nikt nas nie rewidował, tak jak drugi szereg za nami. Tak klęczeliśmy pod lufą chyba ze dwadzieścia minut. Wreszcie kazano nam wstać i powrócić na poprzednie miejsce, oczywiście w szeregu. Starszy wiekiem żandarm wezwał nas do dobrowolnego oddania broni (władał dobrą polszczyzną), po czym kilku innych zrewidowało nas bardzo dokładnie, prawie nie patrząc w dokumenty. Obie grupy połączono, co pozwoliło mi dostrzec Henryka Jachowicza, poznanego w czasie pierwszego exodusu z Koła (było to 8 sierpnia z powodu ataku wojsk niemieckich na cmentarz ewangelicki na ul. Młynarskiej), który przebywał u rodziców swej narzeczonej (również wysiedleńców z Koła) w Izabelinie i gdzie go też chwycono. Był on, rzec można, bogaczem, bo zdążono mu podać sweter, bochenek razowca, 10 kostek cukru i 500 zł. Pamiętam to dokładnie, bo solidarnie dzielił się tym później, oczywiście nie dotyczyło to swetra i 500 zł (jak się potem okazało, co do pieniędzy obaj byliśmy jednakowo ubodzy, gdyż nikt już nie chciał brać ani moich 20 zł, ani jego 500). Obaj byliśmy jednego zdania, aby "wiać", i to jak najszybciej.

Około 15.00 godziny poderwano nas, sformowano długą kolumnę i otoczeni przez własowców, tym razem pieszych, z owym wysokim podoficerem na czele i budą policyjną za nami, ruszyliśmy forsownym z miejsca marszem drogą obok Chomiczówki w kierunku Boernerowa (obecnie Bemowa). Nie wiem, czy z powodu długich nóg czy kościstej budowy i wysokiego wzrostu, ale pamiętam, że od razu nazwano go "żurawiem". Gnał nas ten "żuraw" tak, że słabsi zaczęli wołać "Czoło wolniej", kolumna zaczęła się deformować i wtedy huknęły strzały z karabinu gdzieś w bok od nas. Stanęliśmy, to strzelał "żuraw" i paru innych, całe szczęście, że z KB, a z kolumny dosłownie jak zając sadził między budynki jakiś chłopak. Udało mu się uciec. Żandarmi z budy wpadli w wesołość, "żuraw" we wściekłość, kolumnę uporządkowano, buda pojechała jednak na front i znów pognano nas szybkim marszem przez Boernerowo, Chrzanów, do szosy Wolskiej w kierunku kościoła św. Wojciecha. Wszędzie, aż do Chrzanowa, patrzyły na nas współczujące grupki mieszkańców, którym przekazywaliśmy nasze nazwiska i adresy rodzin. Nieludzko zmordowani, zatrzymaliśmy się w Chrzanowie już przy ul. Wolskiej przy studni z wodą. Niewielu się napiło, ale znów paru jakoś zginęło, nas pognano dalej. Weszliśmy w wolskie rogatki. Do dziś widzę popalone i zniszczone zwłaszcza te gorsze budynki mieszkalne i kamieniczki, w których zrujnowanych bramach stały posterunki wojskowe, ul. Wolską posuwały się na zachód duże ilości żołnierzy i taborów konnych, w tym gruby SS-Galizien w zielonych mundurach i na zielono przemalowanych hełmach rosyjskich. Działa na torach kolejowych, stojących na torach linii obwodowej za opustoszałymi domami ul. Sokołowskiej (których mieszkańcy zostali rozstrzelani i spaleni 5 sierpnia koło wiaduktu ul. Górczewskiej naprzeciwko ul. Zagłoby), z ogłuszającym trzaskiem strzelały gdzieś na Starówkę. Sztukasy niskim lotem wracały z bombardowania domów i stanowisk będących w rękach powstańców. Wszędzie rozchodził się swąd spalenizny i czegoś nieokreślonego, może popalonych ciał ludzkich, szmat, czegoś, co było powiązane z ogromną tragedią dziesiątków tysięcy ludzi, których zamieniono w kupy popiołu razem z ich domami i dobytkiem. Po lewej stronie ulicy, w głębi, gdzie obecnie stoi chłodnia składowa, leżał na brzuchu nadpalony samolot bombowy z angielskimi znakami.

Wprowadzono nas na dziedziniec kościoła i zaprowadzono na jego tyły, za ogrodzeniem stała niezniszczona plebania i jeszcze jakieś budynki. Terenu pilnowali siwi i szpakowaci policjanci niemieccy, niektórzy z nich dość przyjaźnie do nas nastawieni. Ci z nas, którzy umieli po niemiecku, zaczęli wypytywać o sytuację, a głównie o jedzenie i wodę, jej brak od rana (a dzień był upalny) gnębił nas najbardziej. Pomagający im strażacy polscy z warszawskiej straży ogniowej (też więźniowie) wynieśli parę wiader wody, wybuchła formalna walka, w wyniku której więcej jej wychlapano, niż wypito, zresztą czym było pić? Od policjantów dowiedzieliśmy się, że w górnym kościele są kwaterowane kobiety i dzieci wyprowadzone z Warszawy, w dolnym - mężczyźni, przy czym okazało się, iż poza nami są tu komanda pracujące przy opróżnianiu z towarów i innych wartościowych rzeczy sklepów w okolicy ul. Granicznej i pl. Mirowskiego. Rzeczywiście, po jakimś czasie przyprowadzono dwie duże grupy przeważnie młodych mężczyzn, którzy byli zajęci przy takiej robocie przy ul. Granicznej, widząc z daleka barykady powstańcze przy ul. Królewskiej i za Ogrodem Saskim. Dla nich wyniesiono zupę na konserwach, której zapach był dla nas poezją, niestety z braku jakichkolwiek naczyń nic nie mogliśmy wyżebrać od rozdzielających ją. Z tego względu dla siebie i dla Henryka, z którym trzymaliśmy się razem, wyciągnąłem z tlącej się kupy śmieci i odpadków na cmentarzu kościelnym dwie puszki po konserwach niemieckich, z kawałków drutu zrobiłem uchwyty i jakąś szmatą z damskiej koszuli wiszącej w strzępach na zasiekach doprowadziłem do jakiej-takiej czystości. Było już za późno, zupa została w międzyczasie zjedzona.

O zmroku zapędzono nas do dolnego kościoła, drzwi zaryglowano i w prawie zupełnych ciemnościach, gdyż kilka świeczek praktycznie nie dawało światła, układaliśmy się do snu. Było nas tylu, że ręce, głowy i nogi stykały się ze sobą. Głęboki chłód podziemia, kamienne ściany i posadzki powodowały, iż ci, którzy byli tu dopiero trzy noce, a więc najdłużej, kaszleli jak w ciężkim przeziębieniu. Podłożyłem sobie buty pod głowę, kolega zwinięty sweter, ale o śnie nie było mowy w takich warunkach. Pchły skakały po nas i gryzły bezkarnie, a z górnego kościoła dobiegały dźwięki muzyki tanecznej granej na organach. Tak dotrwaliśmy do rana, po czym odryglowano drzwi i wyprowadzono nas na dziedziniec. Było bardzo mglisto i zimno, nasilał się huk strzałów od strony dzielnic zajętych przez powstańców, a także huk zza Wisły, co od razu wywołało ożywienie i komentarze. Podoficerowie niemieccy zaczęli formować dwie grupy, jedną do robót na mieście, drugą do obozu w Pruszkowie, zarówno z nas sprowadzonych wczoraj, jak i pozostałych mężczyzn.

Opętani ideą ucieczki z Henrykiem mieliśmy dołączyć do grupy warszawskiej (może się uda uciec do naszych za barykady), ale jakoś w ostatniej chwili przeskoczyliśmy do grupy pruszkowskiej, co nas kosztowało parę mocnych słów od feldfebla i po kopniaku, ale na tym się skończyło i zostaliśmy w tej grupie. Prowadzeni ul. Bema obok częściowo zburzonych Zakładów Lilpopa (gdzie w ogromnym budynku biurowym siedziała masa ludzi, którzy widocznie się tu schronili lub byli pracownikami tych zakładów), doszliśmy do Dworca Zachodniego i tu na peronie spotkaliśmy tłum obładowanych mężczyzn, kobiet i dzieci, chyba z ul. Koszykowej.


Odseparowani od nich, zostaliśmy władowani do stojącej trzywagonowej jednostki pociągu podmiejskiego trakcji PKP i pociąg ruszył. Wraz z Henrykiem i dwoma synami właściciela willi w Izabelinie, gdzie aktualnie przebywała narzeczona Henryka wraz z rodzicami oraz dwoma nieznanymi mężczyznami w naszym wieku, siedzieliśmy w kabinie motorniczego na końcu jednostki. Zanim nas załadowano, zdążyliśmy się umówić z motorniczym (który mimo niemieckiego munduru kolejowego był Polakiem), aby na każdej stacji zwalniał ile może, to kolejno będziemy wyskakiwać. Muszę tu podkreślić, że konwojujący nas starzy policjanci niemieccy nie panowali w pełni nad utrzymaniem porządku w ogólnym tumulcie na dworcu, a ponadto od początku nie widziałem u nich przejawów tak typowej u młodszych Niemców skłonności do "ordnungu".

Pociąg ruszył i po kilku chwilach zatrzymał się na moment we Włochach. Stojący tłumnie na peronie mieszkańcy podawali papierosy, pomidory, owoce. Ten moment wystarczył, aby dwaj obcy chłopcy znikli w tłumie. Zachęceni brakiem reakcji ze strony konwojentów, nabraliśmy otuchy i pewności, że już za kilka chwil będziemy również wolni. Następna stacja Ursus, ten sam krótki postój, gęsty tłum rzucający w okna wagonów co kto przyniósł i dwaj z Izabelina "urwali" się przy końcu peronu. I znów cisza. Teraz była nasza kolej. Pociąg przyhamował w Piastowie, ale prawie natychmiast ruszył dość szybko. Trzymając otwarte drzwi kabiny, ujrzeliśmy koniec peronu i migające szyny drugiego toru. Było za późno na skok. Postanowiliśmy za wszelką cenę skakać na następnej stacji. Tak, tylko pociąg zatrzymał się daleko przed nią, przy głównej bramie do ogromnego terenu i kompleksu hal Zakładów Naprawczych PKP w Pruszkowie, gdzie urządzono osławiony obóz przejściowy dla warszawiaków...

...ciąg dalszy nastąpi.

Oglądany: 26124x | Komentarzy: 22 | Okejek: 262 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

12.12

11.12

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało