Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Rzezie, egzekucje, obcinanie kończyn, gwałty i polowania na ludzi - oto kauczukowy reżim Leopolda II

104 444  
505   121  
Za każdym razem, gdy ktoś odznaczany jest prestiżowym orderem króla Leopolda II mam wrażenie, że równie dobrze osoby te mogłyby z uśmiechem na twarzy odebrać nagrodę imienia Adolfa Hitlera. Wyróżnienie za szczególne zasługi dla narodu belgijskiego ustanowione zostało przez jednego z największych sukinsynów, jacy kiedykolwiek mieli czelność stąpać po ziemi.


Panujący w Belgii od 1865 roku, wywodzący się z dynastii Koburgów król Leopold II znany był jako wielki filantrop, człowiek wspierający organizacje charytatywne, a nade wszystko – monarcha zaciekle walczący z niewolnictwem we wschodniej Afryce. Utworzona przez władcę organizacja zwana Międzynarodowym Stowarzyszeniem Afrykańskim ściągała zainteresowanie i datki możnych z całego świata, a sam król bardzo napierał, aby w imię szlachetnych pobudek zbadać rejony Konga. A okazja ku temu nadarzyła się jak na zawołanie!



Walijski dziennikarz i poszukiwacz przygód Henry Morton Stanley w 1878 roku, po siedmiu latach eksplorowania Czarnego Lądu, wrócił do Londynu z olbrzymią ilością bezcennej dokumentacji oraz stworzonymi przez siebie mapami. Stanley pragnął, aby z jego pomocą tereny Konga zaanektowane zostały przez Anglię. Władze jednak niezbyt entuzjastycznie zareagowały na ten pomysł. W każdym razie – nie tak bardzo, jak król Leopold II, który czym prędzej wykorzystał okazję do osiągnięcia swojego celu. Szczodry władca wyłożył potężną kwotę na kolejną ekspedycję Stanleya, a jednocześnie rozpoczął bardzo sprytną kampanię dyplomatyczną w Europie oraz USA.



Monarcha twierdził, że na terenie współczesnego Konga powinno powstać otwarte na handel państwo, w którym działać miały organizacje misjonarskie i filantropijne. Ogromne zaangażowanie w ekspedycje badawcze oraz charytatywne ciągoty Leopolda II bardzo spodobały się na międzynarodowej arenie i już podczas omawiającej kwestie afrykańskiej kolonizacji konferencji w Londynie belgijski władca stał się jedynym właścicielem utworzonego w 1885 roku Wolnego Państwa Kongo.
O tym, jaki miał być prawdziwy charakter nowego nabytku belgijskiego króla świadczył już przebieg finansowanej przez niego ekspedycji Stanleya. Ekipa „badawcza” nie bała się użyć siły ognia w stosunku do plemion, które okazywały niezadowolenie z obecności intruzów na swoich ziemiach. Kiedy podróżnik wrócił na Stary Ląd, miał na koncie spalenie przynajmniej 32 afrykańskich wiosek oraz niezliczoną ilość egzekucji ich mieszkańców. Znacznie dalej posuwali się jego podwładni, którzy czując się niczym dzieciaki w piaskownicy do woli korzystali ze wszystkich „zabawek”. A tymi według nich były afrykańskie kobiety, które przez białych, wąsatych przybyszów notorycznie były bite, porywane i gwałcone.
Leopold II tymczasem pompował pieniądze w dokładną dokumentację swoich ziem oraz w budowanie na niej dróg i mostów. Szybko okazało się, że na prywatnym, liczącym sobie 2 miliony km kwadratowych terenie ukryty jest skarb. A konkretnie – kauczuk!



Początkowo wysłannicy króla spotykali się z przedstawicielami lokalnych plemion i podsuwali im - pisane niezrozumiałym dla nich językiem - dokumenty do podpisu. Na tej podstawie Belgowie mieli pełną kontrolę nad ich ziemiami, a sami mieszkańcy byli zobligowani do pracy na rzecz białych. W pierwszym okresie istnienia Wolnego Państwa Konga,zbierający kauczuk z drzew Murzyni dostawali za swoją robotę pieniądze. Z czasem jednak Leopold II doszedł do wniosku, że skoro ziemia jest jego własnością, to ludzie na niej żyjący powinni mu płacić za możliwość mieszkania na prywatnym terenie belgijskiego pana. A zapłatą była katorżnicza praca…
Zbieranie kauczuku to dość niebezpieczne zajęcie. W praktyce polega ono na nacinaniu gałęzi pewnego gatunku drzewa. Szybko jednak trzeba było zacząć się na nie wspinać, aby dotrzeć do położonych wyżej „źródeł” cennej substancji. Wielu niewolników ginęło od upadku z dużej wysokości. A trzeba przyznać, że Belgowie bardzo postarali się o to, aby Murzyni byli odpowiednio zmotywowani do pracy i związanego z nią ryzyka.



Przede wszystkim Leopold II zadbał o to, aby mieć armię posłusznych mu lokalsów. Powołano więc oddziały czarnych żołnierzy, którzy pieczołowicie nadzorowali pracę. Tzw. Force Publique było niczym innym jak armią niewolników, na rozkaz Belgów brudzących sobie ręce krwią własnych braci. Za każdy objaw niesubordynacji strażnicy mieli prawo zabić sprawiającą kłopoty osobę, a następnie zanieść jej obciętą dłoń swoim przełożonym i w ten sposób rozliczać się ze zużytej amunicji. Problem w tym, że kul było mało, a wielu członków Force Publique cierpiało z powodu głodu. Często więc dochodziło do sytuacji, w której strzelano do zwierząt, a dłoń urzynano jakiemuś żywemu nieszczęśnikowi.



Aby zmusić ludzi do wydajniejszej pracy, Belgowie opanowali też metody psychologicznego terroru. Często brano np. zakładników – kobiety i dzieci, tylko po to, aby mężowie i ojcowie pracowali jak najciężej mając świadomość, że niedostarczenie odpowiedniej ilości kauczuku skończy się bezpardonową egzekucją najbliższych. Każdy wzorowy pracownik otrzymywał nagrodę w postaci możliwości wykupienia swojej rodziny za cenę hodowanego przez siebie drobiu lub innej ustalonej wcześniej „waluty”.
Nie wszyscy z komisarzy wyznaczonych do trzymania pieczy nad pracownikami uciekali się do mordowania tych, którzy mieli problemy z utrzymaniem odpowiedniej wydajności, lub też za plecami strażników wzbogacali kauczuk żywicą z innych drzew, aby zwiększyć objętość swoich zbiorów. Ci co bardziej „litościwi” nadzorcy woleli np. dla przykładu obciąć dłoń nazbyt opieszałemu Murzynowi – tak aby inni wiedzieli, czym grozi obijanie się w pracy.



Jeśli jednak okazywało się, że cała wioska ma problem z odpowiednią produktywnością, albo np. dostarczali kauczuk marnej jakości, do akcji wkraczała armia, która mordowała większość mieszkańców, paliła domy i brała do niewoli dzieci.
Jednym z najbardziej znanych symboli okrucieństwa ogarniętego kauczukową gorączką belgijskiego króla jest ta fotografia:



Mężczyzna, którego widzicie na zdjęciu, nie wyrobił narzuconej normy. Za karę jego pięcioletniej córce obcięto dłoń i stopę. Po zabiciu dziewczynki oraz jej matki kończyny dziecka zaniesiono mężczyźnie w formie upiornego trofeum i dowodu na to, że bumelanctwo nie popłaca.
Sadyzm „cywilizowanych” Europejczyków do dziś szokuje. Istnieje sporo doniesień o urządzanych „dla sportu”polowaniach na Murzynów. Władca, który głosił chęć walki z niewolnictwem w Afryce i zakładania tam wiosek misjonarskich, bez mrugnięcia okiem patrzył na to, jak tysiące ludzi umiera z głodu, wycieńczenia lub bestialskich praktyk belgijskich żołnierzy. Umrzeć można było z wykrwawienia po obcięciu kończyny lub też np. w wyniku mocnej chłosty zadanej tzw. chcotte, czyli batem wykonanym ze skóry hipopotama. Można też było zarobić kulkę w łeb podczas organizowanych przez Belgów konkursów w strzelaniu do ludzi.
Do Wolnego Państwa Konga ściągały setki możnych Europejczyków zachwyconych nie tylko okazją dorobienia się na eksploatacji lokalnych dóbr, ale i tym, że można tam sobie bezkarnie strzelać do „czarnych małp”, a za zabicie niewolnika, gwałcenie kobiet i torturowanie kilkuletnich dzieci nie grozi żadna kara! W tym afrykańskim raju zamieszkało sporo najprawdziwszych psycholi, którzy w każdych innych warunkach zawiśliby na sznurku.



Król Leopold doskonale zdawał sobie sprawę, co się dzieje w Kongu. Miał dostęp do wszystkich raportów, w których z dużą dokładnością opisywano okrucieństwa, jakie miały tam miejsce. Bardzo ponoć przejął się tymi wieściami. I absolutnie nie chodzi tu o jakiś odruch człowieczeństwa. Przecież to on sam był bezpośrednim pomysłodawcą i organizatorem tego „piekła”. Władca bardziej obawiał się, że dokonywane przez Belgów zbrodnie wyjdą na jaw. Z wielką pieczołowitością dbał więc, aby do opinii publicznej nie dotarły żadne oficjalne dowody tego, co działo się w Wolnym Państwie Kongu. A mimo to pewne informacje i plotki docierały... Przez całe dekady jednak nikt za bardzo nie zaprzątał sobie nimi głowy. Do czasu.
W 1896 roku młody, bo niespełna dwudziestoletni Brytyjczyk Edmund Morel zatrudniony został jako armator w firmie niejakiego Eldera Dempstera. Ten ostatni posiadał monopol na obrót towarami pomiędzy Wolnym Państwem Kongo a Anglią. Posługujący się językiem francuskim Morel miał pełny wgląd w całą dokumentację firmy. Po wnikliwej ich analizie zauważył, że statki płynące do Afryki po brzegi wypełnione są bronią. Zaniepokojony tym odkryciem mężczyzna zaczął prowadzić własne śledztwo. Doszedł do tego, że w Kongu Belgowie zorganizowali wielką plantację kauczuku, którego pozyskiwaniem zajmują się czarni niewolnicy. Zebrawszy odpowiednią ilość dowodów (w tym i pokaźne ilości fotografii) na temat rzezi, których Europejczycy dokonywali na lokalnych mieszkańcach, Edmund szybko stał się jednym z najważniejszych krytyków działalności króla Leopolda II. To właśnie dzięki Morelowi ruszyła pierwsza w XX wieku kampania na rzecz praw człowieka.



Raporty, dokumenty i zdjęcia, które rozpowszechniane były w wielu krajach, a także gazetowe publikacje oraz książki na temat zbrodni, których dokonywali Belgowie, wpłynęły nie tyle co na władze mocarstw, ale na zwykłych obywateli. Do akcji włączyli się też pisarze – Joseph Conrad, Mark Twain, czy Arthur Conan Doyle. Dopiero potężna presja społeczna i głos opinii publicznej sprawił, że politycy światowych mocarstw zaczęli otwarcie krytykować Leopolda II. W 1908 roku przyparty do ściany król zdecydował się sprzedać swój prywatny teren państwu. Odtąd ziemie te zwane były Kongiem Belgijskim.
Czy ta formalność coś zmieniła? Tylko częściowo. Nie dochodziło już do zbrodni na tak dużą skalę, ale w dalszym ciągu normą były egzekucje, cielesne kary, a nawet celowe kłócenie ze sobą plemion, aby nie dopuścić do większych buntów.



Wracając do wspomnianego we wstępie Orderu Leopolda II, którym to zwykło się odznaczać szczególnie zasłużonych dla kraju obywateli – na cześć tego monarchy nie powinno się nazywać nawet leśnych latryn, a jednym wyrazem szacunku dla tego człowieka winien być parujący stolec złożony na jego mogile.

Szacuje się, że człowiek, który przez 23 lata był jedynym właścicielem afrykańskiego państwa i przez ten czas łapczywie wysysał z niego to, co najcenniejsze (od kauczuku po kość słoniową), miał na rękach krew od 5 do nawet 15 milionów ludzi!

Źródła: 1, 2, 3, 4, 5, 6, 7

Oglądany: 104444x | Komentarzy: 121 | Okejek: 505 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

13.12

12.12

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało