Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Misja Negew dzień 2. - niesamowite znaleziska sprzed tysięcy lat!

30 478  
169   7  
To dopiero pierwszy dzień na pustyni, a sprawy zdążyły przybrać już naprawdę niespodziewany obrót. Mieliśmy tu masę roboty...


Poprzedniego dnia nie widzieliśmy tak naprawdę gdzie jesteśmy. Przyjechaliśmy tu w nocy, więc widzieliśmy tylko najbliższe otoczenie oświetlone lampami. Poranek przywitał nas niebywałym widokiem, który chciał zaginać nasze mózgi. Wszystko było żółte. Niczym w czarno-białym filmie, z tą różnicą, że zamiast szarości widzieliśmy żółć aż po horyzont. To wrażenie, z którym mózg chce walczyć, bo wydaje się zupełnie nienaturalne. "Wstałem rano, jestem zaspany, jeszcze słabo widzę, może to poranna szarówka, może moje oczy nie do końca się uruchomiły" - wszystkie te myśli przechodzą przez głowę w pierwszych chwilach po tak drastycznej zmianie otoczenia z dnia na dzień.


Aż chciało się wyjść kawałek dalej, żeby przekonać się, czy to rzeczywistość.



Ta kamienna "struktura" kryje pod sobą studnię, a na powierzchni znajdują się poidła dla wielbłądów. Rzecz dziś zakratowana i prawdopodobnie przez nikogo nie używana.

Dopiero po drodze z powrotem kolory zaczęły wracać do normy i satysfakcjonować mózg. Czyli jednak jest trochę kolorowej normalności w zasięgu wzroku.


I tutaj ciekawostka, która powinna przywitać nas jeszcze wczoraj, jednak wjechaliśmy z zupełnie innej strony.


"Witaj, uważaj na węże i skorpiony!"

Jest dzień, więc po skorpionach nie ma śladu, a węże były na tyle uprzejme, żeby też nam w życiu nie przeszkadzać.

Co wyjątkowo ciekawe, trafiliśmy na "deszczową" porę i już od rana zaczęliśmy dostawać wiadomości, że rejon, w którym się znajdujemy, ze względu na spodziewane opady jest zagrożony powodzią. Brzmi znów nieco zabawnie - powódź na pustyni, co złego mogłoby się stać - jednak zabawne wcale to nie jest. Powódź na pustyni to jedna z najgorszych rzeczy jakie mogą człowieka w tym miejscu spotkać. Woda wzbiera błyskawicznie, porusza się z ogromną prędkością i naprawdę nie ma kompletnie żadnej możliwości ucieczki.

Na nagraniu widać, że ze względu na zbliżającą się zimę pustynia zaczyna się w niektórych miejscach mocniej zielenić.


Tyle o poranku - zwijamy manatki i jedziemy do pozostałości po założonej w starożytności mieścinie Sziwta, która, co może wydawać się lekko zaskakujące w tym przypadku, ma też swoją polską nazwę - Sobota.

Samochód znów zaczyna przypominać beduiński ulep, czy może maluszka, którym w zeszłym tysiącleciu pięcioosobowa rodzina wybierała się na urlop nad Bałtykiem.

Sziwta, czyli miasto Nabatejczyków

Wczoraj nauczyliśmy się myśleć tak jak skorpiony i inne dzikie zwierzęta, żeby lepiej sobie w tym miejscu radzić. Poranny wyjazd do Sziwty ma nam pomóc wejść w skórę ludzi, którzy zamieszkiwali ten rejon dwa tysiące lat temu, bo jednym z naszych celów jest badanie okolicy i szukanie śladów po starożytnych.


Myślimy głównie o Nabatejczykach, czyli o ludzie, który przybył w te rejony około VI w. p.n.e. To lud, który doskonale umiał radzić sobie w ciężkich warunkach na Negew. Pierwszy, który tak świetnie rozumiał tę pustynię, że nawet wprowadził na te tereny uprawę rolną.

Spójrzmy tylko na teren wokół Sziwty.




Jak okiem sięgnąć tylko piach, kamienie, góry i kilka krzaczków. Trzeba mieć niemało fantazji, żeby właśnie w tym miejscu zacząć budowę miasta, a najbardziej niezwykłe w tym wszystkim jest to, że Sziwta nie miała żadnej studni! Tu nie ma żadnego źródła, a mimo to Nabatejczycy w tych warunkach poradzili sobie świetnie.

Stworzyli bardzo oryginalny system zarządzania wodą. Osada ulokowana została na wzniesieniu, a wszystkie jej drogi prowadzą w dół, do części centralnej, w której znajdują się dwa baseny.


Specjalnie wyprofilowane dachy domostw służyły do przechwytywania całej deszczówki i przekazywania jej do systemu kanałów i podziemnych cystern. Każde domostwo miało w podłodze zbiornik na wodę (cysternę właśnie) - kiedy opady były na tyle duże, że cysterna się wypełniła, nadmiar wody spływał kanałem do basenu w centralnej części. Spływała tam również woda z ulic.


Trzeba zwrócić tu także uwagę na to, że pogoda w takich miejscach jest przeważnie ekstremalna. Porusza się od ekstremum do ekstremum - dni są niezwykle upalne, noce potrafią być bardzo zimne, susza trwa wyjątkowo długo, a jak już zacznie padać, to jest to ulewa nie z tej Ziemi.


Po takiej ulewie cysterny domostw zapełniały się wyjątkowo szybko, jednak kiedy po kilku tygodniach wody w domu zaczynało już brakować, mieszkańcy mogli korzystać z wody zgromadzonej w basenach, która w dodatku do tego czasu zdążyła się już odstać, więc pył, brud i cała reszta nieczystości osadzała się na dnie zbiornika, a do dyspozycji mieszkańców pozostawała woda czysta, nadająca się do picia.


Sposób w jaki rozegrali to Nabatejczycy zakładający Sziwtę jest naprawdę niesamowity, a co najważniejsze - niezwykle skuteczny. Miasto tętniło życiem od I do VIII-X w. n.e. (data upadku nie jest jak dotąd precyzyjnie ustalona).


Kolejną niesamowitością tego miejsca jest to, że znajdują się tu kościoły chrześcijańskie i meczet, który przylega do jednego z nich. Daje nam to oczywiście informację o tym, że w tym miejscu religia była bardzo ważna, ale nie była przedmiotem sporów między ludźmi. Ciężko jest się dziwić, kiedy żyje się w tak trudnych warunkach - dokładanie sobie dodatkowych problemów nie ma w tym przypadku sensu i trzeba się wspierać bez względu na wyznanie.


Kościół południowy.

Rozumiemy więc coraz lepiej, kim byli Nabatejczycy, z czym musieli się mierzyć i w jakich warunkach żyli. Dowiedzieliśmy się też, jak ważna była dla nich woda i ze względu na to, że często przemierzali duże odległości na pustyni, musieli umieć ją oszczędzać, a w dodatku ze sobą przenosić.


Chrzcielnica między kościołem a meczetem.

Poza murami miast czekały na nich różne niebezpieczeństwa, czy to związane z pogodą, ze zwierzętami, czy z nieprzyjaciółmi. Na szczęście mieli też kolejną zdolność radzenia sobie na pustyni - wykorzystywali swoją wiedzę o ukształtowaniu terenu, umieli dokładnie zlokalizować podziemne rezerwuary wody w kompletnie wyschniętym korycie rzeki, a ponadto, korzystając ze znajomości terenu, używali jaskiń jako kryjówek, schowków, czy po prostu mieszkań.

Warto w tym miejscu wspomnieć o Petrze (Jordania), w której znajdują się jedne z najpiękniejszych pozostałości po kulturze Nabatejskiej - na pewno widzieliście te zdjęcia (to akurat z Wikipedii), a może nawet sami tam byliście. Jak widać, nabatejczycy kochali dziury w skałach.


W poprzednim odcinku mówiliśmy, że kamień to król pustyni, bo ma na niej naprawdę wiele zastosowań - dziura w skale to taki kamień 2.0, lepsza wersja niezwykle użytecznego zjawiska natury, które dodatkowo można własnoręcznie poprawić i dostosować do swoich potrzeb.

Jedziemy do jaskini koło Aszalim

Dziura w skale do której mamy zamiar wejść znajduje się ledwie kilka kilometrów od Sziwty, jednak nadrabiamy kilkanaście kilometrów asfaltem, żeby nie tracić czasu na powolny offroad. Koniec końców i tak musimy wjechać w pagórkowatą część pustyni, więc spuszczamy trochę powietrza z opon i jedziemy szukać jaskini.


Nie jest to takie proste, bo przez jednolitą barwę terenu ciężko dostrzec jakieś konkretne szczegóły i nawet z pomocą mapy niełatwo zauważyć wlot do jaskini. Nie widać go dopóki się niemal w niego nie wjedzie, a jest to wlot, w którym zmieściłaby się niemała furgonetka.


Na miejscu okazuje się, że jaskinia została kiedyś zakratowana, jednak krata jest otwarta. To oczywiste - w końcu nikt nie ma po co tutaj przychodzić, jesteśmy na środku aktywnego wojskowego poligonu. Po terenie wala się drut kolczasty a wszędzie w okolicy leżą pozostałości po ćwiczeniach.


Nie ma co się jednak zastanawiać. Opady na mapach meteorologicznych zbliżają się do nas w tempie, które pozwoli nam bezpiecznie zejść pod ziemię ledwie na 2-3 godziny, więc przebieramy się czym prędzej i ostrożnie schodzimy w dół.


Opady są dla nas niezwykle istotne, bo jest to jaskinia, która została stworzona przez przepływ wody wewnątrz górotworu, więc przy większych deszczach może szybko wypełnić się wodą. Na szczęście dysponujemy dokładnymi mapami, więc wiemy, w jakich miejscach jest najmniej, a w jakich najbardziej bezpiecznie. Jesteśmy też w stanie zaplanować drogi ucieczki. I choć brzmi to tak, jakby rzeczywiście było wiele dróg wyjściowych, to istnieje tu tylko jedno główne wyjście i kilka przejść między poziomami.


Sama jaskinia nie jest bardzo trudna technicznie i pod tym kątem traktujemy ją tylko jako zaprawę przed kolejnymi. Najbardziej natomiast interesuje nas jej zawartość. Wiemy, że jak dotąd nie odnotowano tu żadnych dowodów na to, by jaskinia była kiedykolwiek zamieszkała przez ludzi, jednak dokonywano już tu odkryć archeologicznych sprzed około 2000 lat.


To taka tajemnicza jaskinia pełna niespodzianek, bo nigdy nie wiadomo, co nagle się w niej znajdzie i z jakiego powodu. Sami domyślamy się, że kolejne znaleziska były podrzucane tutaj przez przepływ wody.


Opady mogły wypłukiwać różne przedmioty spomiędzy skał i przemieścić je na dolne poziomy jaskini. To mogło stać się z koszulą rzymskiego żołnierza, którą tu znaleziono, choć wiemy, że rzymscy żołnierze w jaskini nie mieszkali i nie było żadnego powodu, by któryś z nich miał tę koszulę tu porzucić.


Ty razem natrafiliśmy tylko na włókna bliźniaczo podobne do tych, z których wykonano znalezioną tu kiedyś koszulę.

Podobnie z innymi śladami starożytnych ludzi - nic jak dotąd nie wskazuje na to, by tu kiedykolwiek mieszkali, jednak pojedyncze znaleziska związane np. z kulturą nabatejską od czasu do czasu są stąd wyciągane. Fanty poza tym mogą też "przemieszczać się" z pomocą zwierząt, które jaskinię odwiedzają. Jest to możliwe, ale są to wciąż jedynie hipotezy.


Wiedzieliśmy o tym, że w tej jaskini znajdowano artefakty i tylko po cichutku mogliśmy marzyć, że i nam uda się coś znaleźć. Kiedy przeszliśmy już niemal całą jaskinię, ciesząc się po prostu jej wyglądem i tym, że możemy się trochę wysilić, natrafiliśmy na to.


W pierwszej chwili i przy słabym świetle czołówek przypominało to wysuszone truchło jakiegoś zwierzęcia, jednak w lepszym świetle i po dokładniejszych oględzinach zrozumieliśmy, że to rzeczywiście jest zwierzęca skóra, jednak tak naprawdę była wykorzystywana jako bukłak na wodę.


Parę akapitów wcześniej pisaliśmy o Nabatejczykach i ich niesamowitych zdolnościach (jak na ich czasy) zarządzania wodą. Jedną z tych zdolności było przenoszenie wody na duże odległości w takich właśnie bukłakach, których używali bardzo często w trakcie wędrówek.

Byli też prawdopodobnie pierwszym ludem, który wykorzystywał asfalt do wyścielania koszy, w których przenoszono wodę, tak, aby były zupełnie wodoszczelne (typowy gliniany dzban, kosz, czy skórzany bukłak nasiąka wodą i robi się lekko wilgotny, przez co woda z niego odparowuje).



Bukłak to świetne znalezisko, jednak bez ekspertyzy naukowej nie jesteśmy w stanie jednoznacznie ocenić, czy był to rzeczywiście przedmiot starożytnego Nabatejczyka. Na miejscu wykonujemy dokumentację fotograficzną, Moran opisuje przedmiot i miejsce, w którym go znaleźliśmy. Od tej pory nie jest to już nasz "problem", a sprawą zajmie się odpowiednie ministerstwo od znalezisk i antyków.


Uradowani znaleziskiem udajemy się powoli do wyjścia.


Dwóch członków ekipy, Kawiak i Harry, postanowiło nakręcić jeszcze kilka podziemnych ujęć, więc czekaliśmy na nich w jednym z przejść między poziomami. Kiedy usiadłem, moją uwagę przykuł przedmiot wystający z piasku wpadającego tu z powierzchni przez wejście do jaskini - byliśmy parędziesiąt metrów od wlotu i droga prowadziła tu przez pokręcone korytarze, jednak pustynny piasek potrafi wleźć naprawdę wszędzie.


Sięgnąłem po przedmiot, wziąłem go do ręki i dopiero po dłuższej chwili zorientowałem się, że całkiem prawdopodobne, że trzymam w dłoni ludzką kość. Od początku wiedziałem, że to jakaś kość, ale nie to jest w tym przedmiocie najbardziej interesujące.


Najciekawsze jest to, jaki ma kształt. Widać tu dokładnie, że kość została przecięta, spiłowana i następnie wyszlifowana w może nie najbardziej wyrafinowany sposób, ale wciąż w sposób, który wskazuje na to, że ktoś włożył naprawdę sporo pracy w to, by ten przedmiot tak wyglądał.

Czasem zwierzęta ścierając zęby są w stanie "zeszlifować" takie kości, jednak w tym przypadku odrzuciliśmy taką możliwość. Przedmiot był wykonany zbyt dokładnie a cięcia nie wyglądały na przypadkowe.


Usiedliśmy z Moranem i dłuższą chwilę zastanawialiśmy się nad tym, co też trzymamy właśnie w rękach i do czego mogło to służyć. To, że przedmiot został stworzony przez człowieka i że jest cholernie stary, było pewne. Nie przypominało to jednak niczego co do tej pory widzieliśmy.


Po kilku minutach dołączyli do nas Kawiak i Harry, którzy teraz przysłuchiwali się naszej rozmowie. Zapiaszczony i zakurzony Kawiak postanowił splunąć, by pozbyć się kurzu z ust i podniósł jeden z kamieni, by nie pluć w miejsce, po którym czołgają się ludzie.

Pamiętacie co wczoraj mówiliśmy o kamieniach i czyhających pod nimi niebezpieczeństwach? Tym razem nie był to najbardziej jadowity na świecie skorpion, było jeszcze lepiej, Kawiak zauważył wystający z kurzu ząb. Po kilku ruchach dłoni odkrył i wyciągnął ludzką żuchwę.


Wszystkie poprzednie znaleziska przestały w tym momencie być istotne. To było coś naprawdę wielkiego! Szczęka była złamana, jednak mimo wszystko piaski pustyni i tutejszy klimat całkiem dobrze ją przechowały. No i najważniejsze i najbardziej cenne - ząb!




Ząb jest wyjątkowym znaleziskiem, bo pozwala na przeprowadzenie wielu badań i wyciągnięcie z takiego przedmiotu jeszcze większej liczby informacji na temat tego człowieka. Prawdopodobnie uda się dzięki temu ustalić płeć, wiek, i tryb życia tej osoby, ale przede wszystkim da to nam dokładniejsze dane na temat datowania znaleziska, co może złożyć się w większą część układanki dotyczącej ludzkiej obecności na tych terenach.


Cała ta "zabawa" to wielka układanka - jak sami widzicie, spędziliśmy noc na pustyni, by lepiej zrozumieć jej prawa i lepiej zrozumieć tutejszych mieszkańców sprzed wieków. Odwiedziliśmy ich miasto, żeby usystematyzować sobie tę wiedzę i wejść w ich skórę, co z kolei dało nam informację na temat tego, gdzie powinniśmy szukać i co możemy znaleźć pod ziemią.

Tutaj wszystko składa się z niewielkich, drobiazgowych informacji, które poskładane w jedną całość dają nam obraz jakiegoś większego odkrycia.


Właśnie to będziemy robić przez kolejne dni - składać drobne elementy układanek, by zwiększyć szanse na powodzenie naszej misji.

Kości zawinęliśmy z specjalny materiał (de facto materiał do czyszczenia broni palnej) i zabraliśmy ze sobą. Czas naglił, a nie mogliśmy pozwolić sobie na to, by złapał nas deszcz na pustyni, więc wyszliśmy na powierzchnię, szybko zrzuciliśmy nasze jaskiniowe ciuchy i sprzęty i ruszyliśmy w kierunku kolejnego noclegu.


Na horyzoncie pojawiły się chmury burzowe. W zasięgu naszego wzroku przemieszczały się widoczne gołym okiem ulewy, a w ekipie zrobiło się nerwowo. Musieliśmy zdecydować, czy próbujemy szukać dogodnego miejsca na pustyni, które będzie bezwzględnie bezpieczne od deszczu i jego następstw, czy jedziemy pod egipską granicę do miejsca, w którym uda nam się zatrzymać pod dachem.

Nikt z nas nie chciał tego robić, ale w końcu rozsądek zwyciężył. Skończyliśmy w małym domku na zboczu góry.

Tej nocy na pustyni padało.


Oglądany: 30478x | Komentarzy: 7 | Okejek: 169 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało