Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Wspomnienie onkologa, powrót z imprezy i inne anonimowe opowieści

54 455  
193   6  
Dziś przeczytacie także o pracy w ulubionej restauracji, sobotnim poranku w łóżku, efekcie ostrych zabaw, złotym łańcuszku i ulubionych spodniach brata.



Od lat chodzę z moją rodziną do pewnej restauracji, w której serwują parę znakomitych dań. Jesteśmy tam praktycznie co tydzień. To już taka nasza tradycja. Kiedy dowiedziałem się, że poszukiwany jest ktoś do pomocy w kuchni (czytaj – do zmywania garów), złożyłem tam moją kandydaturę. Zawsze przyda się parę groszy na opłacenie czesnego.

Pierwszego dnia pracy zobaczyłem coś, co sprawiło, że momentalnie zrobiło mi się źle. Kucharz, który zawsze szykował dla nas te pyszne potrawy, na moich oczach soczyście napluł do garnka i zrzucał niedojedzone resztki jedzenia na talerze dla kolejnych klientów...

* * * * *

Zazwyczaj to ja wstaję rano pierwsza, ale jako że była sobota, obudziłam się koło 10 i zobaczyłam, że Artura, mojego męża, nie ma już w łóżku. Miałam bardzo pikantny sen, więc pierwsze o czym pomyślałam to ostry seks. Wybranek mojego serca krzątał się po domu. Postanowiłam go lubieżnie zawołać:
- Natychmiast chwyć za swój sprzęt i przybądź do łoża, aby mnie solidnie wygrzmocić! - zawołałam bez ceregieli.
W odpowiedzi usłyszałam dobiegający z kuchni głos, który zdecydowanie nie należał do Artura:
- Nawet gdybym chciała, to z pewnych fizycznych braków nie jestem w stanie tego zrobić. Mój mąż pewnie by chciał, ale z kolei ja nie mogę mu na to pozwolić. Pozostaje tylko Artur, ale niestety on skoczył do sklepu po pieczywo.

I wtedy przypomniałam sobie, że przecież jest sobota i umówiliśmy się z moimi teściami na wspólne śniadanie.

* * * * *

Historię tę opowiedział mi mój znajomy – emerytowany onkolog, pan doktor Andrzej. Jakieś 25 lat temu do szpitala, w którym pracował, trafił mężczyzna z niewielkim guzem w przełyku. Po dokonaniu biopsji i wysłaniu pobranej tkanki do laboratorium, przyszły wyniki. Bardzo pesymistyczne. Guz był bardzo złośliwy i praktycznie nie nadający się do operowania. Pacjent został o tym poinformowany. Na pytanie ile czasu mu zostało, pan Andrzej, obejrzawszy jeszcze raz dokumentację, skalkulował, że od 6 do 8 miesięcy, z czego za ok. 2-3 należałoby przyjść na oględziny do oddziału medycyny paliatywnej.

Jakieś dziesięć dni później do gabinetu doktora Andrzeja wpadł facet z laboratorium i przepraszając już od samych drzwi powiedział mu, że popełniono karygodny błąd i że tamte wyniki są nieważne. Guz nie jest złośliwy i spokojnie można go wyciąć. Lekarze usiłowali się dodzwonić do pacjenta, aby przekazać mu tę radosną nowinę. Niestety nie było z nim żadnego kontaktu. Nie znaleziono też żadnych namiarów na jego rodzinę.
Parę miesięcy później okazało się, że facet sprzedał samochód, wziął kredyt i… pojechał do Indii, aby leczyć się naturalnymi metodami oraz medytacją. Skąd lekarze się o tym dowiedzieli? Z artykułu w jakimś magazynie ezoterycznym, gdzie nawrócony na buddyzm „cudownie uzdrowiony pacjent”, wiodący od dłuższego czasu żywot ascetycznego męczennika, udzielił wywiadu.

* * * * *

Dziś moja dziewczyna trafiła na ostry dyżur z poważnym uszkodzeniem tylnego otworu, którego nabawiła się w wyniku nieostrożnego seksu. Wyobraźcie sobie, że moja ukochana nigdy nie chciała ze mną tego robić i zawsze mówiła, że ten rodzaj stosunków ją brzydzi. Najwyraźniej zmieniła zdanie po roku przyprawiania mi rogów z „kolegą z pracy”.

* * * * *

Złoty łańcuszek z wisiorkiem w kształcie serca. Właśnie taki sobie kupiłem i noszę. Mimo że jest typowo kobiecy, ale mnie to nie obchodzi.

To było ponad 30 lat temu. Byłem malutki, ledwo 4-letni. Leżałem u mamy na kolanach, ona czytała mi bajkę, głaskała mnie po głowie, a ja zasypiając, bawiłem się jej serduszkowym wisiorkiem. Zawsze tak robiłem, uwielbiałem te chwile przed spaniem. To był ostatni raz, jak ją widziałem. Wyszła do pracy na nocną zmianę i już nie wróciła. Zaginęła, do pracy nie dotarła. Tata szukał jej długie lata. Ja też szukałem. Pamiętam, jak rysowałem jej portrety i przyklejałem do drzew.

Często chodzę na jej grób, tylko jej tam nie ma. To tylko symbol. Tak bardzo bym chciał się czegoś dowiedzieć. Nie wierzę w to, że żyje. Ale chciałbym wiedzieć, czy nie cierpiała. Po nocach czasem śnią mi się najgorsze scenariusze.

Ostatnio przez przypadek zobaczyłem w lombardzie taki sam łańcuszek z wisiorkiem, jaki miała mama. Pewnie to nie ten sam, ale dzięki temu, że go mam, czuję, że ona jest blisko mnie, że znów mam 4 lata i bezpiecznie leżę i słucham, jak swoim ciepłym głosem opowiada mi bajkę.

* * * * *

Mój brat miał ukochane Dresy. Dresy przez wielkie D, noszone od dnia do nocy. Gdyby nasz dom się palił, to on prędzej uratowałby Dresy niż życie kogokolwiek z rodziny. Spodnie były wiekowe, znoszone w cholerę, pełne kłaczków, za duże milion rozmiarów na jego chudy tyłek, sporadycznie tak brudne, że nie dało się określić ich koloru w pełni (chyba że nasza szacowna mamusia mu je wyszarpała do prania, co zwykle kończyło się fochem wszechświata).

Pewnego dnia, kiedy na budowie naszego domu zostało wiadro betonu, mój ojciec wpadł na szatański pomysł. Wykorzystał sytuację, w której mój braciszek przerwał symbiozę z Dresami i po cichaczu wykąpał je w betonie, postawił tak, że wyschły na stojąco i oto w rogu mojego ogrodu stoi ich betonowy pomnik. Monument w pełni upamiętnia ich dresowość, nadając im życia wiecznego. Niestety po tej akcji Dresy już nigdy nie uświetniły bioder mojego brata swoją wszechpotęgą.

PS Mój brat po tej akcji nie odzywał się do taty przez tydzień.

* * * * *

Ładne parę latek temu przydarzyła mi raczej dziwna sytuacja.

Otóż wracam ja sobie z alkoholowej libacji do mojego domku na przedmieściach, niestety z buta (z racji późnej nocy albo wczesnego poranka, zależy jak patrzeć, kwestia sporna) i lasem, walcząc z naprawdę mocnym halnym. I tak mijam ja sobie te złowieszcze drzewa, kontempluję nad sensem życia i śmierci, delikatnie się irytuję, że za trzy godziny do roboty itd. No pijacki standard.

Rozmyślania brutalnie przerwał mi fakt, że coś zapierdoliło mi w brzuch z chyba prędkością światła i przeleciałem nad ziemią z dobre 3 albo 4 metry. I tak pluję pod siebie, staram się złapać oddech i jakimś cudem wstać i jestem niemal PEWNY, że to jakiś miły Sebuś z kolegami upodobał sobie moją paczkę z pogniecionymi szlugami i garść żółtych w portfelu. Podnoszę wzrok i...
Sarna.
Sarna zajebała mi z główki z rozpędu.

Nie wiem kto był bardziej zdziwiony, ja czy ona.

Jakoś tak głupio było się tłumaczyć nazajutrz, że ten wielki fioletowy siniec na brzuchu to dlatego, że sarna mnie potrąciła w lesie, a nie od bójki.

<<< W poprzednim odcinku: uwolniła takiego potwora, że facet miał już nigdy jej nie zobaczyć


Oglądany: 54455x | Komentarzy: 6 | Okejek: 193 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

17.11

16.11

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało