Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Wujek Janusz, naga fotka i inne anonimowe opowieści

70 391  
300   36  
Dziś przeczytacie o pewnym metalowcu, propozycji spotkania, ostrej współlokatorce, przygodzie dziadka i bardzo nietypowej metodzie wychowawczej.


O tym, jak zostałem metalowcem. Liceum. Zawsze byłem takim trochę odludkiem, a zmiana szkoły dodatkowo potęgowała mój introwertyzm.

Na jednej z przerw, podczas palenia fajki w męskim kiblu, poznałem grupę fajnych gości. Długie pióra, czarne koszulki, glany. Bujałem się trochę z nimi. Pożyczali mi płyty z mocnym graniem, a pewnego dnia zaproponowali, abym poszedł z nimi na koncert. Zgodziłem się.

Nie mam pojęcia co to była za kapela. Jej nazwa werbalnie brzmiała jak odgłos godowy zapowietrzonego indyka, natomiast logo zespołu przypominało trochę pajęczynę pająka z zaburzonym zmysłem orientacji. Mniejsza o to. W każdym razie - muzyka ekstremalna.

Na sali z pół tysiąca potężnych wikingów ze srogimi minami przebijającymi się przez mroczne brody. Koncert rozpoczął się, a z moi nowi kumple pobiegli gdzieś w młyn. Ja – niewysokie chucherko w okularach i z aparacikiem na zębach zostałem przy wejściu.

Chciałem się jakoś odnaleźć na tej imprezie, więc nieśmiało tupałem sobie nóżką i potrząsałem głową udając, że moja (nie dłuższa niż wykałaczka) grzywka, zamiata kurz z podłogi. W pewnym momencie, stojący na scenie wokalista ryknął do mikrofonu: „Let’s do the wall of deaaaath!!!”.

Tłum zbrojnych orków rozstąpił się.

Teraz sala była podzielona na dwie grupy, między którymi ciągnął się dwumetrowy korytarz. Myślałem, że lider zespołu wbiegnie w publikę i kłusując stworzonym przejściem, będzie wszystkich pozdrawiał. Jak prawdziwy papież metalu!

Wcisnąłem się więc między ludzi i zacząłem brnąć w kierunku pierwszego rzędu. „Ależ mi będą zazdrościć, gdy typ przybije mi piąteczkę!” - myślałem. Udało się. Stałem już z przodu, gotowy do akcji. Nie takiej się jednak spodziewałem...
Plaaask!!! Obie „armie” natarły na siebie tak mocno, że dosłownie – siła uderzenia wystrzeliła mnie w górę. Zanim odleciałem w nieznane, ktoś mnie złapał i cisnął niczym kukiełkę gdzieś na bok. Konkretnie - wprost na podeszwę buta przelatującego w pobliżu, bardzo zdziwionego swoim położeniem, metalowca. Upadłem na glebę. Jakiś pijany grubas po mnie przebiegł, ktoś się potknął, ktoś nadepnął.

W końcu pewna dobra, brodata dusza podniosła moje zbezczeszczone zwłoki z ziemi i trzymając za kołnierzyk podartej koszulki, wyniosła z tłumu niczym wymiętoszoną szmatę do podłogi. Koleś walnął mnie niedbale przy drzwiach i wrócił w tany.
Jeden z ochroniarzy wezwał karetkę.

Gdy później leżałem w domu oblepiony gipsem od stóp do głów, z słuchawek discmana sączyły się dźwięki honduraskiej muzyki medytacyjnej. Metal chyba jednak nie był dla mnie...

* * * * *

Od kilku miesięcy jestem zakochany w pewnej dziewczynie. Z racji na moją wrodzoną nieśmiałość nie byłem w stanie zrobić żadnego kroku ani nawet w jakikolwiek sposób zasugerować, że chciałbym pójść z nią na randkę.

Dziś postanowiłem coś z tym zrobić i napisałem do niej na Messengerze. Zaproponowałem jej kawę i pączka na mieście. Zgodziła się od razu. Prawie oszalałem ze szczęścia! Zapytałem, kiedy będzie gotowa. Oto co mi odpisała:
- Za 20 minut. No, może za 40… Zależy, ile mojemu facetowi zajmie dziś „szybki numerek”. Jest zmęczony po pracy, więc może skończy szybciej...

* * * * *

Studiuję na dość znanej uczelni ekonomicznej. Wynajmuję mieszkanie na spółkę z dziewczyną, którą poznałam na 1 roku. Bardzo podziwiam moją współlokatorkę. Agata ma świetne stopnie, nigdy nie zawaliła sesji. Jest dosyć atrakcyjna, ale nie gania za chłopakami. Zawsze sprząta, jeśli nabałagani, wszystkie opłaty robi na czas. Jest dla mnie miła, uprzejma, zawsze pomoże, doradzi. Ale najbardziej podziwiam jej wątrobę, żołądek i głowę. Agata chleje jak smok wawelski z Wisły. Do śniadania zawsze walnie sobie piwko albo szklankę winka. Zimą na zajęcia nosi termos z herbatą z miodem. I z wódką. Latem butelkę z sokiem z lodem. Też doprawionym. Potrafi w środku tygodnia wyjść na techno party, schlać się do granic wydolności ludzkiego organizmu i następnego dnia siedzieć 11 godzin na uczelni, świeża i pełna energii. Może to przez to, że łyka leki jak cukierki. Żadne narkotyki, trzyma je we wspólnej łazience, zwykłe leki z apteki. Ale ilości mnie porażają. Potrafi łyknąć pół opakowania mocnych piguł przeciwbólowych i najnormalniej funkcjonować. Albo łyknąć garść tabletek do obiadu, "bo się nie może odprężyć dzisiaj".

Niedawno podczas imprezy, na której byłyśmy, doszło do bójki. Jakiś koleś rzucił butelką i przypadkiem trafił Agatę w szczękę. Poraniona, z połową twarzy we krwi, spuściła kolesiowi łomot, wróciła do naszego mieszkania i dopiero się opatrzyła. Ani razu nie powiedziała, że coś ją boli.

Mieszkam z Terminatorem w sukience.

* * * * *

Mam takiego nieobliczalnego wujka, co to z wyglądu trąci Januszem, ale pod warstwą tłuszczu, wąsów i czerwonego lica kryje się iście demoniczna maszyna do generowania obciachu. Jak ten facet czasem coś walnie, to człowiek najchętniej zapadłby się głęboko pod ziemię i zapłakał rzewnie.

Parę lat temu jechałem z wujkiem nad morze. Przeprawa koleją państwową miała nam zająć ok. 6 godzin, więc kiedy szliśmy korytarzem, modliłem się, aby trafił nam się pusty przedział. Niestety – wszystkie były już częściowo zaludnione, więc wujek wybrał ten, w którym siedziała jakaś matka z kilkuletnim brzdącem. Dzień dobry, wolne? Ależ tak, oczywiście. Bęc! Manele na półkę.
Dzieciak był trochę rozskakany, więc jego mama, chcąc zrobić nam miejsce na nasze szlachetne tyłki, zwróciła się do swej pociechy słowami:
- Usiądź tu sobie z boczku…
Wujek tylko na to czekał. Wąs mu się nastroszył, na twarzy wykwitł rubaszny uśmiech, a z ust poleciała błyskotliwy one-liner:
- ZBOK! Jakie piękne imię!

Nawet nie zdajecie sobie sprawy, jak bardzo krępująca jest niezręczna cisza, która trwa przez sześć godzin...

* * * * *

Kurczę, ale obciach, ale wstyd... Chcę zapaść się pod ziemię i zostać tam przez najbliższe dwa wieki…

Od paru tygodni spotykam się ze wspaniałą dziewczyną. To dość intrygująca historia – poznałem ją u mechanika, który reperował mi auto. Okazało się, że to jego córka. Jakoś tak potem na nią wpadłem, zaprosiłem na kawę. Wypaliło. Zaczęliśmy się spotykać i pisać dużo SMS-ów. Zapisałem ją sobie w komórce jako „Mechanika córka”. Tak dla beki.

Pewnego wieczora, kiedy mój kilkudniowy wyjazd w góry uniemożliwił mi spotkanie z moją nową dziewczyną, zaczęliśmy trochę świntuszyć. Ona napisała coś sprośnego, ja odpisałem. Śmiesznie było. Uradowałem się, gdy wysłała mi fotkę swoich nagich piersi. Nawet mnie to trochę podjarało.

W kolejnej wiadomości poprosiła, abym tym razem ja wysłał jej jakieś zdjęcie. Niewiele myśląc pobiegłem do ubikacji, zamknąłem się w kabinie i uwieczniłem wizerunek mego przyrodzenia, starając się, aby wyglądało ono jak najbardziej okazale. Klik. Wysłane. I dopiero wtedy doszło do mnie co się właśnie odwaliło. Chcąc wklepać w pole odbiorcy „Mechanika córka”, kiedy zacząłem wprowadzać pierwsze litery, automatycznie pojawił się „Mechanik”. I to właśnie jemu, czyli ojcu mojej dziewczyny, wysłałem fotografię mojego Wacka.

Tring! - dostałem odpowiedź. Bałem się, jak cholera. Otworzyłem wiadomość. Okazało się, że facet wysłał mi reklamę skutecznej metody powiększania penisa...

* * * * *

Historia trochę typu "Urban legend" jest w mojej rodzinie odkąd pamiętam.
Dziadek w czasach swej młodości mieszkał na wsi - ale takiej prawdziwej, "głębokiej" wsi, gdzie do najbliższego sąsiada było z 800 metrów. Domek pośrodku niczego, otoczony lasami. Dziadek pracował w mieście na popołudniową zmianę. Czasy, w których nikt nie miał auta, wszędzie się chodziło i samemu wszystko nosiło. Do przystanku autobusowego miał około 1,5 kilometra przez las lub 4 km drogą. Zazwyczaj wybierał skrót.
Niestety, ponieważ kończył pracę o 22, najczęściej do skrótu docierał koło północy.

Tej nocy gdy działa się historia właściwa, było wyjątkowo paskudnie. Koszmarna ulewa, deszcz lał się z góry i zacinał wraz z silnym wiatrem. Dziadek wybrał las, by choć trochę uchronić się przed deszczem. Niewiele mu to dało.

Dziadek szedł (a właściwie usiłował iść) leśną dróżką. Była już prawie północ. Wtem, w środku lasu, nagle zatrzymał się i stanął jak wryty. Zobaczył, że na środku ścieżki leży... trumna. Blask błyskawicy oświetlił ją dokładnie, a wycie dzikich zwierząt z oddali sprawiło, że oblały go zimne poty. Nogi zrobiły mu się z waty i nie był w stanie zrobić nawet kroku.
Stał tak, nie wiedząc jak długo. Deszcz powoli ustawał. Wydawało się, że dziadek powoli się uspokaja, lecz nagle... trumna zaczęła się otwierać. Tylko cud sprawił, że dziadek nie dostał wtedy zawału.
Z trumny wyszedł... sąsiad.
"O, cześć Kazik! Tak lało, że schowałem się przed deszczem. Wiesz, teściowa mi dzisiaj zmarła i niosłem trumnę, bo jutro pogrzeb".

* * * * *

Mam córkę. W wieku 4/5 lat (czyli niby duże i rozumne dziecko, okazuje się, że jednak nie) robiła kupę po kątach, którą znajdywaliśmy po czasie, gdy zaczęło cuchnąć w całym pokoju lub domu. Poważnie, nie wiem jak to robiła, ale nieźle się z tym kryła.

Byliśmy tą sytuacją wykończeni, bo może się to wydaje błahe, ale czuliśmy wszechobecny smród, potrafiła zrobić kupsko do kosza ze świeżym praniem, do zmywarki, w najciaśniejszych miejscach, skąd ledwo dało się to gówno wyciągnąć, potrafiła się zesrać i wetrzeć to w ścianę, no obrzydlistwo, mimo że to były dzieła mojego dziecka.

Któregoś razu, kiedy przyłapałem ją na gorącym uczynku, zaczęła zwiewać. Nie myśląc złapałem jeszcze ciepłe gówno i w bieg za bachorem. Z chorą satysfakcją wtarłem jej wszystko w twarz. Wiem, ojciec sku*wiel.

Żona do tej pory się zastanawia nad cudownym uzdrowieniem.
Niczego nie żałuję.

Oglądany: 70391x | Komentarzy: 36 | Okejek: 300 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało