Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Anonimowe opowieści - uwolniła takiego potwora, że facet miał już nigdy jej nie zobaczyć

62 750  
278   13  
Dziś przeczytacie także o pewniej randce, pechowym złodzieju, spotkaniu z księdzem i (nie)typowym Januszu.


Dawno dawno temu, gdy byłam jeszcze biedną studentką, miałam nie lada zaszczyt wynajmować niezwykle urokliwe mieszkanie. Broń Boże nie narzekam - pomimo pewnych "niedogodności" byłam zadowolona, że za oszałamiającą cenę 600 zł miesięcznie nie musiałam dzielić z nikim kuchni i łazienki.
A na upartego, wady owego mieszkania można było traktować jak zalety - siedząc na łóżku, byłam w stanie ogarnąć praktycznie wszystko - od mycia naczyń, po otwieranie drzwi (fakt faktem nogą i po maksymalnym wychyleniu, ale to tzw. detale).

Do opisanego apartamentu zaprosiłam chłopaka, z którym się spotykałam. Bynajmniej nie po to, żeby oprowadzić go po salonach, ale z musu - dostałam okresu, a nie miałam przy sobie niezbędnego sprzętu. W tym momencie warto zaznaczyć, że należę do tych kobiet, u których, mniej więcej na tydzień przed przyjazdem cioci z Ameryki (moje ulubione określenie), jelita i spółka udają się na urlop, a potem, gdy macica zaczyna ronić krwawe łzy, następuje zwolnienie blokady i uwolnienie całotygodniowego balastu (dla zaniepokojonych stanem mojego zdrowia - to nie tak, że przez tydzień nie robię kompletnie nic, sęk w tym, że tak na 30-40%). Wiedziałam, jak się u mnie sprawy mają, ale uznałam, że wytrzymam, a potwora uwolnię, gdy wrócę za kilka godzin. Sama.

Ale do sedna - wchodzimy do mieszkania, on siada, ja udaję się do łazienki. Szybki prysznic, przebierka, instalacja pampersa i siusiu. TYLKO. A takiego wała! Powiedzieć, że dupa mnie oszukała, to jak nic nie powiedzieć. Przez bite pięć minut wydawałam z siebie takie dźwięki, że aż sama byłam w szoku, że tak można. A że muszla nie pękła, to już w ogóle cud większy niż ten nad Wisłą. Gdy skończyłam, dłuższą chwilę biłam się z myślami, czy w ogóle stamtąd wyjść, a w duchu liczyłam, że mój towarzysz sobie poszedł (czyt. uciekł).

Ale nic - w końcu zebrałam się na odwagę, uchyliłam drzwi, zobaczyłam zatroskaną twarz Marcina, który oznajmił, że zrobił mi miętowa herbatę i w ogóle to nie mam się czym przyjmować, bo to i tak nic w porównaniu z tym, co on odpie*dala po meksykańskim żarciu.

I co miałam w takiej sytuacji zrobić? Wyszłam za tego wariata!


***


Wczoraj z moim chłopakiem poszliśmy do sex-shopu. Kupiliśmy taki specjalny żel, który zgodnie z zapewnieniami producenta ma dwukrotnie wydłużać czas stosunku. Nie za bardzo w to wierzyłam, ale wiecie co? Miło się zawiodłam. To działa! Dzięki temu wspaniałemu wynalazkowi nasze współżycie weszło na zupełnie nowy poziom doznań. Mój facet wytrzymuje całe 4 minuty!


***


Dawno dawno temu, pod jakimś wyznaniem, jedna z użytkowniczek rzuciła swój autorski pro tip dla facetów. Stwierdziła, że jeśli mężczyźni będą robić krótkie notatki podczas ważnych okazji spędzanych ze swoimi drugimi połówkami, to później zrobią na nich wrażenie, że tak wszystko pamiętają.

Jakiś czas później miałem okazję to wypróbować. Skoro dziewczyny podobno uważają to za romantyczne, to czemu nie? Zapisywałem sobie jaka była pogoda, co jedliśmy, gdzie, co miała na sobie... Robiłem tak po naszej pierwszej randce, pierwszych walentynkach, pierwszych wspólnych urodzinach, sylwestrze, pierwszym razie itp.
Nawet nie wiecie ile radości miała moja dziewczyna, gdy na ostatnią rocznicę wyrecytowałem "poemat" o naszych pamiętnych uroczystościach. Była zachwycona, choć doskonale wiem, że to nie była twórczość najwyższych lotów.
Wielkie dzięki, anonimowa koleżanko.


***


Wczoraj moja babcia została okradziona. W ogóle to był dla niej pechowy dzień. Rano zdechł jej kot. Zrozpaczona babcia zapakowała kocie zwłoki do plastikowej torby, którą to chciała zanieść do naszego dozorcy mieszkającego blok obok. Facet za parę złotych często zajmuje się pogrzebami czworonogów. Dosłownie dwadzieścia metrów od celu zaszedł ją jakiś dres, wyrwał z rąk torbę i uciekł ile sil w nogach.

Z jednej strony bardzo mojej babci współczuję. Z drugiej zaś… O, rany! Jak bardzo chciałbym zobaczyć minę złodzieja, kiedy przystąpi do oględzin swego łupu.


***


Słyszeliście o tym nowym banknocie o nominale 500 zł? Jestem jednym z niewielu jego posiadaczy. Jestem też straszliwym bałaganiarzem i często zdarza mi się chować moje skarby w miejscu, z których na pewno nie zginą. Problem w tym, że za każdym razem zapominam, co to za miejsce i potem całymi dniami przewracam chatę do góry nogami… Identycznie było z moim banknotem. Problem zaginięcia kasy tak bardzo mnie niepokoił, że zamiast uczyć się do egzaminu ustnego z ekonomii, po raz dwudziesty piąty przeczesywałem szafę w przedpokoju.
Spasowałem, będąc już przekonanym, że mój cenny banknocik zaginął na zawsze i znajdę go kiedyś, gdy już nie będzie on miał żadnej wartości…

Do egzaminu nie przygotowałem się zbyt dobrze i liczyłem na to, że akurat trafią mi się jakieś w miarę łatwe pytania. Nic z tego – poległem sromotnie. Wykładowca to surowy kawał sukinkota, który nie zna litości. „Nie zaliczył pan. Indeks proszę!” - usłyszałem. Spuściwszy nos w kwintę podałem mu studencki kajecik.
- Fiu, fiu, fiuuuu… - rzekł egzaminator wyciągnąwszy z środka mój banknot. Mi tymczasem odebrało mowę. Profesor chwilę sobie znalezisko pooglądał, spojrzał na nie pod światło, aby sprawdzić, czy na pieniądzu widnieje znak wodny, a następnie wepchnął moją pięćsetkę do swojej kieszeni i… zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć i wytłumaczyć się, wpisał mi zaliczenie.

Z jednej strony cieszę się, że „zaliczyłem” przedmiot, z drugiej czuję się niczym ostatni „ch#jek”, który przekupił wykładowcę, z trzeciej jestem wściekły, że straciłem mój zaginiony banknocik!


***


Gdy miałem jakieś piętnaście lat, złapałem bakcyla jazdy na deskorolce i wykorzystywałem każdy możliwy element miejskiej infrastruktury, aby uczyć się trików. Na moim osiedlu stoi taki wielki kościół z wielkimi schodami i dłuuuugą, stalową poręczą. Ja i kilku moich znajomych co wieczór spotykaliśmy się przed „domem bożym”, aby mozolnie trenować zjazdy na wspomnianej poręczy. Łatwe to nie było i co chwilę któryś z nas, w połowie drogi, spadał prosto na twarde schody, wrzeszcząc przy tym wniebogłosy. Siniaki, stłuczenia, zadrapania, a nawet krwawiące rany były ceną, jaką przyszło nam zapłacić za zdobywanie wiedzy godnej samego Tony’ego Hawka.

Pewnego wieczora, gdy jeden z nas po raz kolejny z rozpaczliwym jękiem wyrżnął o schody, wielkie drzwi kościoła otworzyły się i wyszedł stamtąd młody ksiądz. Energicznym krokiem podszedł do nas i wrzasnął:
- Czy naprawdę nie macie gdzie jeździć na tych deskach?! Wasze krzyki płoszą mi wiernych! Spowiadać w spokoju nie mogę!

Faktycznie, dotarło do nas, że co i rusz któryś z nas wydaje z siebie głośny ryk bólu, co rzeczywiście słychać w promieniu kilkudziesięciu metrów. Ksiądz spojrzał na nas groźnie, a następnie odwróciwszy się na pięcie, z powrotem pomaszerował do kościoła. Nagle jednak zatrzymał się i rzekł:
- …A skoro już musicie mi tu skakać, to chociaż moglibyście robić to jak należy!

I znów ruszył w naszą stronę, energicznie podwijając sutannę. Zawinął jej dolną część za pasek, a kiedy zbliżył się do nas, wyrwał mi deskę. Następnie wskoczył na nią i od niechcenia wykonał kilka niezłych trików. Zanim zdążyliśmy pozbierać szczęki z bruku, ksiądz rozpędził się i wskoczył na poręcz. Zjechał na dół bez większego problemu, a lądując wykonał efektowny obrót. Podbił deskę, złapał ją w locie i rzucił do mnie mówiąc:
- No! Tak się to robi, amatorzy!

Uśmiechnąwszy się złowrogo, wrócił do siebie, pozostawiając nas z rozdziawionymi gębami i poczuciem najgłębszego zażenowania. Parę dni później ciągnęliśmy słomki i oddelegowaliśmy do kościoła naszego oficjalnego posłańca, aby namówił duchownego do dania nam kilku lekcji. Ku naszej radości ksiądz zgodził się i od tego czasu przez dwa kolejne lata parę razy w miesiącu spotykaliśmy się przed jego „pracą”, aby wspólnie poskakać na deskach. Okazało się, że zanim poczuł powołanie, Adam, bo tak się zwał nasz nowy kolega, brał udział w zawodach deskorolkowych i miał w tej dziedzinie sporo sukcesów. Najfajniejsze jest to, że gość nigdy nie próbował nas nawracać. Traktował nas po prostu jak swoich uczniów i młodszych ziomków.
Do dziś mam z nim kontakt. Ostatnio nawet został proboszczem...


***



Na początku lata, za rogiem sklepu mojego stryjka, zaczęła handlować drobiazgiem z działki pewna starowinka. Stryjek to najprawdziwszy Janusz. Piwny bęben, wąs jak u Stalina i dumne nazywanie się "prezesem", mimo iż jest on właścicielem jedynie małego spożywczaka połączonego z warzywniakiem i kwiaciarenką ciotki. Jego teksty i zachowania czasami mnie przerażają.

Gdzieś w lipcu stryjek poszedł do starowinki i zagadał. Byłam pewna, że przegoni kobiecinę. Ale on kupił od niej trochę warzyw, kwiatki dla ciotki. Po kilku dniach poprosił mnie o pomoc w wypromowaniu się "na Internetach", bo on ma inicjatywę. Umówił się z babcią, że będzie kupował od niej cały towar i sprzedawał go u siebie po tej samej cenie co ona, żeby zarabiała, a nie musiała na starość pół dnia siedzieć pod sklepem w upale. Pani była znana na osiedlu, ludzie kupowali u niej 3/4 tego co miała. Wujek każdego klienta osobiście namawiał, by kupić coś z działeczki pani Jadwigi, towar pierwsza klasa, i opowiadał, jak się z nią umówił. Ludzie brali wszystko, a pani Jadwiga, jak się okazało, mając więcej czasu, zaczęła dziergać szydełkiem jakieś drobiazgi, klecić ozdóbki i to też trafiło do asortymentu. Ja pomogłam nagłośnić akcję.

Wilk był syty i pani Jadwiga cała :) Stryjkowi znacząco wzrosły obroty dzięki reklamie, a pani Jadwiga ma oficjalnie podpisaną umowę na to co produkuje i jej sytuacja finansowa z fatalnej poprawiła się na całkiem dobrą. Stryjek na rodzinnym obiedzie wyznał ostatnio, że zamówił u niej pieczenie ciast na okres świąteczny i wielkanocny, a produkty załatwi jej po swojej zniżce hurtowej i pomoże zarejestrować działalność, jeśli jej obroty przekroczą próg ustawowy.

Nie każdy Janusz jest tak chytry, jak go malują.

W poprzednim odcinku poznaliśmy naprawdę niezły sposób na, khe khe, przeziębienie.


Oglądany: 62750x | Komentarzy: 13 | Okejek: 278 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

13.12

12.12

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało