Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Kiedy Hollywood daje ciała, za realizację znakomitych filmów zabierają się fani

68 659  
197   25  
Fanowskie produkcje to najczęściej mało ambitne filmy nagrane za pomocą ziemniaka. Rządzi tu drewniane aktorstwo, efekty specjalnej troski i fabuła wymyślana w przerwie między kolejnymi ujęciami. Trzeba jednak uczciwie powiedzieć, że pośród tysięcy takich przedsięwzięć, jest przynajmniej kilka prawdziwych perełek, które czasem biją na głowę oryginalne, hollywoodzkie odpowiedniki.


"Uncharted"

Seria „Uncharted” słusznie uznawana jest za jedne z najbardziej „filmowych” gier, jakie kiedykolwiek powstały, a ich bohater – podróżnik i poszukiwacz kłopotów Nathan Drake to facet o charyzmie Indiany Jonesa i fizycznej sprawności Lary Croft. Mimo że kinowa adaptacja przygód Drake’a zapowiadana jest już od lat, to rzekome prace nad filmem przeciągają się już tak długo, że wielu fanów gry pewnie przestało liczyć na to, że obiecana produkcja kiedykolwiek powstanie.



Kiedy parę lat temu pojawiły się pierwsze informacje o planach ekranizacji „Uncharted”, znany z serialu „Firefly” Nathan Fillon oznajmił, że bardzo chciałby wcielić się w Drake’a. to wyznanie doprowadziło do rozprzestrzenienia się plotki o jego faktycznym udziale w tym przedsięwzięciu. Kiedy jednak Hollywood nie za bardzo poradziło sobie z ugryzieniem tego tematu, zniecierpliwiony Fillon zebrał ekipę znajomych i nakręcił fanowski, 14-minutowy film z sobą w roli głównej oraz znanym z „Avatara” Stephenem Langiem w roli swego pomocnika. I trzeba przyznać, że wyszło to znakomicie. Chyba wszyscy miłośnicy gry chcieliby, aby tak właśnie wyglądała oficjalna ekranizacja „Uncharted”.


„Dirty Laundry”

Do momentu premiery bezkompromisowego serialu Netflixa, Punisher nie miał zbyt dużo szczęścia do kina. Brutalny, bezkompromisowy anty-bohater Marvela zasługiwał na film, w którym przemoc będzie wylewała się z ekranu, a wrzask konających ofiar zmusi widzów do ściszenia odbiorników. Takich wrażeń, niestety nie mogła zapewnić ekranizacja komiksu z 2004 roku. Thomas Jane - aktor grający tytułową postać, po 8 latach od premiery wspomnianej produkcji, postanowił przygotować dla fanów komiksowej jatki małą niespodziankę i w 2012 roku, podczas międzynarodowej edycji Comic-Conu zagwarantował zebranym tam nerdom kawał krwistego steku.



Wyreżyserowany przez Phila Joanou – gościa, który zazwyczaj kręcił teledyski dla U2 i Bon Jovi – 10-minutowy film ma w sobie wszystko to, czego nie miała dotąd żadna produkcja o perypetiach Franka Castle’a. Thomas Jane odkupił swe winy i zyskał dozgonny szacunek miłośników mściciela z czachą na piersi, a wisienką na torcie był udział w tym fanowskim przedsięwzięciu samego Rona Perlmana!


„Mortal Kombat: Rebirth”

W 2010 roku, Kevin Tancharoen - młody, ale mający już doświadczenie w reżyserowaniu produkcji telewizyjnych filmowiec nakręcił krótkometrażowe (trwające tylko 8 minut) dziełko osadzone w uniwersum kultowej serii gier „Mortal Kombat”. Oryginalność tego projektu polegała na tym, że jego twórca postawił tu na realizm rodem z „Mrocznego rycerza” i praktycznie zupełnie zrezygnował z tak przecież ważnych dla tego tytułu, elementów magicznych.

W tym celu zmieniono zupełnie biografię większości znanych z gry postaci, a całość otulono gęstym, dusznym klimatem nawiązującym do najlepszych, policyjnych thrillerów. Tancharoenemu dało się też zaprosić do współpracy aktorów znanych m.in. z serialu „Star Trek: Voyager”, „Havaii Five-0” oraz kilku specjalistów od wschodnich sztuk walk i filmowej choreografii.



Finalny efekt był na tyle dobry, że materiałem zachwycił się sam Ed Boon – jeden z twórców gry. Mimo to reżyserowi nie udało się zrealizować swojego planu, jakim było nakłonienie grubych ryb z wytwórni Warner Bros do nakręcenia pełnometrażowej produkcji w tym klimacie. Kevin Tancharoen dostał za to zielone światło do realizacji serialu internetowego. W ten sposób powstał całkiem fajny, trwający dwa sezony, „Mortal Kombat: Legacy”.


„The Lobo Paramilitary Christmas Special”

Lobo – ten gość, jak nikt inny zasługuje na swój kinowy debiut. O ile znamy jednak nietrafione decyzje DC Comics, prędzej zobaczymy Ważniaka w do bólu ugrzecznionym i nijakim blockbusterze, albo w familijnym serialu, niż w prawdziwym, brutalnym, oznaczonym kategorią R filmie pełnym flaków, wyrywanych kręgosłupów i czerstwego humoru.
Tymczasem w 2002 roku pewien student szkoły związanej z Amerykańskim Instytutem Filmowym, Scott Leberecht, nakręcił dość wierną adaptację komiksu pt. „Paramilitarne święta specjalne’, w którym to Lobo odwiedza biegun polarny, aby wykonać zlecenie dane mu przez Króliczka wielkanocnego. Robota polega na zabiciu świętego Mikołaja…



Ten nakręcony za śmieszny budżet (2300 $!) krótki film jest naprawdę dobry i co najważniejsze – absurdalnie wręcz brutalny, a wcielający się w postać głównego (anty)bohatera, znany z B-klasowych produkcji, Andrew Bryniarski spełnił się w swej roli wyśmienicie. Takiego właśnie Lobo chcielibyśmy oglądać na dużym ekranie.


„Darth Maul Apprentice”

„Mroczne widmo” to produkcja słaba jak salto wykonanego w CGI Yody, ale jedno trzeba przyznać – postać Dartha Maula miała w sobie tyle charyzmy i uroku, że wielką krzywdą jest ograniczenie jego kinowych występów do pojawienia się jedynie we wspomnianym wyżej koszmarku oraz krótkiego mignięcia przed kamerą w ostatniej, kinowej z produkcji osadzonej w świecie „Star Wars”. Na szczęście tu z pomocą przyszli fani gwiezdonowojennego uniwersum, którzy wzięli na warsztat postać Dartha Maula i nakręcili krótki, ale trzeba przyznać – wielce efektowny, film z profesjonalnymi aktorami i zaskakująco dobrą choreografią walk, za które odpowiedzialni są zawodowi, hollywoodzcy kaskaderzy.


„Batman: Dead End”

Batman ugania się za Jokerem i w momencie, kiedy już ma mu spuścić ostateczne manto, jego plany krzyżuje mu pojawienie się... obcego. Tak, tego samego paskudeusza, który swego czasu zmasakrował załogę Nostromo. Z czasem okaże się, że obślizgły ksenomorf nie jest jedynym, pochodzącym z kosmosu, zmartwieniem Mrocznego Rycerza.



30 tysięcy dolarów kosztowało zrealizowanie jednego z najlepszych filmów o Człowieku-nietoperzu od czasów znakomitych produkcji Tima Burtona. To też ukłon w stronę klasyki. Batmanowi z „Dead End” bliżej do wizerunku bohatera granego w latach 60. przez Adama Westa niż do wepchniętego w niewygodny lateks i obwieszonego gadżetami herosa, którego znamy z ostatnich, hollywoodzkich seansów.

Ten krótkometrażowy materiał zdobył bardzo pozytywne reakcje fanów komiksów, a sam Kevin Smith uznał ten film za „prawdopodobnie najprawdziwszą i najlepszą produkcję o Batmanie, jaka kiedykolwiek powstała”.


„Pół wieku poezji później”

Podczas gdy oczy całego świata zwrócone są w stronę tego, co z „Wiedźminem’ właśnie robi Netflix, trochę w cieniu tej wysokobudżetowej pozostają losy innego wiedźmińskiego projektu. Mowa oczywiście o polskim filmie pt. „Pół wieku poezji później”. Jego reżyser – Jakub Nurzyński i grupa niezależnych filmowców tworzą produkcję, której bohaterem będzie znany zarówno z książek Andrzeja Sapkowskiego, jak i gier CD Projektu, zabójca potworów. I nie mówimy o Geralcie, ale o innym wiedźminie, czyli o Lambercie.



Fabuła mieć będzie miejsce po wydarzeniach znanych z ostatniego tomu powieści, a przy realizacji tego intrygującego projektu pracują ludzie, którzy z amatorskim kinem nie mają nic wspólnego! Oprócz profesjonalnej ekipy realizatorskiej, zatrudniono znanych aktorów – w rolę Lamberta wcieli się Mariusz Drężek, a Jaskra, po raz drugi już zagra Zbigniew Zamachowski.

Miejmy nadzieję, że film będzie tak samo dobry jak wypuszczane co jakiś czas do sieci zajawki...


Oglądany: 68659x | Komentarzy: 25 | Okejek: 197 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało