Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Nawet najlepsza piosenka z czasem może się znudzić - oto kilka przykładów takich przebojów

45 071  
93   47  
Evergreen: zgodnie ze słownikiem PWN to przebój muzyczny, którego popularność nie słabnie mimo upływu czasu. Większość evergreenów jest bez wątpienia świetna – znają i kochają je wszyscy. Jednak co za dużo, to niezdrowo – to stare powiedzenie i w przypadku muzyki ma sporo sensu. Poniżej przedstawiamy ponadczasowe rockowe hity, które ze względu na częstotliwość pojawiania się w radiu lub telewizji mogły się już lekuchno przejeść.


Guns N' Roses – „Don't cry”


Wydany w 1991 roku podwójny album „Use Your Illusion” i promująca go dwuipółletnia trasa koncertowa sprawiły, że Axl Rose i jego szalona ekipa definitywnie ugruntowali status jednej z największych gwiazd rocka. Ten stan utrzymuje się zresztą do dzisiaj – wystarczy tylko zobaczyć, jak dużym zainteresowaniem cieszy się ich ostatnie tournée w (prawie) oryginalnym składzie – w ubiegłym roku sprzedano ponad milion biletów na występy Pistoletów i Róż.

Jednym z pierwszych muzycznych skojarzeń z Guns N' Roses jest ballada „Don't Cry”, która na „Use Your Illusion” pojawiła się w dwóch różniących się tekstem wersjach, choć dostępne są też surowo brzmiące demówki tego kawałka. W utworze i teledysku pojawia się wokalista grupy Blind Melon – Shannon Hoon, który wspomagał Axla wokalnie i który w 1995 roku, jak wielu innych rockmanów, pożegnał się z tym łez padołem po przedawkowaniu heroiny. Innym z typów mocno wyeksploatowanych utworów GNR mógłby być genialny „November Rain”.

Kult – „Gdy nie ma dzieci”


Utwór z „Ostatecznego krachu systemu korporacji” jest synonimem muzyki Staszewskiego głównie dla słuchaczy, którzy za bardzo nie rozróżniają Kultu i solowej twórczości Kazika (nie mówiąc już o innych projektach syna Stanisława). To jednak spore nadużycie – ten, oczywiście patrząc dość skrótowo, biesiadny numer nie jest zbyt reprezentatywny dla autorów „Polski”, „Wódki” czy „Czarnych słońc”. Ten (oparty na prawdziwych wydarzeniach z życia autora tekstu, który główny motyw zapożyczył z wypowiedzi swojej żony) hymn rodziców wysyłających pociechy na wakacje i wreszcie mogących nacieszyć się wolnością, trafiał nawet parokrotnie do programu „Jaka to melodia”, jest też popularny na weselach czy imprezach karaoke, wykonywała go również ekipa Michała Wiśniewskiego w „Bitwie na głosy”.

W niezwykle interesującym wywiadzie rzece z Rafałem Księżykiem zatytułowanym „Idę tam gdzie idę” Kazik tak tłumaczył powstanie i popularność tego utworu: Zaczęli grać „Gdy nie ma dzieci” i zrobił się szał. Na utwór, który dla mnie był żartem. Do dziś nazywam go półpiosenką, bo gdy Janek (Grudziński, klawiszowiec Kultu – przyp. red.) przyniósł pomysł, zagrał dwa akordy i mówi, że ma jeszcze refren, ale już mu się nie chce grać. I my pojechaliśmy na tych dwóch akordach, dodaliśmy resztę, a ludzie dostali kręćka. Sprzedaż ruszyła znowu, jakby to była druga premiera płyty. (s. 314)

Metallica – „Nothing Else Matters”


Jeśli kiedykolwiek uczyliście się grać na gitarze, z pewnością jednym z pierwszych (o ile nie pierwszym) numerem, za który się wzięliście był właśnie ten singiel z „Czarnego albumu”. Fakt, że w początkowych momentach piosenki wystarczy uderzać w cztery puste struny sprawił, że początkujący wioślarze katowali utwór Hetfielda i Ulricha w każdych możliwych okolicznościach. Dodatkowo, drugie życie tej balladzie panowie z Metalliki dali w 1999 roku, kiedy to promowała ona płytę „S&M”, nagraną wspólnie z orkiestrą symfoniczną: odświeżona singlowa wersja „Nothing Else Matters” zainteresowała wielu ludzi nie mających do tej pory zbyt dużej styczności z twórczością autorów „Master Of Puppets”.

Od czci i wiary przez część metalowych ortodoksów osądzeni zostali za to Acid Drinkers, którzy na albumie „Fishdick Zwei” zaprezentowali dość odważną interpretację „Nothing else matters” z gościnnym udziałem głosu i akordeonu Czesława Mozila. To zresztą utwór, który bardzo często jest brany na warsztat przez innych artystów – wystarczy rzucić okiem na (z pewnością i tak niekompletną) listę coverów.

Nirvana – „Smells like teen spirit”


Spróbujcie sobie uczciwie odpowiedzieć na pytanie – kiedy ostatnio, z własnej nieprzymuszonej woli, odpaliliście utwór otwierający płytę „Nevermind”? Najbardziej znany przebój Nirvany stał się dla nich brzemieniem i klątwą – kolejne pokolenie spod znaku „no future” odnalazło w dekadenckich słowach Kurta Cobaina i mocnej muzyce odbicie własnych problemów, jednak dla samych członków Nirvany kolejne odgrywanie „Smells like teen spirit” było męczarnią. Piosenka z tekstem, który powstał dosłownie w kilka minut, w założeniu miała być żartem z rewolucyjnych idei, jednak została odebrana zupełnie odwrotnie.

Wokalista prowokacyjnie mówił, że „Smells” jest zrzynką z The Pixies, a basista Krist Novoselic po pierwszym kontakcie z tym kawałkiem nazwał go „absurdalnym”. Aby dodać nieco dystansu i odbrązowić nieco ten rockowy pomnik, Weird Al Yankovic nagrał niesamowicie zabawną przeróbkę, której fanem był nawet sam Cobain; w 2011 roku do przeboju Nirvany w wesołej wersji wróciła ekipa Muppetów wspólnie z Jackiem Blackiem. Warta uwagi jest też zagrana z półplaybacku w programie Top Of The Pops wersja tego numeru, w której Kurt śpiewał niskim, teatralnym głosem, dodając dość kontrowersyjne wersy o „ładowaniu narkotyków” i „zabiciu przyjaciół”, podczas gdy reszta zespołu wygłupiała się udając, że rzeczywiście gra na instrumentach. Aby nieco odetchnąć, słuchanie albumu z pływającym pod wodą dzieciakiem najlepiej rozpoczynać od numeru „In Bloom”.

Dżem – „Whisky”


Ile razy w trakcie ogniska słyszeliście niezbyt czysto zaśpiewane (nie mówiąc już o nietrafianiu w dźwięki na gitarze) „Mówią o mnie w mieście, co z niego za typ...” i automatycznie mieliście ochotę dorzucić wiosło do paleniska? Zakochani w śląskim bluesie przedstawiciele akademikowo – woodstockowego klimatu (choć, naturalnie, nie tylko oni) sprawili, że przebój Dżemu dawno już przejadł się nawet niejednemu koneserowi „Whisky”. Zresztą pojawianie się tego pochodzącego z płyty „Cegła” utworu na wielu innych, wydanych zwłaszcza po śmierci Ryszarda Riedla, albumach (jak chociażby „List do R. na 12 głosów”, „30 urodziny”, „Symfonicznie”, czy kilku różnych wydanych na DVD koncertach z różnych Przystanków Woodstock) mogło spowodować wrażenie srogiego przesytu. Podobne uczucia można żywić także w stosunku do równie wyeksploatowanego „Wehikułu czasu”.

The Clash – „Should I Stay or Should I Go”


Bądź co bądź dość zwyczajny rockowy utwór z hiszpańskimi chórkami stał się jednocześnie wizytówką tej bez wątpienia świetnej (i dziś raczej niedocenianej, szczególnie w Polsce) brytyjskiej kapeli. The Clash, początkowo wychodząc od prostego punka, na kolejnych albumach nauczyli łączyć ze sobą reggae, dub, rap, rockabilly, r&b, ska – zresztą długo by wymieniać gatunki. Pochodzące z wydanej w 1982 roku płyty „Combat Rock” „Should I Stay or Should I Go” zyskało sporą popularność, jednak tak naprawdę zmartwychwstało dekadę po premierze, gdy po pojawieniu się w reklamie jeansów Levi's (ideologiczni punkowcy byli oburzeni komercyjnym „sprzedaniem się”) trafiło na pierwsze miejsce brytyjskiej listy singli.

W ostatnim czasie evergreen londyńczyków znów wrócił do popkultury – kilka razy pojawiał się w pierwszym sezonie netflixowego „Stranger Things”. A jeśli ktoś nie zna zbyt dobrze The Clash, to przygodę z kapelą Joe Strummera i Micka Jonesa powinien rozpocząć raczej od „London Calling”, „The Guns of Brixton” czy „Rock the Casbah”. Z kronikarskiego obowiązku dodać też należy parę słów o coverach, które dodatkowo podbiły popularność tego singla – swoje wersje „Should I Stay or should I go” wykonywali zarówno lewicowi punkowcy z Anti-Flag, australijska gwiazda popu Kylie Minogue, jak i mało ideologiczni rockowcy z Maroon 5.

Red Hot Chili Peppers – „Californication”


Tytułowy utwór z ostatniej nagranej w dwudziestym wieku w momencie premiery latał we wszystkich stacjach muzycznych z niesamowitą częstotliwością – trudno było przejść obok stylizowanego na grę komputerową teledysku, który pokazywał mroczną stronę życia w Hollywood. „Californication” równie regularnie pojawiał się na żywo – przez ostatnich dwadzieścia lat praktycznie na każdym koncercie Red Hotów publiczność miała okazję wspólnie ze swoimi idolami chóralnie odśpiewać tę balladę – to trzeci najczęściej wykonywany numer Kiedisa i spółki; w sumie nazbierało się już ponad 500 jego wykonań.

Aby jednak nieco urozmaić sobie odbiór „Kalifornizacji” lepiej sięgnąć do starszych wykonań koncertowych, gdzie solówki nieobecnego dziś w kapeli Johna Frusciante dodawały temu kawałkowi zupełnie innego wymiaru. Kolejnym z nieco zbyt popularnych numerów Papryczek jest „Under the Bridge”, jednak w ostatnim czasie jakby mniej go w mediach – od premiery tego singla minęło w końcu już dwadzieścia pięć lat!

The Offspring – „Pretty Fly (For a White Guy)”


Przebój z wydanej już 20 lat temu płyty „Americana” sprawił, że kalifornijscy punkowcy definitywnie stali się pełnoprawnym elementem muzycznego mainstreamu. Wszyscy, którzy uwielbiali albumy „Ignition” czy „Smash” i wówczas kręcili nosem krytykując jego lekkość, patrząc na dzisiejszą (niezbyt wysoką, mówiąc oględnie) formę kapeli Dextera Hollanda mogą wrócić z sentymentem nawet do „Pretty Fly”.

Historia mało rozgarniętego białasa, który bardzo chciał być niczym prawdziwi gangsterzy z Compton, trafiła na listy przebojów całego świata (całkiem nieźle zaprezentowała się też w podsumowaniu 1999 roku w „30 Tonach – liście, liście przebojów” gdzie zajęła szóste miejsce – pomiędzy... Janem Pawłem II i Ricky Martinem) i była hitem zarówno w pogo na koncertach, jak i podczas szkolnych dyskotek. Pomimo sporego zmęczenia materiału, podczas trafienia na pierwszy singiel z „Americany” w radiu czy telewizji odżywa jednak niemały sentyment, który sprawia, że aż chce się wbić pod scenę.

Joan Jett & The Blackhearts – „I Love Rock n' Roll”


Joan Jett zasłynęła z wyśpiewania totalnego banału, który pomimo dość naiwnego tekstu i prostego riffu stał się ponadczasowym hitem rockotek na całym świecie. Niech przemówią tylko liczby: 85. miejsce na liście 100 najlepszych gitarowych piosenek magazynu Q, 491. pozycja w prestiżowym zestawieniu przebojów muzyki rozrywkowej autorstwa redaktorów Rolling Stone czy 55. lokata w podsumowaniu najlepszych piosenek wszech czasów według Billboardu nie wzięły się znikąd.

Mało kto jednak wie, że „I Love Rock n' Roll” w wykonaniu urodzonej w 1958 roku hardrockowej wokalistki samo w sobie jest coverem – oryginalną wersję (bardzo zresztą podobną do tej wykonywanej przez The Blackhearts) skomponował Alan Merrill z zespołu The Arrows w 1975 roku. A za przeróbki słynnej przeróbki zabierali się chociażby Britney Spears (prawie 24 miliony wyświetleń na YouTube), parodysta Weird Al Yankovic czy Eminem, który w utworze „Remind Me” skorzystał z pochodzących z tego hitu sampli.

The Rolling Stones - „Satisfaction”


Riff, który przyśnił się gitarzyście nawet ponad pięćdziesiąt lat po powstaniu jest wciąż niesamowicie eksploatowanym symbolem rock'n'rolla. Nie da się zaprzeczyć, że często utożsamia się Rolling Stonesów – grupę z niesamowicie bogatą dyskografią – głównie z tym czterominutowym, sympatycznym kawałkiem. We wspomnianej wcześniej liście 500 utworów wszech czasów magazynu Rolling Stone „Satisfaction” zajęło drugie miejsce – tuż za „Like a Rolling Stone” Boba Dylana.

O popularności tego hitu świadczy też chociażby ogromna ilość coverów – „Satysfakcję” wykonywali między innymi wspomniani już w kontekście „Nothing Else Matters” Acid Drinkers, Otis Redding, Samantha Fox czy ostatnio... siostry Godlewskie. Miejmy nadzieję, że dość wiekowi Stonesi nie będą mieli okazji do zapoznania się z tą wersją – ich nie najmłodsze już serca mogłyby nie wytrzymać tej dawki emocji.