Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Zakupy z tatą, weselne toasty i inne anonimowe opowieści

55 383  
178   20  
Dziś przeczytacie także o rodzinnym spotkaniu, przerażających chwilach pewnej matki, pomysłowym lokalizatorze dziecka i świetnym bracie.



Wczoraj były moje urodziny. Kiedy przyszłam z uczelni do domu, zastałam całą moją rodzinę. Wujków, ciotki, kuzynów, braci ciotecznych. Wszyscy tam byli. Zaczęłam każdego z nich przytulać i bardzo wylewnie dziękować za pamięć. Patrzyli na mnie z lekką zgrozą, bez żadnego uśmiechu, tak jakbym popełniła jakąś wielką niezręczność. Dopiero po chwili, mama oderwała mnie od jakiegoś wujka, którego akurat całowałam w polik. Zaprowadziła mnie do kuchni i wytłumaczyła sytuację. Cała rodzina przyjechała do nas, bo parę godzin wcześniej zmarła moja babcia...

* * * * *

Od paru lat wyniszcza mnie emocjonalnie jedna sytuacja z życia.
Po prostu nie umiem sobie wybaczyć i śni mi się to po nocach.

Popołudniowe lato, gorąco jak cholera.
Mój półtoraroczny synek uciął sobie drzemkę z moim partnerem w naszym łóżku.
Z racji pogody okno było otwarte. Po jakimś czasie też mnie lekko zmogło, więc ułożyłam się obok synka. Gdy oczy robiły się coraz cięższe, spojrzałam jeszcze raz na to okno i w myślach sobie powiedziałam, że na pewno obudzi mnie młody jak wstanie, więc nie muszę się martwić i go zamykać, bo się podusimy przez ten upał, a tak przynajmniej jest przewiewnie. Mieszkaliśmy na czwartym piętrze.
Nie wiem ile czasu spaliśmy, ale obudziło mnie walenie do drzwi.
Tak dobrze mi było, nie chciało mi się wstawać. W końcu za piątym uderzeniem przeklęłam i leniwie pomaszerowałam do drzwi. Otwieram, a tam "sporych rozmiarów" spocony i zasapany nie mogący wydusić z siebie słowa machający tylko rękami facet.
Dotarło do mnie...
Dosłownie jakbym dostała czymś ciężkim w głowę!!
Kalkulacja: dziecko wstało, okno!!
Wbiegam do sypialni, w łóżku go nie było. Już byłam pewna.
Okno miało roletę, więc nie mogłam dostrzec, czy dalej tam jest...

Zawołałam go delikatnym miłym i spokojnym głosikiem. Odsunął roletę i spojrzał na mnie takimi radosnymi oczkami, uśmiechając się od ucha do ucha. Siedział na parapecie z nóżkami poza oknem, machając nimi. Z młodym często bawiliśmy się, że ja go goniłam, a on uciekał. Byłam pewna, iż potraktuje to właśnie jak tę zabawę. Wzięłam głęboki oddech i ponownie zawołałam go w ten sam sposób co za pierwszym razem, podchodząc do niego wolno, po czym sięgnęłam go chyba za pampersa i zrzuciłam go z tego parapetu do domu. Ręce i nogi trzęsły mi się jak nigdy dotąd, tak mocno go obejmowałam, że mało go nie udusiłam.

Facet opowiedział mi później, że mieszka naprzeciwko na trzecim piętrze i paląc papierosa na balkonie dostrzegł, jak mały sobie siedział i obserwował otoczenie. Temu panu jestem wdzięczna do dzisiaj... Nie dość, że czwarte piętro, brak windy, bo stara kamienica, to jeszcze domofon nie działał. Zanim on się dostał do środka, wbiegł na nasze piętro, dopukał się do nas, to aż mnie skręca... Nie mogę nawet myśleć, ile mój synek czasu spędził w tym oknie...
Czuję się z tym okropnie pomimo tego, że ostatecznie nic mu się nie stało.
Czuję się tak za każdym razem, kiedy tylko o tym pomyślę, a niestety to non stop do mnie wraca, skręca mnie normalnie od środka.
Patrzę na mojego sześciolatka i nie umiem nawet myśleć o tym, że przez moją głupotę mogłoby go już nie być. Wstydzę się i nigdy mu tego nie opowiem...

* * * * *

Mój stary cierpi na mózgowe niedoje#anie i wprost uwielbia ośmieszać swoje dzieci. Jak byłem mały, to bardzo chciałem, żeby mi kupił balon. Taki zwykły, na sznurku. Tatko nadmuchał prezerwatywę, zawiązał na supeł i mi ją wręczył. Następnie poszliśmy na spacer po naszej wiosce, jakimś dziwnym trafem odwiedzając po drodze wszystkich jego znajomych. Ja otwarcie cieszyłem się, że mam piękny, pachnący truskawkami balonik, podczas gdy mój wyrodny ojciec i jego kumple rechotali patrząc na zdegustowane miny ich żon… Dopiero po latach dotarło do mnie, że padłem ofiarą debilnego żartu mojego rodziciela.

* * * * *

Tak mi się przypomniało. Jakiś czas temu przeglądałam stare szpargały z mamą. W jednym z pudełek blaszanych, takich po kruchych ciastkach, znalazłam moją spinkę do włosów z kokardą. Nie taką zwykłą, tylko jedną z wielu dużych kokard, które mama zawsze wpinała mi we włosy, jak byłam mała. Mama sama robiła te kokardy z tasiemek.

Takie czasy, lata 80., w sklepach nie było za dużo. Więc zaczęłam się rozczulać i mówić mamie, że zawsze byłam taka dumna z tych kokard, bo były ogromne i każda dziewczynka mi zazdrościła. Podziękowałam jej za to, że tak dbała o wygląd swojej córci, bo codziennie miałam jakaś we włosach. Mama odpowiedziała na to, że to nie robiła tych kokard dla uroku, tylko po to, żeby mnie z daleka lokalizować pośród bandy dzieci :D

* * * * *

Mój syn ma pięć lat i ostatnio po raz pierwszy w życiu był na weselu ze mną. Takim klasycznym, polskim, z tańcami, wódką i wąsatym wodzirejem. Potańcował trochę z dwójką rówieśników i padł szybciej niż pierwszy pijany wujek. Wrażeń było jednak co niemiara, więc małolat długo przeżywał tę imprezę. Podśpiewywał sobie „Białego misia” w przedszkolu, a czasem podczas obiadu pukał nożem w szklankę, aby wygłosić toast.

W niedzielę byliśmy w kościele, jak zwykle. W momencie kiedy ksiądz podniósł w górę kielich z winem mszalnym, młody na całe gardło ryknął: „ZDROWIE WASZE W GARDŁO NASZE! RIBKA LUBI PŁYWAĆ! CHLUŚNIEM, BO UŚNIEM!”.
Dobrze, że ksiądz był wyluzowany i rozładował niezręczną ciszę uśmiechem i jowialnym: „Zdrowie gospodarza!”.

* * * * *

Wczoraj, podczas zakupów jednym z dużych supermarketów, mój tata poszedł do informacji, aby zgłosić zaginięcie swojej córki. Wszyscy obecni w pasażu handlowym usłyszeli panią mówiącą przez megafon: „Uwaga, uwaga! W sklepie zgubiła się dziewczynka. Ma na imię Kasia i prawdopodobnie jest bardzo wystraszona. Przy stoisku informacyjnym czekają na nią zapłakani rodzice...”.

Nie, nie zgubiłam się. Byłam akurat w przymierzalni, gdzie wybierałam sobie koszulę do pracy. Mam 28 lat.

* * * * *

Mój brat to był taki typowy Pioter, chciałoby się rzec. Akurat na imię mu Paweł, ale to szczegół. Chude, w dresach, ostrzyżone na jeża i niezbyt toto wydarzone, także intelektualnie, ale na swój sposób też genialne.

Jako brat czuł się zawsze odpowiedzialny za siostrę, nawet starszą. Chciał mnie chronić przed okolicznymi Sebami (którzy coraz śmielej sobie poczynali), ale ani siłownia, ani obiadki u babci nie poprawiały jego tężyzny fizycznej, wpadł zatem na genialny plan - zabrał na siłownię mnie. Duża nie jestem, całe 1,7 metra i 65 kilogramów wagi, za to kondycję mam jak ta lala. Brat ma wzrostu 1,9 m, a waży o dwa kilo więcej, ledwie siatki z zakupami podnosi. Ale nie, nie posłał mnie tam, bym nauczyła się bić. Zabrał mnie tam, bym nauczyła się technik podnoszenia dużych ciężarów. Po co?

Gdy już pod okiem trenera nauczyłam się jak bezpiecznie "rwać", przyszła pora na ćwiczenia z Pawłem i jego Gangiem Suchoklatesiaków ze szkoły. Przy wzmożonej współpracy wypracowaliśmy przez kilka tygodni całkiem ładne przedstawienie, polegające na podnoszeniu ich i "rzucaniu" nimi niczym Kokosz praskający ławą w zbójcerzy.

Po co to wszystko? Dla okolicznych Sebów. Kolegów brata nikt w okolicy nie znał. Chłopaki wywatowali się nieco ciuchami, by wyglądać na masywniejszych i odegraliśmy sztukę pt. "Rudy kurdupel dosłownie rzuca bandą niemal dwumetrowych gości". Skończyły się zaczepki, skończyły próby łapania za spódnicę czy ręce, gdy wracałam do domu, a oni okupowali ławeczkę. Skończyło się też szturchanie i popychanie brata po tym, jak wychyliłam się z okna i zapytałam, "czy mam do panów zejść i im wp*erdolić, czy to jakaś pomyłka?".

A Paweł i jego kumple odkryli w sobie dryg do tańca (breakdance) przez te ćwiczenia. To było trzy lata temu, ja mam spokój, a panowie zdobyli ostatnio nagrodę w międzywojewódzkim konkursie licealnym. Paweł rzucił przez tę pasję tępe gapienie się w telewizor całymi dniami, nabrał względnej krzepy, zaczął solidnie o siebie dbać. Zdobył dziewczynę, która jest cudowną osobą.

Szkoda, że miesiąc temu zabił go pijany kierowca, który wjechał na czołówkę. Pawła nie dało się uratować, pijak wyszedł z tego niemal bez szwanku.

<<< W poprzednim odcinku m.in. dziecko w oknie i zielona szkoła


Oglądany: 55383x | Komentarzy: 20 | Okejek: 178 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało