Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas

Selekcja naturalna w akcji, czyli węże w kościele. Pastorzy, którzy tańczą z grzechotnikami pod ochroną "Pana"

29 852  
83   13  
Jeśli mieliście okazję czytać „Nagrody Darwina”, z pewnością wielokrotnie zastanawialiście się nad granicami ludzkiej głupoty. Pastor Jamie Coots, który beztrosko igrał z jednymi najniebezpieczniejszych stworzeń na świecie, bez wątpienia zasłużyłby na takie wyróżnienie.


Węże w kontekście religijnym nie są niczym nowym. To w końcu szatan pod postacią tego gada symbolizującego w chrześcijaństwie zło poczęstował jabłkiem Adama i Ewę, natomiast w Mezopotamii uważano te stworzenia za nieśmiertelne, a wizerunki tych pełzających zwierząt można zobaczyć również na odnalezionych w Zjednoczonych Emiratach Arabskich garnkach pochodzących z epoki brązu. Jak się jednak okazuje, nie tylko tysiące lat temu różne wierzenia bezpośrednio odnosiły się do węży – dość specyficzna interpretacja Pisma Świętego jest w stanie nawet w XXI wieku przenieść co poniektórych w odległe czasowo religijne realia...


„Tym zaś, którzy uwierzą, te znaki towarzyszyć będą: w imię moje złe duchy będą wyrzucać, nowymi językami mówić będą; węże brać będą do rąk, i jeśliby co zatrutego wypili, nie będzie im szkodzić. Na chorych ręce kłaść będą, i ci odzyskają zdrowie” – ten, wyrwany przecież z kontekstu, fragment Ewangelii św. Marka nikogo o zdrowych zmysłach raczej nie zachęciłby do dosłownego picia trucizny czy bliższego kontaktu z żyjącą na wolności czterometrową anakondą. Tymczasem na południu Stanów Zjednoczonych, w dziesięciotysięcznym Middlesboro w stanie Kentucky, grupa religijnych radykałów udowadnia, że „Murica” ma się całkiem nieźle. No, może do czasu kolejnej wpadki związanej z genialnym pomysłem, jakim jest branie na ręce średnio zadowolonych z tego faktu grzechotników.


Jamie Coots z żoną

Wspomniany we wstępie Jamie Coots (z wykształcenia, jak przystało na szanującego się rednecka, kierowca ciężarówki), urodzony w 1971 roku, jako sposób na życie wybrał dowodzenie dość specyficznymi religijnymi uniesieniami w prowincjonalnym zielonoświątkowym zborze Full Gospel Tabernacle in Jesus Name, liczącym zaledwie kilkadziesiąt osób. Ten dziwny nurt chrześcijaństwa – choć patrząc na zachowania ludzi w trakcie nabożeństwa, słowo sekta nasuwa się samo – założony został w 1978 roku przez Tommy'ego Cootsa – dziadka Jamiego – który rozpoczął rodzinną tradycję wykorzystywania węży do obrzędów religijnych. Oprócz bliskich kontaktów z pełzającymi stworami, wiernych do zbawienia przybliżać mają tak sensowne zachowania jak przykładanie rąk do rozgrzanego palnika czy odbywająca się przy akompaniamencie muzyki modlitwa w głosach brzmiąca niczym soundtrack ze szpitala dla psychicznie chorych.


Wesoła rodzinka

Jeśliby dosłownie podchodzić do słów Pisma Świętego, to innym z wyjętych z kontekstu zdań jest „miażdżenie głowy wężowi” – całe szczęście, że wymachujący biednymi zwierzakami wariaci prawdopodobnie nie dotarli do Księgi Rodzaju, bo jeszcze w imię tego cytatu gotowi byliby rozdeptywać te przecież niczemu niewinne stworzenia. Choć w sumie zabawnie byłoby, gdyby wcielili w życie inny fragment Ewangelii św. Marka – ten o wydłubywaniu oka i obcinaniu ręki będących źródłem grzechu. Chcącemu przecież nie dzieje się krzywda, a taka sekta jednorękich, religijnie zapalonych piratów z pewnością byłaby materiałem na kolejny dobrze sprzedający się program telewizyjny.


Kaznodzieja Vernon z serialu „Brickleberry”

Bezsprzecznym faktem jest, że amerykańska telewizja lubuje się w prezentowaniu głupoty. To w końcu stamtąd przyszły „Jackass”, „Jersey Shore” czy „Z kamerą u Kardashianów”. Nic zatem dziwnego, że na antenę trafiło też „Snake Salvation”, czyli „Wężowe Zbawienie”, emitowane przez National Geographic i – jak sama nazwa wskazuje – skupiające się na historiach użycia gadów w obrzędach religijnych. Nie tylko Coots swoim życiem świadczył o specyficznej interpretacji Biblii – innym z bohaterów tego programu był Andrew Hamblin – młody pastor, który do dziś dzielnie kroczy ścieżką pokazaną mu przez starszych kolegów (trzymanie węży na rękach zestawia nawet z używaniem wina na katolickich mszach) i porównuje się z Jimmym Swaggartem – znanym amerykańskim teleewangelistą, który zasłynął skandalami związanymi z bliższymi relacjami z prostytutkami. I chyba to całkiem niezłe skojarzenie, bo dwudziestosześcioletni dziś Hamblin w 2015 roku został zatrzymany przez funkcjonariuszy w związku z grożeniem swojej żonie i wystrzeleniem dwóch pocisków w dom jej rodziców.


A skoro już jesteśmy przy tematach okołokryminalnych, to prostą konsekwencją publicznego pokazywania się z grzechotnikami musiało być też podejrzenie o łamanie prawa – w końcu posiadanie tak zabójczych węży, a co gorsza, narażanie swoich wiernych na niezbyt przyjemne konsekwencje (w 1995 roku podczas jednego z nabożeństw prowadzonych przez Cootsa ugryziona została dwudziestoośmioletnia kobieta, która nie przeżyła bliskiego spotkania pierwszego stopnia z gadem) to mało rozsądny pomysł. W 2008 roku policja zainteresowała się kolekcją Jamiego, która liczyła 74 węże (skończyło się na wysokim mandacie – ponad sześć tysięcy dolarów), a pięć lat później w trakcie rutynowej kontroli drogowej w Tennessee znaleziono w aucie prowadzonym przez jego syna pięć niezwykle groźnych grzechotników i mokasynów znajdujących się w sakralnych pudełkach – obyło się bez większych konsekwencji, a efektem wpadki był niewielki wyrok w zawieszeniu. Pastorzy powołują się jednak na pierwszą poprawkę do Konstytucji Stanów Zjednoczonych podkreślając, że grzechotniki to jeden z elementów wolności religijnej, a nawet perspektywa aresztu w żadnym stopniu nie jest w stanie ostudzić żaru ich wiary.

Nie trzeba być geniuszem, żeby wiedzieć, że wymachiwanie grzechotnikami nie należy do najbezpieczniejszych rozrywek. A co może zrobić nawet niezbyt rozgarnięty człowiek bez skłonności samobójczych po ugryzieniu jadowitego węża? Nie ma żadnej alternatywnej odpowiedzi na to pytanie – w razie szybkiego zgłoszenia się do szpitala z ogromnym prawdopodobieństwem można stwierdzić, że nawet ukąszenie przez grzechotnika nie powinno skończyć się śmiercią. Tymczasem Coots i jego wyznawcy z pełnym przekonaniem twierdzili, że ciało samo powinno uleczyć się nawet po ataku tak groźnego stworzenia.


„Jeśli zrezygnowałbym z brania na ręce węży, umarłbym i poszedłbym do piekła” – Jamie wygłaszał z pewnością w głosie. Natura okazała się jednak mądrzejsza i w 2014 roku po kolejnym ugryzieniu, mającym miejsce w trakcie nabożeństwa, odważny kaznodzieja musiał rozstać się z tym łez padołem. Wypadek przytrafił się na oczach jego rodziny i przyjaciół, a pastor konsekwentnie (tej cechy nie można mu odebrać) wierzył, że sam zwalczy toksyczny jad, który krążył w jego krwi – wcześniej kąsany był przez te jadowite stwory osiem razy, jednak najgorsze co do tej pory mu się przydarzyło, to poważna opuchlizna ramienia i strata części środkowego palca. Tym razem brak reakcji na potencjalnie śmiertelny wypadek okazał się zabójczy – już po dwóch godzinach stwierdzono zgon Jamiego, który wcześniej zdążył jeszcze wymamrotać synowi, że czuje, jakby jego twarz płonęła żywym ogniem. Nie wiadomo, czy Coots trafił do nieba, ale przez członków swojego kościoła uważany jest za bohatera i męczennika.


Syn Jamiego, Cody, jak nakazuje rodzinna tradycja Cootsów, przejął odpowiedzialną funkcję swojego ojca. Nie minęło jednak dużo, kiedy – niespodzianka – także i on został ugryziony przez węża. Młody pastor miał jednak znacznie więcej szczęścia niż rozumu (o nadmiar szarych komórek trudno go podejrzewać) – kiedy w tym samym kościele, w którym Jamie modlił się po raz ostatni, odbywała się jedna z ceremonii, kolejny wąż nie był w stanie znieść tych bzdur i dziabnął Cody'ego w ucho. Młody pastor zalał się krwią, lecz kontynuował swoją misję przekonując, że nie obawia konsekwencji się, a Bóg jest najlepszym lekarzem. Cóż, widać w przypadku jego staruszka niewidzialny doktor miał nieco gorszy dzień... Cody nie był jednak aż tak bezkompromisowy i zgodził się na wizytę w szpitalu. O dziwo, przeżył.


Z uśmiechem na twarzy (choć i z małą nutką przerażenia) słucha się o tej mającej ponad sto lat (jak na amerykańskie warunki, to czasy niemalże starożytne) tradycji pochodzącej z terenu Appalachów. Ale w sumie może nie należy traktować wierzących w zbawienną moc grzechotników chrześcijan jak wariatów (w jednym z wywiadów Coots powiedział „jesteśmy normalnymi ludźmi”) i nie warto się dziwić, tylko przyjrzeć się rzeczywistym powodom takich zachowań – tylko 66 procent populacji hrabstwa Bell skończyło szkołę średnią (statystycznie udało się to prawie 90 procentom Amerykanów), a zaledwie co dziesiąty mieszkaniec tego regionu może pochwalić się dyplomem wyższej uczelni (średnia ludzi po studiach w Stanach wynosi natomiast 33 procent). Ojciec Jamiego, Gregory (również wkurzający węże na specyficznych nabożeństwach), mówił, że nie wiemy, kiedy nadejdzie czas naszej śmierci. Po takich rewolucyjnych deklaracjach trudno oprzeć się wrażeniu, że Kościół Latającego Potwora Spaghetti wydaje się całkowicie normalny...

Oglądany: 29852x | Komentarzy: 13 | Okejek: 83 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało