Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Nauczka dla męża, naprawianie dachu i inne anonimowe opowieści

70 514  
253   35  
Dziś przeczytacie także o podrywaniu dziewczyn, przemyślenia logopedy, historię niemej dziewczyny i rzecz o wdzięczności rodziny.

Jak byłem na studiach, to często chodziłem po różnych klubach. Jako, wówczas jeszcze, wolny mężczyzna lubiłem czasem poznać jakąś dziewczynę i niezobowiązująco sobie poromansować. Zazwyczaj jednak miałem jakiegoś straszliwego pecha i poznawałem niewiasty tak samo ładne, jak i bardzo dziwne.

Jedna piękność podczas rozmowy ze mną nieoczekiwanie wylała sobie piwo na głowę, bo uznała, że to dobry, podprogowy sposób na „pokazanie mi, jak bardzo jest mokra”. Inna dziewczyna, prześliczna blondynka z burzą kręconych włosów, miała dziwny fetysz i podczas seksu udawała kurę. Poważnie – podniecało ją to! Mnie natomiast nie, więc sami rozumiecie…
Najdziwniejszą z białogłów, które spotkałem, była pewna ruda okularnica o urzekającym spojrzeniu i absurdalnie wręcz wyzywającym seksapilu. Po piętnastu minutach tańca i rozmowy, dziewczyna patrząc na mnie w przeszywający sposób, zapytała: „Czy chcesz pójść ze mną do mojego domu i posłuchać mojej poezji…?”.
Nie zdążyła skończyć, a ja już byłem ubrany i gotowy do wyjścia, wizualizując sobie wszystkie złe rzeczy, które zaraz mieliśmy robić.

Przyszliśmy do niej do domu, zdjęliśmy kurtki, ona zapaliła klimatyczną lampkę, rozpaliła kadzidełko, puściła stonowaną muzykę relaksacyjną, chwyciła mnie za rękę i zaprowadziła do łóżka. Kazała mi się położyć i zamknąć oczy.
I tak sobie właśnie leżąc przez trzy godziny słuchałem, jak ona czytała mi kolejne tomiki napisanych przez siebie wierszy.


***


Jestem logopedą i w swoim gabinecie coraz częściej przyjmuję kilkuletnie dzieci, z którymi nie sposób się porozumieć, tj. albo mówią bardzo niewyraźnie (nie chodzi mi o "tradycyjne" dziecięce wady wymowy typu seplenienie, niewymawianie głosek, jąkanie, tylko o sytuację, w której "mowa" przypomina w sumie język obcy), albo mówią tylko pojedyncze słowa, choć biernie znają ich więcej. Coraz częściej takie "okazy" podsyłają mi panie, które przez kilka godzin muszą się nimi zajmować, bo maluchom zaktualizował się obowiązek szkolny.

Za każdym razem, kiedy w trakcie diagnozowania w wywiadzie słyszę od rodziców, że nie czytają i nie opowiadają bajek dziecku, nie rozmawiają z nim (bo o nic nie pyta i i tak za małe jest na rozmowy - autentyk), a jego stanem się nie martwili, bo przecież każdy rozwija się we własnym tempie, a ono przecież tak dobrze radzi sobie z telefonem, który jest jego ulubioną zabawką, mam ochotę uderzyć rodziców czymś ciężkim. Najchętniej tak, by ich mózgi zostały na moim biurku.


***


Kilkanaście lat temu potężna burza zerwała nam dachówki. Tata, jak to tata, uznał, że nie po to nas płodził, żeby tracić pieniądze na robotników. Reperuje, reperuje, całe potomstwo siedzi na dachu, udając, że wie co ma robić, aż tu na ziemię poleciała niby to paczuszka nowiutkich dachówek.
- Dobra, dzieciaki, trudno, jak je*ło, to niech już leży.
- Tata, ale to był Michał...

Żyję i mam się dobrze, tata trochę mniej, bo do dziś doskonale pamięta jaki opieprz dostał od mamy.


***


Wczoraj gdzieś zapodział mi się w domu telefon. Po dłuższych poszukiwaniach postanowiłam skorzystać z jedynej sprawdzonej metody. Wzięłam komórkę mojego syna, aby wysłać sobie sygnał. Kiedy wybrałam mój numer, na ekranie aparatu zamiast napisu „Mama” pojawił się napis „Lucyfer”. Tak wykarmione moją własną piersią dziecko postanowiło sobie zapisać najukochańszą rodzicielkę w swej książce telefonicznej...


***


Moja mama jest głuchoniema, mój ojciec zostawił nas zaraz po moich narodzinach, a mój ojczym również jest głuchoniemy. Ja sama, gdy miałam niecałe 4 lata, straciłam słuch. Nie zdążyłam nauczyć się porządnie mówić, nie pamiętałam też za bardzo, jak to jest słyszeć. Miałam jedynie jakieś przebłyski z tych czasów.

Czas mijał, rodzice o mnie dbali, chodziłam do szkoły specjalnej i jakoś sobie żyłam. Nikt nie rozmawiał ze mną na temat odzyskania słuchu. Ja sama nie wiedziałam, że mam taką możliwość, dopóki nie wkręciłam się w oglądanie Doktora House'a. Gdy byłam w gimnazjum, obejrzałam odcinek, w którym był niesłyszący chłopak, on i jego rodzina odmawiali implantu ślimakowego, bo to, że nie słyszy, nie znaczy, że jest gorszy. Jeszcze zanim poruszyłam ten temat z rodzicami wiedziałam, że u mnie będzie to samo.

Poczytałam na ten temat i byłam naprawdę podekscytowana, internet twierdził, że takie osoby jak ja często kwalifikują się do implantu ślimakowego. Moi rodzice zachowali się tak, jak przewidziałam. Uznali, że uważam naszą rodzinę za gorszą z powodu niepełnosprawności. Jak śmiałam chcieć słyszeć, skoro moja rodzina jest głuchoniema? Powinnam być dumna z naszej inności, przecież ze wszystkim radzimy sobie tak samo jak słyszący, a że mamy trudniej, to czyni nas to lepszymi. Do dziś pamiętam każdą awanturę po rozmowach tego typu.

Gdy dorosłam, sama poszłam do lekarza, tak jak myślałam, miałam szansę słyszeć i od niedawna słyszę, a rodzice nie chcą mieć ze mną kontaktu. A mnie nie ciągnie do kontaktu z nimi, bo koncertowo spieprzyli mi życie swoją dumą.

Nie umiem mówić, ja po prostu bełkoczę tak, że nikt mnie nie rozumie. Sama też uczę się rozumienia tego, co mówią ludzie. Znam język angielski i niemiecki na wysokim poziomie, z obu pisałam maturę rozszerzoną i osiągnęłam wysokie wyniki, ale znam je tylko w piśmie. Zupełnie nie rozumiem najprostszych wypowiedzianych zdań, boję się też, że gdy zacznę się uczyć wymowy angielskiej i niemieckiej w momencie gdy jeszcze nie do końca ogarniam polską, to wszystko mi się pomiesza.

Kupiłam sobie gitarę. Zawsze chciałam na czymś grać, a na naukę gry na gitarze nie jest jeszcze za późno. Na razie uczę się chwytów i płynnej zmiany ich, ale wkrótce mam zamiar się zapisać na prawdziwe lekcje.
Niektóre dźwięki mnie przerażają, a od miejskich odgłosów boli mnie głowa, jednak ani trochę nie żałuję, że znowu słyszę. Klakson jest straszny, ale właśnie dlatego, że go usłyszałam, uniknęłam potrącenia przez samochód, który jechał na czerwonym świetle. Czeka mnie jeszcze dużo pracy, ale dam radę, bo słyszenie było moim największym marzeniem od zawsze.


***


Mój ojciec zachorował, kiedy miałam 19 lat. Zaczynał też tracić wzrok. Udało mi się skończyć studia na licencjacie i podjęłam decyzję, że trzeba go ratować. Wyjechałam w świat.
Rodzice nie byli zamożni, ojciec pracował najpierw w kopalni, a potem w fabryce, mama jest nauczycielką.
Choroba była w 99% uleczalna, ale terapia bardzo droga. Chciałam pomóc.

Znalazłam pracę w fabryce. Brałam każdy weekend i święto na nadgodziny. Pracowałam na 4 zmiany, a po roku ściągnęłam do siebie moją siostrę. Prawie wszystkie pieniądze wysyłałyśmy do domu na leczenie ojca. Przyniosło efekty. Dzisiaj jest całkowicie zdrowy, zoperował również zaćmę i teraz świetnie widzi.

No i właśnie. Skończyły się problemy, zaczęły się telefony. "A kiedy wrócicie do Polski, a trzeba by z rodzicami pobyć, czas o rodzinie pomyśleć, kto to widział tyle czasu tam siedzieć, czas wrócić i zabrać się za uczciwą ciężką pracę (WTF?)".
Obie przelewałyśmy po 300 euro z każdej wypłaty rodzicom. Żeby mieli lepiej. Łatwiej.
Najgorsze były awantury, kiedy w Polsce wypadało jakieś państwowe/kościelne święto, a u nas nie. Bo kto to widział, żeby w Matki Boskiej XYZ pracować!

Przyszło Boże Narodzenie. Siedzimy przy stole, ojciec trochę za dużo wypił, mama też. Oczywiście zaczęli nas zasypywać standardowymi pytaniami. Siostra próbowała grzecznie wytłumaczyć, że teraz kiedy on jest zdrowy, chcemy trochę zarobić dla siebie, żeby mieć na mieszkanie i dobry start.
Ojciec poczerwieniał jak wiśnia i jak nie ryknie, że się nam we łbach poprzewracało od pieniędzy i że on nie chce mieć nic wspólnego z takimi osobami jak my, które tak rodziców traktują i olewają własną rodzinę.
W tym momencie wtrąciła się matka, że jesteśmy zepsute, tylko pieniądze nam w głowie, że karierę robimy, a kiedy o dzieciach pomyślimy, ona w naszym wieku nas do żłobka odprowadzała (urodziła mając 20 lat, ja miałam 24).
Siostra nie wytrzymała. Wstała i powiedziała bardzo spokojnie. "Czy dobrze widzisz, tato? A jak twoje dolegliwości? Znikły, prawda? A ty, mamo? Czy kiedy tata już nie wstawał z łóżka, czy wzięłaś choćby jedną nadgodzinę w pracy? Dlaczego w wakacje siedziałaś wygodnie w domu zamiast dorabiać, by ratować męża?".

Przy stole zapadła cisza. Siostra wyszła z pokoju, a chwilę później obie stałyśmy na przystanku, z walizkami w rękach.

Minął rok. Od wujka dowiedziałam się, że matka opowiada po rodzinie, że kiedy ojciec był chory, my uciekłyśmy, żeby przy nim nie pomagać i po fundacjach chodziła.
Cóż, skoro tak chce....
Cała rodzina dostała listy z pełną dokumentacją (rachunki, zdjęcia, wyciągi z kont) KTO opłacił jego leczenie.
Mimo wszystko nie żałuję.


***


Kilka miesięcy temu urodziłam córkę. Mojego męża w ciągu tygodnia roboczego nie ma w domu, ale do rzeczy.

Ostatnio bardzo mocno się nie wysypiałam, bo mała całą noc każe nosić się na rękach, więc znajoma zaproponowała mi kupienie zabawki, która szumi. OK, można spróbować. Najpierw postanowiłam przetestować szum włączając go na telefonie - bajka, ale co z tego, jak ktoś zadzwonił albo napisał SMS-a, to dziecko momentalnie się budziło. Kupiłam najtańszą zabawkę z tym szumem, a mąż zrobił mi wielką awanturę, że pieniądze wyrzucone w błoto, że przecież z telefonu można puszczać, że nie szanuję jego pieniędzy. Nie docierały do niego żadne argumenty.

Przyszedł weekend, mąż wrócił z pracy, a ja tego dnia miałam panieński koleżanki, więc malutka została przez niecały jeden dzień z mężem. Godzinę później dzwoni mąż i krzyczy "gdzie ta zabawka?" (w tle słychać krzyk małej), więc ja "zobacz tu... zobacz tam... a może tam... Nie ma? Włącz w telefonie dźwięk".

Co 5 minut pisałam do niego SMS-y "Jak mała?", "ale Kaśka jest pijana", "Wyjście mi się przedłuży"... Zadzwonił po kolejnej godzinie, że mam do niego nie pisać, bo musi nosić dziecko na rękach i nie ma jak odpisać i mam tylko pisać lub dzwonić w nagłych wypadkach (co tam, że jak on jest w pracy, to co chwila do mnie pisze lub dzwoni z jakąś zbędną informacją, która w życiu mi się nie przyda).

Tak, zabrałam zabawkę ze sobą na imprezę. Kiedy wróciłam, spał wykończony na fotelu, a mała w wózku. Rzuciłam mu tę zabawkę w twarz i powiedziałam "Tak to wygląda, jak się żałuje pieniędzy na dziecko".

Podziałało.

Oglądany: 70514x | Komentarzy: 35 | Okejek: 253 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

20.06

19.06

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało