Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Pierwszy polski kolorowy film pełnometrażowy, którego nigdy nie obejrzysz

33 793  
210   26  
I zapewne niektórych z Was już aż palce świerzbią, by w komentarzach wytknąć mi ewidentną bzdurę. Wszak do "Przygody na Mariensztacie" z 1953 roku, otwierającej oficjalną listę pełnometrażowych filmów barwnych nakręconych w naszym kraju, każdy, kto ma ochotę, może dotrzeć. Ale mi chodzi o produkcję, której nakręcenia podjęto się jeszcze przed wojną, a która nie została ukończona.

l_17156316ae24a3bsnapshot.jpg

Gdy pierwszy raz natknęłam się na informację o tym filmie, pomyślałam, że warto wrzucić notkę o nim na klub Po czarno-białej stronie mocy. Jednak miałam pewien problem – co właściwie miałabym napisać? Mieli nakręcić, nie nakręcili – na chór drążyć temat? Ale trochę podrążyłam i okazało się, że historia tego filmu wpisana jest w większą opowieść o wielkiej pasji, zaangażowaniu i marzeniach brutalnie zdeptanych przez rzeczywistość.
Zanim jednak o tym, to warto powiedzieć kilka słów o początkach filmów barwnych.

Za pierwszy pełnometrażowy film kolorowy uznawana jest niema produkcja "The Gulf Between" z 1917 roku. Niestety, film ten zaginął. Najstarszą zachowaną barwną pełnometrażową produkcją jest "Toll of the Sea" z 1922 r. Film został stworzony przez Technicolor Motion Picture Corporation, a do jego nakręcenia wykorzystano tzw. technikę dwutaśmową (dwa czarno-białe negatywy naświetlano filtrami zielonym i czerwonym).


W latach trzydziestych technika ta została wyparta przez tzw. technologię trójtaśmową (dorzucono w niej trzeci negatyw, a do filtrów zielonego i czerwonego doszedł niebieski). Pierwszym pełnometrażowym filmem nakręconym tą metodą jest "Becky Sharp" z 1935 r. Jak możecie zauważyć, różnica w jakości kolorów jest duża.


Technika ta, zwana technikolorem, zdominowała kino kolorowe. Wykorzystał ją m.in. Walt Disney do nagrania niezwykle popularnej bajki "Królewna Śnieżka i siedmiu krasnoludków". Poniżej fragment z polskim dubbingiem z 1938 r.


Oczywiście, nie mogłabym nie wspomnieć tu o filmie "Black Swan" z 1942 r., którego fragment pojawił się 40 lat później w filmie "The Pirate Movie", z którego z kolei bezczelnie podprowadzono go jako czołówkę pewnego programu, przez wielu do dziś wspominanego z sentymentem.


Ostatni film nakręcony w technikolorze powstał w 1955 r. Potem technika ta ostatecznie została wyparta przez pojedynczą taśmę kolorową.

Rzecz jasna, tego typu nowinki trafiły również do Polski. W 1937 r. na taśmie Agfa nakręcono krótki, amatorski film "Wesele Księżackie" (tygodnik "Kino" podał tytuł "Piękno Księstwa Łowickiego"), prezentujący stroje i tańce łowickie. Został on zaprezentowany na Wystawie Światowej w Paryżu w 1937 r i zdobył pierwszą nagrodę. Poniżej możecie zobaczyć jego fragmenty. Podobno oryginalny egzemplarz, dostępny w Archiwum Naukowym Polskiego Muzeum Etnograficznego, w rzeczywistości jest o wiele bardziej ostry i wyraźny.


W latach 1938-39, z wykorzystaniem taśmy Kodak, powstał kolorowy reportaż "Beautiful Poland", który zaprezentowano w 1939 r. na Wystawie Światowej w Nowym Jorku. Podczas wojny nagrania zmontowano ponownie, dodając do nich komentarz Eve Curie - córki Marii Skłodowskiej-Curie, i w ten sposób powstał film "The Land of My Mother". Przez bardzo długi czas był on uważany za zaginiony, więc tym bardziej cieszy, że obecnie mamy możliwość go obejrzeć.


Możliwe, że niektórzy z Was przyjęli w tej chwili, iż powyższe dwa filmy były pierwszymi kolorowymi nagraniami powstałymi na ziemiach polskich. Ale wiecie co? A wcale że nie.

Według dość łatwo dostępnych informacji, w 1936 lub 1937 roku podjęto się nakręcenia pierwszego polskiego pełnometrażowego filmu kolorowego. I tu dochodzimy do właściwego tematu tego tekstu - filmu, który nigdy nie powstał. Niestety, dostępne są jedynie szczątkowe informacje na jego temat.

O filmie wiemy na pewno, że miał nosić tytuł "Strzał w operze", miał być kolorowy... I to w sumie tyle. Rozbieżności pojawiają się już przy osobie reżysera - wygląda na to, że miał być nim Adam Augustynowicz, ale można spotkać się z przypisywaniem tej produkcji Leonardowi Buczkowskiemu. Podobnie rzecz ma się z obsadą aktorską - jedno z internetowych źródeł przebąkuje o Barbarze Orwid (to samo, które pisze o Buczkowskim jako reżyserze, więc nie wiem, czy można mu wierzyć*), a inne o śpiewaczce Juno Gordez... I tyle w temacie obsady.

17154324bad2f02B_O_i_J_G.jpg
Po lewej Baśka Orwid, po prawej Juno Gordez

Brakuje informacji, o czym film miał być, aczkolwiek tytuł i wzmianka, że część zdjęć miała być kręcona w Bułgarii, przywodzą na myśl tematykę sensacyjno-kryminalną, doprawioną akcentami muzycznymi i delikatną egzotyką. Plany włączenia do filmu zagranicznych plenerów mogą sugerować, że nastawiano się raczej na dość kosztowną superprodukcję - wszak historie związane z takimi filmami jak "Głos pustyni" czy "Panienka z poste resante" dają nam pogląd na to, z jak dużym obciążeniem finansowym wiązał się wówczas wyjazd ekipy filmowej za granicę. Jednak z drugiej strony - reżyserem miał być człowiek mogący poszczycić się bardzo mizernym dorobkiem, a jako odtwórców głównych ról chciano zaangażować osoby najprawdopodobniej nie posiadające żadnego doświadczenia aktorskiego, co z kolei może świadczyć o szukaniu oszczędności. Źródła milczą też o tym, do jakiego etapu doszły prace nad filmem oraz dlaczego je przerwano.
I na tym właściwie można by zakończyć, gdyby nie pewna zdawkowa informacja, na którą natrafiłam na forum Nitrofilmu: inicjatorami nakręcenia "Strzału w operze" byli bracia Szczepanikowie. I w tym momencie temat nabrał rumieńców...

l_1715415552f3f12rodzina_szczepanikow.jpg
Rodzina Szczepaników.

Zacznijmy od tego, że bracia Bogdan i Zbigniew Szczepanikowie** (dwaj najstarsi chłopcy z powyższego zdjęcia) mieli ojca - Jana Szczepanika, niezwykle utalentowanego wynalazcę, zwanego galicyjskim Edisonem. Możecie go kojarzyć m.in. z hasłem "kamizelka kuloodporna", ale lista jego pomysłów jest dużo dłuższa i obejmuje również technologie tworzenia filmów barwnych oraz dźwiękowych. I to właśnie on był autorem pierwszego kolorowego nagrania powstałego na ziemiach polskich i jednocześnie (uwaga!) pierwszego kolorowego nagrania w ogóle. Miało to miejsce w 1899 r., ale nic nie wiadomo mi o tym, by nagranie się zachowało. W następnych latach Szczepanik dopracowywał swoją metodę, opierającą się o pojedynczą czarno-białą taśmę filmową i trzy filtry - czerwony, zielony i niebieski. W tamtym czasie jego technika była wysoko ceniona za kolory bliskie rzeczywistym.

17157297a0e527ccom_video_to_gif.gif
"Przełęcz" z 1921 r., jedna z najbardziej znanych produkcji Jana Szczepanika

Warto też nadmienić, że Szczepanik senior opracował telektroskop - urządzenie do przesyłania ruchomego kolorowego obrazu wraz z dźwiękiem, uznawane za prototyp telewizji. Jednak z powodów techniczno-finansowych projekt został porzucony.
Zachęcam Was do zapoznania się z tą niezwykłą postacią.

171541713f22d73jan_szczepanik.jpg
Jan Szczepanik

Bohdan i Zbigniew Szczepanikowie odziedziczyli po ojcu zamiłowanie do kolorowego filmu. Już jako studenci Politechniki Lwowskiej zorganizowali skromne laboratorium, w którym pracowali wraz z kilkorgiem przyjaciół (m.in. z Franciszkiem Ożgą - kolejna ciekawa postać, z którą warto się zapoznać) nad udoskonaleniem techniki swojego rodzica. W 1932 r. przenieśli się do Warszawy na ulicę Marszałkowską, gdzie kontynuowali swoją pracę jako spółka Szczepanik-Film. Aby pozyskać fundusze, zajęli się produkcją tanich filmów krótkometrażowych "w barwach naturalnych". Bracia chętnie sięgali po tematykę przyrodniczą i krajoznawczą, o czym świadczą tytuły, np. "Ogród zoologiczny", "Gdynia", "Spływ na Czeremoszu". Pierwszy taki film, a właściwie wtedy jeszcze krótki dodatek filmowy, zaprezentowano 21 grudnia 1932 r., wywołując duże poruszenie zarówno w środowisku filmowym, jak i w prasie. Dziennikarze rozwodzili się nad pozytywnymi stronami metody opracowanej przez polskich "czarodziei kolorów", zwracano uwagę m.in. na stosunkowo niewysokie koszty związane z produkcją i eksploatacją filmów. Krytyka była jednak bardziej powściągliwa - wytykano niedoskonałe odzwierciedlenie barw, kiczowatość filmów i twierdzono, że mogą być one jedynie punktem wyjścia do dalszych prac.
W 1933 r. aparaturę Szczepaników zademonstrowano na polsko-czeskiej wystawie elektrotechnicznej w Warszawie, gdzie podobno wzbudziła spore zamieszanie. W tym samym roku, w rozmowie z dziennikarzem "Nowin codziennych", Zbigniew przyznał, że jego "...skrytem pragnieniem jest przygotować film, ilustrujący całą Polskę, z jej etnografją, geografją, folklorem, urbanistyką, pejzażem, kulturą, przemysłem i sztuką, by na najbliższej wystawie światowej w Chicago pokazać światu Polskę". Niedługo jednak zainteresowanie osiągnięciami braci zaczęło maleć, a same laboratorium zaczęło podupadać. Natomiast marzenie Zbigniewa zostało zrealizowane dopiero w 1939 r., ale już przez innych twórców i z wykorzystaniem innej aparatury.

W 1935 r. na ekrany polskich kin trafił film "Becky Sharp", ostatecznie przypieczętowując tryumf technikoloru nad rodzimą metodą. Jednak Szczepanikowie nie poddawali się. Jak już wspomniałam, jako datę rozpoczęcia pracy nad "Strzałem w operze" podaje się rok 1936 lub 1937. W tym czasie finanse laboratorium Szczepanik-Film prawdopodobnie przedstawiały się już dość skromnie, co z pewnością było poważnym utrudnieniem w realizacji przedsięwzięcia.

172151988d72ae2_Szczepanik.jpg
Zbigniew Szczepanik-Dzikowski przy aparacie swojego pomysłu

Skąd bracia mieli pozyskać środki na tę produkcję? Jak daleko posunęły się prace nad filmem? Dlaczego ostatecznie on nie powstał? Czy chylące się ku upadkowi przedsiębiorstwo najzwyczajniej nie było w stanie podołać temu przedsięwzięciu, czy może bardziej zawinił brak wiary w rodzimą technologię? To są pytania, na które trudno jest dać pewną, wyczerpującą odpowiedź.

W 1935 roku Bogdan Szczepanik wraz z Franciszkiem Ożgą wyjechali do Stanów Zjednoczonych. Bogdan spędził tam około pół roku, ale pobyt ten nie przyniósł żadnych większych korzyści. Krótka notka, która pojawiła się w książce Anny Pragłowskiej "Obrazy i barwy" mówi, że próbował tam zorganizować towarzystwo do eksploatacji filmu barwnego według metody Jana Szczepanika. Franciszek został w Ameryce na dłużej, organizując Polish American Film Corporation, które, do wybuchu wojny, zajmowało się rozpowszechnianiem na tamtejszym gruncie polskich filmów.

171807376afbfc5fr_ozga_jako_korespo.jpg
Korespondent wojenny Franciszek Ożga. Zdjęcie z okresu II wojny światowej.

Informacja o tej wyprawie pojawiła się również w ówczesnej prasie. W rozmowie opublikowanej w "Kinie" z dnia 29 grudnia 1935 r., Zbigniew Szczepanik wspomina o tym, że Bogdan razem z Franciszkiem Ożgą przebywają w Ameryce, gdzie pozyskują korzystne umowy. W tej samej rozmowie przyznaje on, że konkurencja na polu filmu barwnego jest trudna i że Szczepaników nie stać na wyjście poza ramy doświadczalnych filmów krótkometrażowych. I możemy tu jedynie się domyślać, że wyjazd do USA mógł być w jakiejś mierze próbą pozyskania środków na pierwszy polski pełnometrażowy film barwny.

Mówiąc o owej rozmowie, warto przytoczyć opinię Zbigniewa na temat tego, jak pierwszy film barwny powinien wyglądać, gdyż może dać nam to pogląd na to, jakim filmem miał być "Strzał w operze". Stwierdził on co następuje: "Pierwszy film barwny, w mojem przekonaniu, powinien właśnie bawić barwą, stworzyć atmosferę piękna, pogody i - że użyję tego wyrażenia - bajkowości i fantazji". I zapewne właśnie dlatego w filmie miała pojawić się słoneczna Bułgaria, a także opera, ze swoimi pompatycznymi dekoracjami i kostiumami.

1717703e2d99529Bogdan.jpg
Bogdan Szczepanik-Dzikowski

Przyznam się Wam, że pisząc ten tekst miałam poczucie, że tak naprawdę piszę o jakimś micie lub nieistniejącym Świętym Graalu. Cała moja wiedza o "Strzale w operze" opierała się na kilku zdawkowych informacjach. Aby je uzupełnić, podjęłam próbę kontaktu z synem Bogdana Szczepanika. Pan Jerzy, mimo szczerych chęci, nie był w stanie nic mi na temat tego filmu powiedzieć, podobnie jak kolejne osoby, z którymi miałam możliwość porozmawiać. W końcu zaczęłam się zastanawiać, czy ta historia aby na pewno miała miejsce?

Postanowiłam jeszcze sięgnąć po chyba najpopularniejszą filmową gazetę polskiego międzywojnia - tygodnik "Kino" - i przejrzeć wszystkie numery z lat 1936-37. I dość szybko zostałam nagrodzona.
W numerze z 7 czerwca 1936 r. została zamieszczona informacja, że w Polsce na studiach przebywa bułgarski kompozytor i wirtuoz skrzypiec - Stanczo Kisielkow. No i co z tego? Ano to z tego, że powierzono mu główną rolę męską w "najnowszej imprezie firmy Szczepanik-Film". Oczywiście, chodzi tu o film "Strzał w operze".

17200726f012e2cstanczo_kisielkow.jpg
Stanczo Kisielkow

W notce znajdujemy informację, że Szczepanikowie w końcu wychodzą "z okresu żmudnych prób i badań laboratoryjnych", że część filmu ma być kręcona w "barwach naturalnych" w systemie Szczepaników (zapewne efekt byłby podobny do tego, co możemy zobaczyć w "Lotnej") oraz że będzie to pierwszy film polsko-bułgarski (a więc nie tylko o zagraniczny plener tu chodziło, ale też o współpracę z tamtejszym przemysłem filmowym). Ujawniony został także zalążek fabuły - miał być to "...pierwszy w Polsce dramat muzyczny o tematyce oryginalnej (...), dzieje śpiewaczki i kompozytora, w mocnem ujęciu dramatycznem malujące odwieczne zagadnienie miłości i żądzy sławy...". Notka wspomina również o Juno Gordez. Autor nie ukrywał swojego zachwytu nad dopiero mającym powstać filmem i przewidywał sukces.
W kolejnym numerze "Kina" zamieszczono jeszcze krótką wzmiankę o Juno Gordez, której autor nie mógł pojąć, że wcześniej filmowcy nie dostrzegli tak egzotycznej (posiadającej hiszpańsko-polskie korzenie) urody.
Po czym nastąpiła cisza. Ponieważ "Kino" dość skrupulatnie donosiło swoim czytelnikom o ciekawostkach związanych z aktualnie kręconymi filmami oraz o kolejnych etapach ich powstawania, możemy przypuszczać, że "Strzał w operze" nigdy nie wszedł w fazę produkcji.
Wiele miesięcy później, w numerze z 5 grudnia 1937 r., w tygodniku pojawił się tekst pt. "Bułgaria - kraj wielkich możliwości filmowych". Wśród filmowców, którzy dali się uwieść bułgarskiemu krajobrazowi, nie ma wymienionych naszych rodaków.

Niestety, nie tylko pierwsze podejście do pierwszej naszej barwnej pełnometrażówki zakończyło się fiaskiem. Niedługo wszelkie prace nad polską technologią kręcenia filmów kolorowych miały zostać przerwane już na dobre.
Przy czym ze smutkiem muszę przyznać, że nic nie wskazuje na to, aby wybuch wojny jakoś drastycznie zmienił los metody Szczepaników. Wprawdzie, mimo zmniejszającego się zainteresowania, praca braci ciągle była ceniona (w maju 1936 r. "Kino" wymieniło ich wśród Polaków związanych z filmem, którzy zdobyli uznanie za granicą), ale zabrakło im jednego istotnego czynnika - pieniędzy.
Na początku 1938 r. gazeta "Technika, rzemiosło, wynalazki" pomstowała, że przedsiębiorstwo Szczepaników już ledwie funkcjonuje, a fundusze w kraju znajdują się na wszystko, ale jeśli chodzi o inicjatywy takie, jak Szczepaników, to kończy się na obietnicach. Autor stwierdził, że zapewne jeszcze trochę, a "nie mogąc dłużej wegetować", bracia sprzedadzą swój wynalazek Ameryce.

W trakcie II wojny światowej, najprawdopodobniej podczas Powstania, do lokalu Szczepaników przy ulicy Marszałkowskiej weszli Niemcy. W tym czasie w środku przebywał Zbigniew. Lokal został oblany benzyną, a jeden z Niemców przystawił pistolet do głowy Zbigniewa i dał mu wybór: albo podpali, albo zostanie zabity. Chwilę potem zarówno całą pracę braci Szczepaników, jak i rzeczy zgromadzone jeszcze przez ich ojca, trawił ogień. I kto wie, może był tam też scenariusz "Strzału w operze"...

Po wojnie do pracy nad polską metodą kręcenia filmów kolorowych już nie powrócono, a bracia musieli zmierzyć się z nową rzeczywistością. Szczególnie ciężko miał Bogdan, który przed wojną odwiedził Stany Zjednoczone i w dodatku (o zgrozo!) znał język angielski. To wzbudzało dużą nieufność władzy i utrudniało znalezienie zatrudnienia, zmuszając do parania się różnorakimi zajęciami (m.in. różnymi pracami rzemieślniczymi oraz zarobkowym malarstwem). Ale mimo tych i wielu innych trudności, w pamięci swojego syna zachował się jako człowiek z dystansem do życia, świata i ludzi, pełen ciepła i pogody.

O Janie Szczepaniku mówi się niekiedy, że miał pecha przynależeć do narodu, którego nie stać na genialnych wynalazców i że gdyby żył w kraju bardziej doceniającym innowacje, to naprawdę mógłby rozwinąć skrzydła. Wydaje mi się, że podobnie można powiedzieć o Bogdanie i Zbigniewie. Nie zmienia to jednak faktu, że Szczepanikowie to jeden z najciekawszych punktów polskiej kinematografii. Niestety, ich działalność jest bardzo słabo znana. I o ile są ludzie, którzy pielęgnują pamięć o Janie Szczepaniku, to dokonania jego synów oraz laboratorium Szczepanik-Film zostały niemalże całkowicie zapomniane. W zapomnienie popadł również "Strzał w operze" - film, który mógł zapisać się w historii polskiego kina złotymi zgłoskami, a który nigdy nie powstał.

Serdecznie dziękuję za pomoc i cenne wskazówki Jerzemu Szczepanikowi-Dzikowskiemu, Annie Pragłowskiej, Tomaszowi Zboińskiemu, Mieczysławowi Czosnyce oraz Janowi Ożdze.


* Mniej więcej w tym samym czasie, gdy planowano nakręcić "Strzał...", powstawał film "Wierna rzeka" w reżyserii Buczkowskiego, z udziałem B. Orwid. Podejrzewam, że osoba, która podała tę informację, poplątała te dwa filmy.
** Często można spotkać się z dwuczłonowym nazwiskiem rodzeństwa Szczepaników - Szczepanik-Dzikowski. Drugi człon pojawił się w 1919 r. na wniosek ich dziadka, Zygmunta Dzikowskiego (potomka znakomitego rodu, który zawsze starał się wspierać swojego genialnego zięcia). Ja jednak, dla uproszczenia, zdecydowałam się na używanie tylko pierwszego członu nazwiska. Również w prasie przedwojennej (a przynajmniej w tych tekstach, z którymi miałam możliwość się zapoznać) bracia pojawiają się pod nazwiskiem jednoczłonowym.

Źródła:
„Historia filmu polskiego” t. 2, praca zbiorowa pod redakcją Jerzego Toeplitza, Warszawa 1988 - 1989,
Anna Pragłowska "Obrazy i barwy", Tarnów 2012,
"Czas zatrzymany w słowie. Dziedzictwo Jana Szczepanika", praca zbiorowa pod redakcją Mieczysława Czosnyki, Tarnów 2014,
1
, 2, 3, 4, 5, 6,
7, 8, 9

Oglądany: 33793x | Komentarzy: 26 | Okejek: 210 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało