Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Te filmy nigdy nie zostały ukończone... a mimo to trafiły do kin!

52 313  
160   22  
Większość z tych produkcji doskonale znamy. Ba, nierzadko są to dzieła obsypane wieloma nagrodami oraz darzone przez kinomaniaków wielkim szacunkiem. Podczas seansu nie zdamy sobie sprawy, że w rzeczywistości mamy do czynienia z filmami niekompletnymi, wybrakowanymi lub najzwyczajniej w świecie – wypuszczonymi do kin w wersji nieukończonej!


Dawno temu w Ameryce

Filmowy majstersztyk romansującego z Hollywood mistrza Sergio Leone to absolutny klasyk kina gangsterskiego, który powinien znać każdy miłośnik dobrej rozrywki na najwyższym poziomie. Pierwotnie film trwał aż 269 minut, jednak reżyser postanowił urżnąć z gotowego dzieła 40 minut materiału. Kiedy jednak produkcja trafiła do międzynarodowej dystrybucji zdecydowano, że trwający prawie cztery godziny seans może być w dalszym ciągu zbyt długi dla widzów, więc zdecydowano o dodatkowych cięciach i „Dawno temu w Ameryce” pozbawione zostało kolejnych 90 minut cennej zawartości.


Po latach do obiegu weszła reżyserska wersja filmu. Udało się też odnaleźć zaginione 40 minut, które usunął sam Leone. Wprawdzie materiał ten nie trafił nigdy do oficjalnej dystrybucji, ale nie jest wykluczone, że wśród miłośników gangsterskiego klasyka krąży pierwotna, trwająca 269 minut wersja tego dzieła.

Superman II

Z perspektywy czasu film ten wydaje się cienki jak kompot z desek, jednak te niecałe 40 lat temu przygody latającego typa w czerwonych gaciach zapierały dech w cyckach. Reżyser Richard Donner zmuszony był przez studio do jednoczesnego kręcenia dwóch części Człowieka ze Stali. Planowano bowiem wypuścić oba filmy do kin w krótkim odstępie czasu. Początkowo nawet udawało się zgrabnie połączyć pracę na dwóch planach, jednakże pojawienie się potrzeby zmian w scenariuszu „Supermana II” oraz wykraczający poza budżet koszt efektów specjalnych zmusił Donnera do skupienia się na pierwszej części filmu.


Prawdziwe jaja zaczęły się jednak później, gdy reżyser zabrał się za kończenie „Supermana II”. Okazało się, że producenci mają zupełnie inną wizję tej produkcji niż reżyser. Kiedy nie udało się znaleźć porozumienia, Donner obraził się i porzucił ten projekt. W tej sytuacji studio szybko znalazło zastępcę na reżyserski stołek – doprowadzeniem zdjęć do końca miał teraz zająć się Richard Lester. Ta zmiana z kolei nie spodobała się Genowi Hackmanowi, który kategorycznie odmówił występowania w scenach kręconych przez nowego reżysera. W efekcie postać Lexa Luthora pojawia się na ekranie raptem parę razy i szybko znika. Pojawił się też problem z Marlonem Brando. Wprawdzie nakręcono z jego udziałem sporo materiału, ale wizja płacenia gwiazdorowi za dokrętki bardzo obciążyłaby budżet, więc momenty, w których pojawiał się Brando po prostu usunięto.
Pomiędzy zdjęciami kręconymi przez Donnera a tymi realizowanymi przez Lestera są dwa lata różnicy. W międzyczasie grający główną rolę Chrisopher Reeve znacząco przypakował, co dość mocno rzuca się w oczy – ze sceny na scenę bohater albo chudnie, albo drastycznie rośnie mu obwód bicepsa…


W 2006 roku studio Warner Bros znalazło sporo zachowanego materiału, który usunięto z pierwotnej wersji filmu. Zaproponowano więc Donnerowi dokończenie „Supermana II” zgodnie z własną wizją. Reżyser zgodził się. Niestety, pojawiły się przeszkody – scenariusz filmu wymagał dokręcenia kilku scen z tytułowym herosem, a Reeve był już od dwóch lat martwy. W tej sytuacji reżyser wraz z montażystą musieli improwizować, wykorzystując m.in. zachowane materiały z prób przed kamerą, kilka na nowo nakręconych ujęć oraz - co najważniejsze - wycięte sceny z Marlonem Brando. Ostatecznie w tej wersji „Supermana II” zobaczyć możemy mniej niż 20% materiału nakręconego przez Lestera!


Pogromcy duchów

Reżyser „Pogromców duchów” Ivan Reitman mocno spowalniał produkcję swojego dzieła, dbając o każdy detal. A tymczasem czas uciekał… Film miał trafić do kin latem 1984 roku, choćby miało się palić i walić. Producenci dopięli swego i produkcja miała swoją premierę w ustalonym terminie. Tyle że finalna wersja Reitmanowego dzieła pozostawiała wiele do życzenia, bo reżyserowi nie pozwolono dokończyć edycji scen z efektami specjalnymi. Gołym okiem widać było na przykład kable, za pomocą których filmowcy sterowali „piankowym potworem”. W innym fragmencie główni bohaterowie fruwają po ekranie na wyraźnie rzucających się w oczy linkach.
Podczas gdy Reitman nie krył swojego niezadowolenia, publiczność przymknęła oko na techniczne niedociągnięcia i z miejsca pokochała ten film.


Bohater ostatniej akcji

W latach 80. i 90. na topie było kino akcji podlane silną dawką testosteronu, takie okraszone naprężonymi mięśniami i lśniącymi od potu torsami hollywoodzkich koksów. Na początku ostatniej dekady ubiegłego wieku dwóch scenarzystów, Dam Leff i Zack Penn, wpadło na pomysł napisania historii parodiującej typowe amerykańskie „akcyjniaki”. Pomysł spodobał się grubym rybom z wytwórni Sony i już wkrótce znalazły się też pieniądze na realizację takiego projektu. Niestety, kiedy przyszło do konkretów, szybko przyszły i kłopoty. Najpierw pojawiły się problemy ze znalezieniem odpowiedniego reżysera (ostatecznie został nim John McTiernan), później w nieskończoność przeciągały się same zdjęcia, a Sony coraz bardziej naciskało na jak najszybsze zakończenie projektu.


Reżyser został zmuszony do ukończenia filmu w absurdalnie wręcz krótkim czasie, wywalając ze scenariusza mnóstwo scen. Po pierwszych testowych seansach jasne było, że „Bohater ostatniej akcji” to gniot jakich mało. McTiernan usiłował ratować swoje niedokończone dzieło i domagał się od wytwórni kilku tygodni na dokrętki, które mogłyby tę produkcję uratować przed katastrofą. Zgody jednak nie dostał. Film trafił do kin dosłownie tydzień po premierze „Parku Jurajskiego” i poniósł sromotną klęskę, stając się wyżerką dla świecących triumfy dinozaurów.

Hobbit

Peter Jackson po olbrzymim sukcesie „Władcy Pierścieni” wziął się za realizację „Hobbita” - książki, która w porównaniu do wspomnianej trylogii wygląda niczym krótkie opowiadanie dla dzieci. A mimo to reżyser zadbał o to, aby z niewielkiego materiału bazowego zrobić trzyczęściową superprodukcję.
Kiedy dzieła te trafiały do kin, wiele osób zwracało uwagę na pewne fabularne nieścisłości i niedopowiedzenia. Tak jakby w trakcie montażu ktoś celowo wyciął kilka losowych scen. No, cóż - tak właśnie było. Jackson najpierw nakręcił swoje filmy, następnie zmontował je, a na koniec z każdej części usunął od 13 do 25 minut materiału. W jakim celu? For money, baby! W ten sposób po jakimś czasie można było na nowo podbić rynek, wydając płyty Blue-ray z „Hobbitem” w tzw. wersji rozszerzonej, czyli… no, nie ukrywajmy – kompletnej. W ten sposób setki tysięcy fanów Tolkiena łyknęło haczyk i kupując to „ekskluzywne” wydanie napompowało kieszenie cwanych filmowców kilkoma dodatkowymi milionami dolców.


Don Quijote de Orson Welles

Pewnie słyszeliście o „Człowieku, który zabił Don Kichota” - to film, nad którym Terry Gilliam pracował od 1989 roku i z wielu powodów przez przez prawie 30 lat nie mógł swojego projektu doprowadzić do końca. Nie jest to jedyny reżyser, który próbując zrealizować filmową opowieść o błędnym rycerzu, sam zaczął walczyć z wiatrakami. W 1955 roku sam Orson Welles zabrał się za ekranizację powieści Cervantesa...


Początkowo finansowany z prywatnych środków Wellesa film miał być 30-minutową produkcją dla telewizji CBS, jednak z czasem projekt znacznie się rozwinął. Historia słynnego hiszpańskiego szlachcica i jego giermka przeniesiona została w czasy współczesne, a reżyser nie widział przeciwwskazań do kręcenia swojego dzieła, mimo że scenariusz do niego nie był ukończony. Kiedy Wellesowi skończyły się pieniądze, projekt został wstrzymany. Reżyser wrócił do niego w latach 60. i nakręcił kilka kolejnych scen. Najbardziej zaniepokojony przedłużającą się pracą nad filmem był hiszpański aktor Francisco Reiguera, wcielający się w tytułową postać. Pod koniec lat 60. podupadł on na zdrowiu i namówił reżysera do jak najszybszego nakręcenia wszystkich scen ze swoim udziałem.


Reiguera zmarł w 1969 roku, już po zakończeniu swojej pracy na planie „Don Kichota”. To oczywiście nie oznacza, że Wellesowi udało się doprowadzić to przedsięwzięcie do długo oczekiwanego finiszu. Nic z tych rzeczy. W latach 70. Orson nakręcił jeszcze sporo kolejnych scen oraz celowo zniszczył kilka taśm z zarejestrowanym już materiałem – w ten sposób wymazał cały fragment, w którym bohaterowie trafiają na Księżyc. Reżyser chciał, aby Don Kichot i Sancho Panza byli pierwszymi ludźmi, którzy tam dotarli. Tymczasem Amerykanie zorganizowali udaną wyprawę na naszego naturalnego satelitę. Welles wkurzył się i zniszczył ponad 100 minut materiału!
Tymczasem nastały lata 80. Orson zmienił tytuł filmu na „Kiedy wreszcie skończysz kręcenie „Don Kichota”?” i aż do swej śmierci w 1985 roku zaklinał się, że uda mu się doprowadzić ten projekt do końca.


Cóż, Wellesowi się to jednak nie udało. W 1990 roku jego współpracownik Jesus Franco postanowił zebrać pozostawiony przez twórcę „Obywatela Kane’a” materiał. Zadanie to było wybitnie karkołomne, bo taśmy z fragmentami nagrań zmarłego filmowca były w posiadaniu wielu różnych osób. Ponadto Welles kręcił „Don Kichota” w trzech różnych formatach, co później przysporzyło ogromnych problemów podczas montażu. Większość materiału udało się jednak zebrać do kupy i w 1992 roku „Don Quijote de Orson Welles” miał swoją premierę podczas festiwalu festiwalu w Cannes, a z czasem trafił na DVD. Wiele osób krytykowało tę decyzję uważając, że Franco złamał prawo zmarłego reżysera do… niekończenia swojego filmu.

Źródła: 1, 2, 3, 4, 5, 6

Oglądany: 52313x | Komentarzy: 22 | Okejek: 160 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało