Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Największy pechowiec w historii piłki nożnej

44 582  
154   14  
Do wielu piłkarzy przylgnęło określenie „pechowy”. Dla polskiego kibica jednym z najbardziej oczywistych skojarzeń z tym przymiotnikiem będzie Arkadiusz Milik zrywający więzadła w obu kolanach. Za farciarza trudno uznać też Marco Reusa, który przez kontuzje opuścił mundial w Brazylii i francuskie Euro 2016. Wszystko to jednak pikuś w porównaniu z historią Piermario Morosiniego, dość mało znanego włoskiego futbolisty, którego w życiu prześladowały ogromne nieszczęścia.

Morosini urodził się w 1986 roku w Bergamo. W trakcie kariery juniorskiej reprezentował barwy miejscowej Atalanty, by później grać chociażby w drużynach Vicenzy czy Udinese; w ramach wypożyczenia przywdziewał też między innymi trykoty Regginy i Livorno, które okazało się ostatnim przystankiem w jego karierze. I choć nie są to drużyny z topu – nawet na podwórku krajowym – to Piermario, mimo gry w przeciętnych klubach, w pierwszym dziesięcioleciu XXI wieku regularnie powoływany był do młodzieżowych kadr reprezentacji Włoch, gdzie rozegrał prawie dwadzieścia spotkań.


Morosini w barwach Udinese

Sportowcy często podkreślają, że bardzo ważna dla odniesienia sukcesu jest stabilna sytuacja rodzinna. Morosini nie mógł jednak z czystą głową i beztrosko podchodzić do treningów – gdy miał 15 lat, zmarła jego matka Camilla. Kolejnym ciosem, mającym miejsce niewiele później, bo w 2003 roku, była śmierć ojca – Aldo. Odejście rodziców było dla zawodnika motywacją do dalszego spełniania swoich (a także rodziców – jak sam przyznawał, to dla nich chciał być jak najlepszym piłkarzem) marzeń, tym bardziej, że został tak naprawdę jedynym opiekunem niepełnosprawnego rodzeństwa. Piermario nie załamał się, jednak, niestety, to nie był koniec zgonów w jego najbliższej rodzinie – starszy brat zawodnika popełnił samobójstwo; zupełnie tak, jakby nie mógł pogodzić się ze stratą ojca i matki.

Gdy żałoba minęła i wydawało się, że młody, ale mocno zahartowany przez życie sportowiec wreszcie może skupić się na przyszłości, wydarzyła się kolejna tragedia. 14 kwietnia 2012 roku w 31. minucie meczu Serie B rozgrywanego przeciwko Pescarze Morosini, którego drużyna prowadziła już 2:0, nagle upadł na murawę. Jak można zobaczyć na nagraniu z tego wydarzenia, zawodnik próbował się podnieść, jednak nie był w stanie utrzymać się na nogach. Gdy przeniesiono go na nosze, stracił przytomność. Każdy miał świadomość powagi sytuacji – w związku z zatrzymaniem akcji serca użyto defibrylatora (choć na boisku nie było kardiologa i wiele osób uważa, że ten ratunek przyszedł po czasie) i podano tlen, lecz w drodze do szpitala ustały funkcje życiowe zawodnika Livorno. Moment opuszczenia stadionu przez karetkę był opóźniony około minuty ze względu na radiowóz blokujący wyjazd z obiektu, jednak medycy stwierdzili, że ten incydent nie wpłynął na zmniejszenie szans na uratowanie życia.

Sytuacja okazała się jednak nie do końca oczywista – trzech doktorów (w tym ci zatrudnieni przez oba kluby), którzy zajmowali się piłkarzem po ataku serca, zostało skazanych na karę pozbawienia wolności w zawieszeniu za niedopełnienie swoich obowiązków i zbyt opieszałe wykorzystanie defibrylatora. Inny z lekarzy za to opisał akcję ratunkową dość obrazowo: „Jego serce nigdy nie mogłoby znowu zacząć bić”. Gdy przyjaciele Piermario z boiska trafili do szpitala, nastąpiła „eksplozja krzyków i łez”, jak opisały to media. Zdjęcia z reanimacji Morosiniego dostępne są w internecie, jednak nie są to fotografie, które ogląda się łatwo. We Włoszech oczywistą reakcją na śmierć piłkarza było odwołanie całej kolejki rozgrywek.


Świadkiem jego śmierci był grający wówczas w Pescarze Marco Verratti, dziś gwiazdor Paris Saint Germain i reprezentacji Włoch, który także włączył się w akcję ratunkowej, za co podziękowała nawet za pośrednictwem Facebooka dziewczyna zawodnika Livorno. Kolejny ze słynnych snajperów pochodzących z półwyspu Apenińskiego, Mario Balotelli – kolega Morosiniego z młodzieżówki – wypowiadał się o zmarłym kumplu w samych superlatywach; podkreślał też, że śmierć Piermario nauczyła go doceniać życie.

Mino Favini – jego szkoleniowiec z drużyn juniorskich – użył określenia „złoty chłopak”, natomiast Pierluigi Casiraghi – włoski wicemistrz świata z 1994 roku – dodał, że każdy trener chciałby mieć takiego zawodnika w składzie. O Piermario nie zapomniał też słynny długoletni bramkarz Juventusu Turyn – Gianluigi Buffon, który w trzecią rocznicę śmierci młodszego znajomego z boiska zadedykował mu zwycięstwo nad Monaco w Lidze Mistrzów. Zresztą, o wychowanku Atalanty można było (zarówno za jego życia, jak i po śmierci) usłyszeć wiele pozytywnych opinii – Giampaolo Pozzo, prezydent Udinese, klubu, z którego zmarły zawodnik wypożyczony był do Livorno, wspominał go niezwykle pozytywnie jako „modelowego profesjonalistę”.


Z racji, że to właśnie Piermario troszczył się (także finansowo) o swoją siostrę, to ostatnia przedstawicielka rodziny po jego śmierci została na świecie całkowicie sama – a stopień jej niepełnosprawności jest na tyle znaczny, że wymaga stałej opieki. Antonio Di Natale, legenda włoskiej piłki i kolega Morosiniego zapowiedział jednak, że cała ekipa związana z drużyną Udinese zapewni jej pomoc. Były reprezentant Italii z nostalgią wspominał swojego młodszego kumpla: „Był wyjątkowym chłopakiem, tak pełnym życia. Pomimo wszystkich problemów, jakie miał, zawsze był do dyspozycji drużyny i każdego dnia dawał nam całą swoją siłę”. Takie ludzkie gesty pokazują, że skomercjalizowany świat modern footballu nie jest jeszcze aż tak do końca zepsuty...


Morosini, który na Twitterze starał się nieść pozytywne przesłanie (publikował zdjęcia nadmorskich krajobrazów, psa czy – jak na powyższej fotce z piwkiem – swoją uśmiechniętą twarz), związany był z siatkarką Anną Vavassori – para była w trakcie przygotowań do kupna domu. Jeszcze w 2005 roku, w jednym z wywiadów, młody zawodnik bardzo dojrzale odnosił się do swojej sytuacji:
Często pytałem siebie, dlaczego to wszystko przytrafiło się właśnie mi, ale nigdy nie znalazłem odpowiedzi, a ból był jeszcze większy
– tym bardziej ironiczny wydaje się los, który zakpił z Piermario w najtragiczniejszy sposób.


Morosini z dziewczyną

Aby oddać Morosiniemu hołd, drużyny Livorno oraz Vicenzy zastrzegły numer 25, z którym występował na boisku. To niejedyna taka historia we współczesnym futbolu – na boisku serce odmawiało posłuszeństwa takim zawodnikom, jak między innymi Miklós Fehér (Benfica Lizbona i reprezentacja Węgier), Marc-Vivien Foé (reprezentant Kamerunu grający w Lyonie) czy Antonio Puerta (grający w Sevilli kumpel Andresa Iniesty). W ubiegłym roku głośno było także o młodzieżowcu Ajaxu Amsterdam, Abdelhaku Nourim, który po zasłabnięciu na boisku do dziś nie odzyskał sprawności, a lekarskie diagnozy mówiące o nieodwracalnych zmianach w mózgu zdecydowanie nie są optymistycznym prognostykiem.

Takie tragedie oraz reakcja świata futbolowego pokazują, że trener Bill Shankly jednak nie miał racji mówiąc, że „piłka nożna to coś znacznie ważniejszego niż sprawa życia i śmierci”. I choć Piermario nie był pierwszoplanową postacią światowej piłki (na poziomie Serie A wystąpił w zaledwie pięciu meczach), to pamięć o nim z pewnością nie zaginie, nie tylko we Włoszech.

Oglądany: 44582x | Komentarzy: 14 | Okejek: 154 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

16.02

15.02

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało