Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Dlaczego jak naukowcy coś wyciągają spod ziemi, to jest dobrze, a jak ktoś inny to wyciągnie, to jest przestępstwo

49 058  
125   34  
Dziś wejdziemy do kompleksu jaskiń, które zostały stworzone przez ludzi 2-3 tysiące lat temu. Trafimy na działalność przestępczą i opowiemy, dlaczego w tym przypadku nazywamy to w ogóle przestępstwem.

Ten wpis jest częścią tej serii: klik. Wyjechaliśmy z terenów stricte pustynnych i w nocy rozbiliśmy obóz na szczycie jednej z gór. Nie tylko po to, żeby pozwolić się zaskoczyć wchodem słońca, ale też po to, żeby nie musieć pilnować przez całą noc samochodu. Poprzedniej nocy zatrzymaliśmy się na campingu niedaleko jednego z mijanych miast i lokalni beduini nie dawali nam spokoju. Tylko czekali, aż pójdziemy spać, żeby ukraść nasz samochód. Znalazł się na szczęście ochotnik, który zdecydował się przespać w wozie, więc wielogodzinne obserwacje nie przyniosły beduinom tej nocy zysków.


Między innymi dlatego dzisiejszy wschód słońca aż tak cieszył. No ale nie przyjechaliśmy tu, żeby rozmawiać o pogodzie. Dwie godziny później jesteśmy u pierwszego celu. Dziś odwiedzamy podziemny kompleks, który został w większości wydrążony przez ludzi co najmniej 2000-3000 lat temu. Najstarsze wzmianki o tym miejscu pochodzą z Tanach, czyli hebrajskiej Biblii.


Idziemy więc szukać wejścia do pierwszej z jaskiń. Wybraliśmy na cel właśnie tę, ze względu na jej ciekawy charakter. Łączyła w sobie kilka różnych funkcji. Posiadała gołębnik, miejsce modlitw, miejsca pochówku, wielką halę o niewiadomym zastosowaniu i szereg pomniejszych pomieszczeń, których przeznaczenia jak dotąd nie udało się ustalić.

To łakomy kąsek zarówna dla nas, jak i dla złodziei, których ostatecznie mamy tutaj szukać. Już przed wejściem okazuje się, że coś jest tu bardzo nie w porządku.

Jaskinie tego kompleksu są przeważnie dobrze ukryte. Prowadzą do nich wąskie włazy schowane w nierównościach terenu i zarośnięte krzewami. Można przejść dosłownie metr od takiego wejścia i go nie zauważyć. W tym przypadku trafiamy jednak na kompletnie rozkopane wejście.


To nie powinno tak wyglądać. W żadnym z możliwych przypadków wejście do jaskini nie mogłoby być aż tak otwarte. Nawet jeśli prowadzono by tu wykopaliska archeologiczne, to właz byłby pozostawiony w swojej naturalnej formie - archeologowie nie prowadzą odkrywek na jaskiniach.


W wejściu widzimy niedbale powybieraną ceramikę umieszczoną w wiadrach. Wygląda tak, jakby ktoś zostawił ją tu całkiem niedawno. Pierwsza komora jaskini jest natomiast odkopana aż do dna. To zupełnie niebywały widok, bo w takim miejscach kurz i pył odkładające się tu przez tysiące pozostawiają przeważnie tylko niewielką przestrzeń pod sufitem, po której możemy się czołgać.


Tutaj wszystko widzimy jak na dłoni. Ktoś wykonał ogromną pracę i wiemy już, że nie była to grupa archeologów. Wejście zostało zniszczone, po terenie walają się puste butelki po napojach i inne śmieci. Praca nie została wykonana profesjonalnie. Mamy więc do czynienia ze zorganizowaną, dużą grupą złodziei grobowców i antyków, którzy postanowili urządzić tu sobie kopalnię "złota". Robimy więc zdjęcia pozostawionych przez nich śladów i ruszamy dalej, żeby ocenić, jakie szkody wyrządzili w tym miejscu.


Okazuje się, że złodzieje są profesjonalni i skupieni na swojej pracy, więc nie marnują siły i czasu na głupie zabawy w rozwałkę, tylko konsekwentnie wybierają ziemię i zawaliska ze środka. Najpewniej jest to duża grupa, która pracuje na czyjeś zlecenie i według ustalonego trybu. Przeważnie złodzieje pracują na własny rachunek i zyskują na tym tyle, ile uda im się wykopać spod ziemi. Tutaj musi być inaczej, widzimy to po pozostawionych śladach. Do kopania prawdopodobnie zatrudniono zwykłych ludzi z jakiejś pobliskiej wioski i pracują pod czyimś okiem. Mogą mieć płacone za godzinę, dzień, za część łupu, albo do pracy zostali po prostu zmuszeni.

Odkopane przedmioty zbierane są w jednym miejscu, następnie bardziej zorientowana osoba przegląda je i klasyfikuje według ich wartości, a na końcu, prawdopodobnie znów ktoś inny, zajmuje się sprzedażą.

Jak widać, musi to być dobrze zorganizowana grupa, która działała po prostu jak firma. To odkrycie to dla nas bardzo duża i znacząca rzecz, bo okazuje się, że złodzieje zaczynają się profesjonalizować i działają na naprawdę dużą skalę. Wszyscy przez to rozumiemy, że to bardzo źle rokuje na przyszłość.



Dlaczego jak naukowcy coś wyciągają spod ziemi, to jest dobrze, a jak ktoś inny to wyciągnie, to jest źle

Po poprzednich publikacjach i przeglądzie internetu widzimy, że ta kwestia nadal nie jest do końca jasna. W wielu miejscach na świecie, w tym i w Polsce, istnieją rozwiązania prawne, które zakazują obywatelom wykopywania rzeczy spod ziemi. Zakazy używania wykrywaczy metalu, prawo mówiące o tym, że każda rzecz znajdująca się na określonej głębokości jest własnością państwa itd. Rozwiązania prawne, nakazy, zakazy mogą być bardzo różne, ale na samym końcu wszystkie mają na celu tylko jedną, bardzo ważną rzecz. Kontrolę nad znaleziskami.


Musimy w tym miejscu przestać myśleć o znaleziskach jak o skrzyniach ze złotem o konkretnej pieniężnej wartości. To chyba główny błąd rozumowania w tym sporze i wielu z nas właśnie w taki błąd wpada. Znalezione artefakty rzeczywiście można sprzedać za realne i często niemałe pieniądze, więc jeśli weszliśmy w ich posiadanie, to dlaczego nie możemy na tym zarobić? Z jednego, bardzo prostego względu: te znaleziska to bardzo ważne dowody.


Największe śledztwo prowadzone w historii ludzkości

Badanie historii naszego świata jest jak wielkie, naprawdę ogromne śledztwo. Każde historyczne, a tym bardziej prehistoryczne znalezisko jest w tym śledztwie bardzo ważnym dowodem i tych dowodów do pozbierania są naprawdę ogromne ilości. Wyobraźmy sobie więc, że prowadzimy to śledztwo. Mamy całą masę pracy do zrobienia i nie da się tego wszystkiego zrobić naraz (brak czasu i wykwalifikowanej kadry w wystarczającej liczbie do takiej operacji), więc rozkładamy siły i rozbijamy to na mniejsze części. W tym roku dowodów poszukamy w kilku miejscach, a w przyszłym w kilku kolejnych lokalizacjach. Musimy to dobrze rozplanować, żeby to miało sens, żeby zacząć od rzeczy podstawowych i iść w kierunku detali, albo żeby najpierw odkryć rzeczy, które dadzą nam więcej wiedzy na temat rzeczy, które będziemy odkrywać później - czyli np. trzymać się chronologii.


Każde przebadane miejsce przynosi nam wiele znalezisk i danych, które musimy opisać, sklasyfikować, umieścić na historycznej osi czasu, a następnie zabezpieczyć, żeby nam to nigdzie nie zginęło i żebyśmy mogli wykorzystać to na "rozprawie końcowej", kiedy będziemy chcieli udowodnić, że dane wydarzenie w historii miało taki a nie inny przebieg. To z kolei poszerza wiedzę, która jest ogromną wartością dla całego społeczeństwa i finalnie trafia do encyklopedii i podręczników.

Tutaj pojawia się jednak problem, bo okazuje się, że ktoś nam te dowody wyciąga w innej kolejności, bez ładu i składu, w chwili, w której nie możemy jasno ich przypisać do konkretnego miejsca i czasu, a bardzo często zdarza się tak, że te dowody bierze sobie do domu albo sprzedaje na czarnym rynku i... one giną z naszej puli dowodów - często bezpowrotnie. Widzimy w tym miejscu, że takie rzeczy działają ze szkodą dla naszego śledztwa, więc i z wielką szkodą dla nauki i edukacji przyszłych pokoleń.


"Wolny rynek" artefaktów?


Wiemy więc, że potrzebujemy jakiegoś rozwiązania problemu, bo jeśli pozwolilibyśmy każdej osobie zabierać nam spod nosa dowody, to wszystko skończyłoby się klapą. Zbieranie artefaktów stałoby się dobrym biznesem, albo przeciętną rozrywką, jak zbieranie grzybów w lesie - w końcu każdy kiedyś był na grzybach. Widzimy w tym miejscu, że to w ciągu 20-30 lat kompletnie zniszczyłoby całe nasze starania i nie dałoby się tego już nigdy naprawić. Klęska.


Kontrolować?

Możemy pozwolić ludziom szukać artefaktów pod warunkiem, że każdą rzecz oddadzą nam do badań. Jeśli istniałoby jakiekolwiek przyzwolenie na kopanie, to cała masa amatorów zaczęłaby się tym zajmować i przez ich brak odpowiednich umiejętności i wiedzy tracilibyśmy część danych na temat znalezisk. W dodatku, żeby uzupełnić te dane, większość znalezionych rzeczy wymagałoby przeprowadzenia kompleksowych badań w miejscu odkrycia. Nie mamy na to pieniędzy, czasu i ludzi, a ogrom znalezisk przytłoczyłby naszych specjalistów, którzy dostawaliby co chwilę rzeczy z innego miejsca, z różnych okresów w historii, często nawet bez możliwości określenia jakiegoś konkretnego miejsca na osi czasu itd. Nasi naukowcy wyglądaliby w tym momencie jak koty biegające i próbujące złapać czerwoną plamkę lasera. Mniejsza, ale klęska.


Zakazać?

Widzimy już, że jak dotąd nie umiemy sobie poradzić z "pomocą" osób postronnych, więc mówimy jasno "ludzie, nie wyciągajcie tego spod ziemi, bo będziemy bić po łapkach". Przy takim obrocie sprawy możemy metodycznie pracować nad naszym śledztwem zgodnie z naszymi możliwościami finansowymi i kadrowymi.

Tu wcale nie chodzi o pieniądze ani o "gnojenie" obywateli

Jak widać, te wszystkie "skarby" leżące w ziemi dla ogółu naszego społeczeństwa wcale nie mają wymiaru finansowego, tylko naukowy i przyszłościowo rozwojowy. Każda z takich rzeczy może przyczynić się do rozwoju wiedzy całego kraju, wewnątrz którego zakazy są wprowadzane. Każda rzecz może mieć wpływ na to, co w przyszłości znajdzie się w podręcznikach szkolnych. Znaleziska i artefakty to nie są po prostu pieniądze zakopane w ziemi, to coś kompletnie innego, dlatego nie powinniśmy w taki sposób o tym myśleć. Wiele osób wciąż jednak uważa, że "znalezione nie kradzione", że "należy mi się" i że każdy zakaz jest zamachem na wolność obywateli oraz że te zakazy są wprowadzone ze szkodą dla ludzi i że chodzi jedynie o to, żeby zakazać ludziom wyciągać spod ziemi pieniądze, bo państwo jest zazdrosne i wszystkie pieniądze chce mieć dla siebie. Jak widzimy, chodzi o coś zupełnie innego - dla kraju, dla naukowców, dla dobra tego całego śledztwa te wszystkie "skarby" nie mają żadnej wartości finansowej i nie da się na nich zarobić - może co najwyżej na biletach do muzeum, ale to wciąż tak drobne kwoty, że nie sfinansujemy z nich kolejnej ekipy badaczy i kolejnych wykopalisk.


To oczywiście nieco smutna wiadomość dla niektórych z nas, bo okazuje się, że nie można prowadzić życia współczesnego poszukiwacza skarbów na własną rękę i w dodatku zarabiać na tym kroci. To znaczy można, ale ze szkodą dla nauki i przyszłych pokoleń. Być może jednak w przyszłości ktoś wpadnie na genialny pomysł rozwiązania systemowego, dzięki któremu większość z tych zakazów będzie można zdjąć i nie będzie to dla nikogo szkodliwe. Nie spodziewajmy się tego jednak w najbliższych dziesięcioleciach. Jesteśmy tak naprawdę dopiero na początku całego tego śledztwa, które będzie trwało jeszcze setki lat. I oby nie stało się nic, co to śledztwo przerwie.


Stoimy w okradzionej jaskini

Wróćmy na chwilę do jaskini, w której dziś jesteśmy. Złodzieje wykonali "dobrą" robotę, bo dzięki nim możemy zobaczyć całe pomieszczenia. Nie wiemy jednak, co dokładnie było w środku. Nie wiemy, czy znajdowały się tam dowody na ludzką obecność w ostatnich dwóch tysiącleciach. Nie wiemy, w jakich dokładnie celach i przez kogo była wykorzystywana. Nie ocenimy, czy było to jedno z miejsc opisanych w hebrajskiej Biblii, czy nie. Nie wiemy, czy znajdowały się tam przedmioty, które udowodniłyby np. kontakty między historycznymi ludami. Jest cała masa rzeczy, których już nigdy się o tym miejscu nie dowiemy i jest cały szereg rzeczy, o których nawet nie wiemy, że moglibyśmy się dowiedzieć. To kompletna klęska.


Wszystkie te rzeczy są tak bardzo istotne, szczególnie tu, na Bliskim Wschodzie, bo mają wymiar naukowy, państwowy i religijny - dotyczą więc ogromnych grup społecznych, dla których taka wiedza ma znaczenie o wiele większe niż tylko finansowe.

W trakcie naszych podróży sami dokonaliśmy kilku znalezisk, ale trzeba oddać prawdzie to, że robimy to wszystko w porozumieniu z podmiotami naukowymi i w uzgodnionych z nimi miejscach. Nie mamy natomiast zezwolenia na prowadzenie wykopalisk, więc dokumentujemy tylko to, co już jest na wierzchu. Większość ze znalezionych przedmiotów zostawiamy pod ziemią, opisując miejsce, w którym je znajdujemy i wykonując zdjęcia. To trafia do badaczy, którzy mogą zdecydować o tym, czy chcą na tej podstawie prowadzić badania w tym miejscu i mogą ułożyć sobie to na osi czasu swoich działań.

Oczywiście podchodzimy do tego emocjonalnie, bo każde poczynione przez nas znalezisko to dla nas wielka radość, ale robimy to też rozważnie. Tak, aby nasze działania nie przyniosły nikomu żadnej szkody.

Zobacz wszystkie odcinki tej serii

Dziś ukazał się też film mojego kompana i naszego bojownika Kawiaka Jonesa z naszej poprzedniej wyprawy. Zobaczycie na nim jak wygląda nawigowanie pod ziemią, bo nie jest to tak proste, jak się wydaje. Film tutaj: klik.
12

Oglądany: 49058x | Komentarzy: 34 | Okejek: 125 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

27.05

26.05

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało