Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Jak się skutecznie skompromitować, dostając w twarz własną bronią - nieudane przykłady zabiegów propagandowych

81 473  
315   38  
Czasem trzeba uważać, aby machając groźnie szabelką, nie wbić jej sobie boleśnie w oko. Przekonali się o tym ludzie, którzy za pomocą sprytnych narzędzi propagandowych usiłowali wyprać mózgi obywatelom, a ostatecznie strzelili sobie w stopę, czym skompromitowali się po całości...


ANT-20 – największy samolot świata

W 1934 roku, z wielką pompą, do użytku oddany został samolot zaprojektowany przez samego Andrieja Tupolewa. Było się czym chwalić – nazwana na cześć pisarza Maksyma Gorkiego maszyna zbudowana została dzięki ogólnonarodowej zbiórce pieniędzy i służyć miała celom propagandowym. Z tego też powodu ANT-20 musiał swoimi rozmiarami bić na głowę wszystkie inne cuda awiacji. W tamtym czasie, napędzany ośmioma potężnymi silnikami potwór, był największym na świecie samolotem.


Jako że miał on być wielką, latającą bestią propagandową, na jego pokładzie zainstalowano laboratorium fotograficzne oraz drukarnię ulotek, które to później zrzucano, aby informować naród o kolejnych sukcesach partii robotniczej, do tego maszynę wyposażono w nowoczesny projektor służący do wyświetlania filmów na chmurach, a także olbrzymi głośnik do emisji natchnionych haseł ku chwale komunizmu.
Radzieckie władze cieszyły się swoją wielką, multimedialną zabawką przez niecały rok. W maju 1935 roku, podczas popisowego przelotu nad Moskwą, ANT-20 zderzył się z mniejszym samolotem i runął na ziemię. Zginęło wówczas jego 55 pasażerów, kilka osób na ziemi oraz Nikołaj Błagin – pilot myśliwca, który spowodował tę kolizję.


Aby jakoś złagodzić koszmarną, propagandową wtopę, władze zrzuciły winę na Błagina. Sfabrykowano nawet jego pamiętnik, z którego to miało wynikać, że facet był antykomunistycznym terrorystą działającym na szkodę radzieckiego narodu…

Uderzyć we wroga seksem!

Tysiące młodych żołnierzy na froncie na pewno tęskni za seksem. Sprawmy więc, aby ich niezaspokojona chuć stała się bronią wymierzoną przeciwko nim! – prawdopodobnie taki zamysł mieli naziści, którzy wpadli na pomysł rozrzucania nad bazami wojsk alianckich ulotek z pornograficznymi fotografiami. Liczono na to, że wroga armia straci chęć do walki i zamiast tego ślinić się będzie do nagich damulek ze zdjęć.


Faktycznie, żołnierze bardzo zainteresowali się ulotkami. Początkowo zaczęli je nawet zbierać i wymieniać się między sobą niczym jakimiś kartami kolekcjonerskimi. W praktyce jednak jedynym ważnym efektem tego „psychologicznego” ataku było idealne trafienie w największe wówczas zapotrzebowanie. Na froncie brakowało papieru toaletowego, a ulotki okazały się świetną alternatywą dla tego produktu.

Wietnamski męczennik, który zginął za słuszną sprawę… a potem ożył

Dwudziestoletni Nguyen Van Be dołączył do armii Wietkongu w 1961 roku. Pięć lat później, podczas misji przetransportowania materiałów wybuchowych, oddział, w którym Van Be służył, otoczony został przez wroga. Pojmany przez Amerykanów młodzieniec poproszony został o wytłumaczenie działania min przeciwpiechotnych. Nguyen chwycił więc za jedną z nich, uniósł nad głowę i wrzeszcząc „Do diabła z amerykańskimi imperialistami!” wysadził w powietrze siebie i całą ciężarówkę pełną ładunków wybuchowych. Eksplozja zabiła prawie 70 wrogów.
Taka legenda krążyła wśród żołnierzy Wietkongu. Godny naśladowania męczennik stał się bohaterem niezliczonej ilości pieśni, setek tysięcy plakatów propagandowych i ulotek. O męstwie Vana Be aż do znudzenia mówiono w telewizji, a z radioodbiorników sączyły się kolejne utwory napisane na cześć wietnamskiego zucha.


Nguyen był wielką gwiazdą, bohaterem narodowym i postacią darzoną wręcz religijnym kultem. Jego kariera trwała jakieś pół roku, aż do dnia, kiedy to legendarny męczennik, całkiem żywy, znaleziony został w pewnym jenieckim obozie. Mężczyzna zgodził się współpracować z przedstawicielami południowowietnamskich mediów i chętnie udzielił im wywiadu. Jak się okazało, podczas pamiętnej obławy Nguyen nie tylko nie oddał ani jednego strzału, ale i usiłował dać drapaka z pola bitwy, wskakując do kanału. Stamtąd, za włosy, wyciągnął go wrogi żołnierz.


Władze Wietkongu w desperackim odruchu ratowania sytuacji zaklinały się, że osoba, którą wszyscy uznają za słynnego bohatera patriotycznych poematów i krzepiących serce pieśni, jest w rzeczywistości sobowtórem męczennika, któremu amerykańscy lekarze zrobili operację plastyczną… Jak się możecie domyślać, takie przedstawienie sprawy tylko pogorszyło sytuację.

Dziewczyna, która zniszczyła propagandowy domek z kart

Mieszkańcy Korei Północnej od dawna karmieni byli informacjami o skrajnej biedzie i bezdusznym reżimie panującym w sąsiednim kraju. Nieszczęśnicy, którym przyszło żyć w Korei Południowej mieli być uciskani, torturowani i głodzeni przez przedstawicieli władz. Praktycznie zerowy dostęp do informacji z zewnątrz sprawił, że łatwo można było bombardować komunistyczny lud takimi propagandowymi kąskami.
W 1989 roku pewna dziewczyna - Lim Su-Kyung, nielegalnie przekroczyła granicę pomiędzy Koreą Południową a Północną. Zrobiła to po to, aby wziąć udział w Światowym Festiwalu Młodzieży i Studentów – wielkim zjeździe przedstawicieli socjalistycznych narodów, który w tamtym czasie odbywał się w Pjongjangu.


Władze państwa chciały odpowiednio wykorzystać pojawienie się uciekinierki – wygłaszano przemowy na temat jej bohaterstwa, widziano w niej odważną desperatkę, której szalona eskapada miała być dowodem na to, że umęczeni południowokoreańscy obywatele pragną zrzucić kajdany i dostać się do komunistycznego raju…
Tymczasem lud zobaczył kogoś, komu daleko było do ofiary opresyjnego państwa. Ubrana w jeansy i t-shirt wesoła dziewczyna chętnie wygłaszała przemowy nawołujące do pogodzenia zwaśnionych krajów. Już sam widok przemawiającej do tłumu kobiety, która nie posługuje się kartką, a zgrabnie improwizuje, był szokiem dla wszystkich. Kolejny ciężki szok czekał mieszkańców Korei, kiedy okazało się, że po odesłaniu Su-Kyung do jej ojczyzny dziewczyna wcale nie została skazana na śmierć.
Komunistyczne władze popełniły kardynalny błąd, transmitując tę rozprawę w telewizji. Dziewczyna skazana została tylko na krótką odsiadkę w więzieniu. Mało tego! Trafiła za kratki sama, a nie z całą swoją rodziną, jak to zwykło się robić w Korei Północnej.
Od tego momentu nikt już nie miał wątpliwości, że u sąsiadów wcale nie ma żadnego reżimu, a życie tam jest znacznie bezpieczniejsze niż w kraju ukochanego wodza - Kim Ir Sena.

Holokaust? Dowody proszę!

Institute for Historical Review to założona w latach 70. amerykańska organizacja, której twórcy podważają fakt istnienia Holokaustu. Według nich cała historia zagłady została sfałszowana tylko po to, aby w przyszłości Żydzi mogli wysuwać swe roszczenia.
W 1978 roku organizacja ta postanowiła wypromować się w dość idiotyczny sposób – obwieszczono, że każda osoba, która udowodni, że w Auschwitz istniały komory gazowe służące do masowego mordowania ludzi, dostanie 50 tysięcy dolarów. Jak można się było spodziewać - już niedługo potem znalazł się ktoś dysponujący takimi dowodami. Był to węgierski Żyd Mel Mermelstein, który jako nastolatek wraz ze swoimi rodzicami trafił do Auschwitz. On sam przeżył pobyt w obozie, ale jego ojciec, matka, brat i dwie siostry zginęli w komorze gazowej. Mężczyzna posiadał nawet dokumenty notarialne potwierdzające ten przykry fakt. I właśnie one miały być naczelnym dowodem istnienia tych upiornych urządzeń zagłady.


Organizacja Institute for Historical Review oczywiście ani myślała przyznać się do błędu i chcąc uniknąć kompromitacji, nie zamierzała wypłacić facetowi należnych mu pieniędzy. W tej sytuacji Mermelstein skierował sprawę do Sądu Najwyższego.
W 1985 roku feralny instytut zmuszony został do wypłaty pozywającemu obiecanych 50 tysięcy dolarów oraz dodatkowych 40 tysięcy dolarów odszkodowania. Ponadto nakazano oskarżonym przeprosić Mermelsteina. W ostatecznym wyroku padają słowa: „Sąd wydaje orzeczenie stwierdzające, że domaganie się dowodów na to, że gazowanie Żydów w Oświęcimiu wymaga jakichkolwiek dowodów jest absolutnie nierozsądnym tematem do jakiejkolwiek dyskusji”.

Źródła: 1, 2, 3, 4, 5

Oglądany: 81473x | Komentarzy: 38 | Okejek: 315 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

15.11

14.11

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało