Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Wredna kioskarka Gienia zaorana i inne anonimowe opowieści

51 193  
209   20  
Dziś przeczytacie także o pewnej randce, podrywie na siłowni, rozmowach przy rodzinnym stole i dziwnym zamiłowaniu małej dziewczynki.


Jak w co drugi dzień przyszedłem na moją siłownię. Przebrałem się i po rozgrzewce siadam na rower, zaczynając dzienną porcję cardio. Po niedługiej chwili na rower obok mnie (90% z nich były wolne) siada dziewczyna w wieku około 25 lat, którą kojarzyłem z widzenia, jak przewijała się gdzieś po siłowni.

Nie minęło 5 minut, a dziewczę zsiadło z rowerka, oparło się łokciem o kierownicę i wyciągając dłoń w moim kierunku powiedziało: "Cześć, Magda jestem". Trochę skonfundowany uścisnąłem jej dłoń podając swoje imię, nie przywiązując do sytuacji większej wagi i nie przestając pedałować wróciłem do oglądania National Geographic.
Następne słowa wypowiedziane przez Magdę jasno nakreśliły intencje niewiasty: "Widziałam, że przyjechałeś ładnym samochodem...".

W pierwszej chwili chciałem od razu zakończyć rozmowę, ale pomyślałem że to jednak może być ciekawe, więc odpowiedziałem jedynie "Dziękuję", kręcąc kolejne okrążenia na rowerze treningowym. Na reakcję Magdy nie musiałem długo czekać... Wymownym gestem odgarnęła grzywkę za ucho i zalotnym, przyciszonym głosem powiedziała: "A ja też jestem ładna".

Starałem się zachować poważny wyraz twarzy, próbując powstrzymać paniczny wybuch śmiechu. Wiedziałem, że w tym momencie muszę skończyć konwersację, więc aby szybko ją zgasić, dalszy ciąg rozmowy wyglądał następująco:
- Wiesz, Magda, w sumie masz coś wspólnego z moim BMW.
- Tak? A co takiego? Powiedz! No powiedz!
- Lekko się prowadzisz...
Dziewczyna momentalnie dostała buraka na twarzy, obróciła się na pięcie, poszła do szatni i już nigdy więcej jej nie widziałem :) Może i zachowałem się trochę po chamsku, ale serio, polecieć na samochód? :D



***

Ostatnio umówiłem się na długo wyczekiwaną randkę z bardzo fajną dziewczyną - Gosią.

Tak bardzo się tym przejąłem, że wziąłem prysznic (Ha! Czasem trzeba!), wzorowo ogoliłem się, przyczesałem włos i wystroiłem się niczym kogut na otwarcie kurnika. Założyłem świeżutką, wyprasowaną koszulę i eleganckie spodnie. Do tego modna marynarka i krawat w Muminki. Mieliśmy iść do takiej hipsterskiej restauracji, a potem do teatru na polecany przez wszystkich musical.

Wsiadłem w taksówkę i już po chwili… stałem w korku. Szlag mnie trafił, bo zacząłem się pocić. Wyobraziłem sobie, że dotrę na randkę mokry i śmierdzący niczym stary żul. Wcisnąłem więc taryfiarzowi dwie dyszki i wyskoczyłem wprost na przystanek tramwajowy. Zaleta tego transportu jest taka, że tramwaje rzadko stoją w korkach. Usiadłem na ławeczce i od razu zorientowałem się, że coś jest nie tak. Pomacałem się po tyłku. Guma do żucia! Jakiś debil przylepił ją do deski.

Kiedy podjechał tramwaj, ja zdrapując z zada resztki lepkiej substancji, wtoczyłem się do środka i usiadłem koło babki z małym dzieckiem. Brzdąc od razu poprawił mi humor. Rechotał tak pociesznie, uśmiechał się do mnie, robił miny, machał mi przed nosem jakąś grzechotką, a na koniec narzygał na mnie świeżo wypitym mlekiem wyssanym parę minut wcześniej z cyca swojej mamy. Ufajdał mi wszystko – od spodni, przez koszulę na krawacie z Muminkami skończywszy.

Wysiadłem z tramwaju i zrezygnowany zadzwoniłem do Gosi, aby przeprosić ją i przełożyć randkę. Ku mojemu zaskoczeniu dziewczyna powiedziała, żebym się nie przejmował i wpadł do niej na szybkie pranie. Całą resztę dnia przesiedziałem ubrany w jej przykrótkie dresy, jedząc zamówioną pizzę, oglądając głupie komedie, pijąc wino i śmiejąc się do rozpuku. Prawdę mówiąc była to udana randka, bo ciuchy, mimo ogromnego upału, mi nie wyschły i zostałem u Gosi na noc...



***

Moja babcia na starość zrobiła się wyjątkowo zgryźliwa. Narzeka na wszystko, ale najczęściej – na młodzież. Że niewychowana, że miejsca w autobusie nie ustępuje, że w Boga nie wierzy, że na godło pluje…

Jakiś czas temu zaprosiliśmy babcię na obiad. Podczas wieczerzy, jak zwykle, seniorka naszego rodu rozpoczęła swój posępny monolog. Tym razem na temat złego prowadzenia się nastolatków. Dzielnie znosiliśmy przemowę o tym, że młode dziewczyny puszczają się z kim popadnie, i to w coraz młodszym wieku, i że zmieniają facetów jak rękawiczki. A potem dzieci się rodzą niechciane i chodzą te nastoletnie matki z tymi wrzeszczącymi bachorami wszędzie!

O ile moi rodzice i ja nie przejmowaliśmy się za bardzo babciowym marudzeniem, to już moja siostra, która ostatnio przechodzi przez okres buntu, w końcu nie wytrzymała i ryknęła:

- Babciu! Przypominam ci, że ty sama masz trzynaścioro dzieci, pięciokrotnie zmieniałaś mężów, a pierwszy raz w ciążę zaszłaś mając piętnaście lat!

Przy stole zrobiło się tak cicho, że spokojnie mogliśmy usłyszeć nasze kwasy żołądkowe trawiące schabowego. Cóż, babcia nie miała żadnego kontrargumentu, bo moja siostra powiedziała samą prawdę. Starowinka zrobiła się czerwona i niezbyt zgrabnie zmieniła temat.

- Khem... Dobra ta sałatka z zimnioków, ale zdecydowanie za dużo dajesz majonezu. Cholesterol! Mówi ci to coś? - burknęła w kierunku mojej mamy.



***

Mojej 5-letniej córce zawsze szalenie podobały się moja dość obfita broda i wąsy. Można wręcz powiedzieć, że to jej fetysz. Nie mniejszym jest owłosienie na moich rękach, nogach i torsie. Każdy kot ma +100 do urody za sam fakt posiadania wąsów (wiem, że to są wibrysy), podobnie jak pies, ryba czy ptak, która posiada coś na kształt zarostu. Teriery, sumy, dorsze, niektóre żuki i jarząbki to jej ulubione zwierzątka, bo mają "zarost" jak tata. Czesanie albo zwyczajne głaskanie mojej brody to jej ulubione zajęcie. Po prostu tak ma i już. Cóż, pewnie po mamie...

Ostatnio przywitał mnie w domu karłowaty wilkołak. Żona raz, że chciała, abym to zobaczył, a dwa, nie bardzo wiedziała, jak to ogarnąć.

Córka dorwała się do szuflady, gdzie trzymam zapas wszelakich klejów, w tym cyjanopanu. Nie umiała rozbroić zamka, więc po prostu niczym dzięcioł, na raty, przez kilka dni wydłubywała z "pleców" PRL-owskiej komódki sklejkę, aż nie powstała dziura. Następnie bardzo ostrożnie brała po kępce każdej zebranej w domu sierści/włosów, maczała w kleju i się tym oklejała. Materiał podobno zbierała od miesięcy.

Operacja odwilkołaczania była długa, ale dziecko nie odniosło żadnego uszczerbku na zdrowiu, a jedynie na dumie. Tak rozpaczała, że wyciągnąłem z szafy prababcine futro i zaniosłem do kolegi kuśnierza, żeby uszył jej własny, kudłaty kożuszek. Zostało nam wybaczone i mała chodzi w nim po domu/u rodziny/po ogródku od wiosny dzień w dzień. W te nieludzkie upały ostatnio też w nim chodziła. Ludzie mają nas za chorych psychicznie, nasłali na nas MOPS, byliśmy z tym u dziecięcego psychologa i cóż... ten typ tak po prostu ma. Przynajmniej jest szczęśliwa.



***

Jak byłem mały, to na naszym osiedlu mieliśmy taki mały kiosk z gazetami, jakimiś tandetnymi zabawkami, pocztówkami i całą gamą tanich pierdół.

Interes ten prowadziła pani Gienia – kawał wrednego babska, które miało w zwyczaju rozpoczynać biznesy ze swoimi klientami od pytania „Czego?”. Ponadto notorycznie źle wydawała resztę (oczywiście - na swoją korzyść) i do przesady wręcz nienawidziła dzieci. A my dzieciakami byliśmy i za każdym razem, gdy kupowaliśmy w tym kiosku wafelek „Kukuruku”, narażeni byliśmy na pełne pogardy spojrzenia i wyburkiwane pod nosem złośliwości.

Pewnego razu, po jednej z dostaw, w asortymencie babiszcza pojawiły się kłódki na kod, z takim pokrętłem, jak od sejfu. Każda z nich miała przypisane do siebie cztery cyfry, za pomocą których otwierało się zamek. Kiedy wracaliśmy z kumplem ze szkoły, w naszych głowach narodził się pomysł godny jedynie prawdziwego geniusza zła.

- Kłódkę poproszę - rzekłem do naburmuszonej kobiety, której mina wskazywała oburzenie faktem, że oderwaliśmy ją od rozwiązywania krzyżówek panoramicznych.
- Osiempiesiąt… - mruknęła baba, rzucając nam przed nos pudełko.
Kolega zaczął grzebać w kieszeni, a ja szybko wyjąłem kłódkę z opakowania i założyłem ją na skobelek, którym kioskarka zamykała co wieczór swój „lokal”.
- Wie pani co? Jednak podziękuje za tę kłódeczkę. Powiesiłem ją pani tutaj przy drzwiczkach... Kod to kombinacja cyfr 3, 6,1 i 9. Musi pani pokombinować. Ma pani tylko 256 możliwości! - krzyknąłem na odchodne.

Upiorne babiszcze zostało uwięzione w swej grocie, a my z ukrycia obserwowaliśmy, jak przez resztę popołudnia jej mąż trzymając w dłoni notesik usiłował rozgryźć kod. W końcu dał sobie spokój, bo pani zachciało się pilnie iść do ubikacji, więc w ruch poszedł jakiś stary brzeszczot, którym facet przeciął kłódkę.

Dziś bym takiego numeru nie powtórzył, ale chyba trochę jest prawdy w tym, że dzieci często wykazują iście psychopatyczne skłonności...



***

Dawno, dawno temu, jakoś tak jeszcze pod koniec ubiegłego wieku, znany i dość kontrowersyjny artysta Zbigniew Hołdys wydawał pewien magazyn. Był to muzyczny miesięcznik o nietypowej nazwie - ”Ultra szmata”. Pisemko pełne było wywiadów z czołowymi polskimi rockersami, recenzjami interesujących albumów i co najważniejsze – charakteryzowało się mięsistym, czarnym humorem, który absolutnie do mnie, nastoletniego metalowca, trafiał.

Najlepszym sposobem na zdobycie tego niskonakładowego tytułu była wizyta w Empiku. Czasem jednak nie chciało mi się do tego sklepu jechać, więc pytałem o magazyn w osiedlowych kioskach, co – jak się okazało – nie zawsze było dobrym pomysłem.

- Dobry! - przywitałem się z grubą, starszą panią przysypiającą w lokalnej budce Ruchu. – Czy jest „Ultra szmata”?
W ciągu ułamka sekundy lico kioskarki przybrało kolor czereśniowej czerwieni.
- O, ty gówniarzu pierd#lony! - wrzasnęła kobieta. – Obrażać mnie będzie, gnojek! Psi syn! Bachor! Bodaj cię diabły zabrały! Czeeeekaj, no…! - Rycząc niczym rozjuszony bawół, otworzyła drzwiczki swojej budy, wypadła z kiosku i wymachując parasolką zaszarżowała wściekle w moim kierunku.

Co miałem robić? Rzuciłem się do ucieczki krzycząc rozpaczliwie, że naprawdę istnieje takie pismo, że jest bardzo ciekawe, że Hołdys, że wywiady z cenionymi artystami, że humor, że nakład niski… Goniła mnie przez dwie przecznice, jak jakaś rozsierdzona bestia. Widok musiał być mocno absurdalny. Oto biegnie, błagając o litość, powiewając za sobą długim włosiem, odziany na czarno metalowiec, a zaraz za nim, kręcąc parasolką młynki, otyła starsza pani, rycząca niczym ranny dzik broniący swego terytorium.

W końcu zmęczyła się i odpuściła. Do dziś jednak nie zapomnę wstydu, którego się najadłem. Tych wszystkich śmiejących się przechodniów, trąbiących samochodów i dzieci wytykających mnie palcami. To był ostatni raz, kiedy po „Ultra szmatę” poszedłem do kiosku.



***

Kumpel z pracy mnie poprosił, żebym mu kompa ogarnął, bo mu się wiesza non stop. Miałem wpaść ok. 18:00, jakoś 30 min wcześniej zadzwonił i powiedział, że musi coś ogarnąć na mieście, ale żona mnie wpuści i mogę działać... No to przylazłem, dzwonię domofonem i mówię, że ja do komputera. Baba do mnie, że ona nic nie wie, se myślę pewnie zapomniał, więc tłumaczę, że od Marcina jestem. Zamek zabzyczał, pakuję się na górę, kobita otwiera mi drzwi - patrzę, coś za stara na jego żonę, no ale może z matką mieszka... Pytam, gdzie komputer, a ona mi otwiera pokój i mówi, że zaraz kabel przyniesie, bo syn za dużo przy kompie siedzi i musi chować... Trochę dziwne, ale co tam, różne ludzie mają pomysły. Odpalam, sprawdzam, muli strasznie, miejsca na dysku brak, no to siadamy razem z panią i zaczynamy wywalać, co niepotrzebne. Zaczęła się żalić, że to wszystko przez syna, bo gra w jakąś grę i non stop coś ściąga. Sprawdzam, faktycznie folder "Tibia" zajebiście wielki, no to co? Wywalamy! Komp trochę odżył, zaczynam instalować antywira, wszystko gotowe, trojany skasowane, nagle dzwoni kumpel:
- To będziesz dzisiaj?
- Już jestem, masz wszystko zrobione.
- Co ty pier..., przecież cię u mnie nie ma...
Chwila zastanowienia i mówię:
- Dobra, zaraz oddzwonię.
Szybka ewakuacja, babka w korytarzu pyta, ile za usługę. Skasowałem 20 PLN, uciekam, w drzwiach mijam synka, ok. 15 lat.
- Mamo, kto to jest?
- Pan od komputera.

Zostawiam numer telefonu (9 losowych cyfr), polecam się na przyszłość i po zejściu na półpiętro zaczynam uciekać ile fabryka dała :D

Klatka się zgadzała, ale pomyliłem bloki :)
Później w końcu dotarłem do kolegi, wszystko mu opowiedziałem i razem z jego żoną i dzieciakami płakaliśmy ze śmiechu.

Akcja sprzed ok. 10 lat, jeżeli to czytasz - przepraszam za tę Tibię ;)


Oglądany: 51193x | Komentarzy: 20 | Okejek: 209 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

19.09

18.09

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało