Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Jestem weterynarzem, zajmuję się trzodą chlewną i tak wygląda moja praca

56 566  
299   92  
"Nie należy kupować mięsa w marketach i dyskontach, to świństwo faszerowane antybiotykami" – dość często można usłyszeć od domorosłych ekspertów żywieniowych. "Biedne świnki, tratują się nawzajem a potem są zabijane młotkiem" – wojujący weganie biją na alarm krzycząc o fatalnych warunkach na fermach. A jak jest naprawdę?


Spytałem lekarza weterynarii zajmującego się głównie świniami odnośnie pokutujących wciąż "mięsnych" mitów i realiów tej, chyba dość niewdzięcznej dla statystycznego obywatela, fuchy. Mój rozmówca na początku wywiadu zastrzegł jednak, że chce zachować pełną anonimowość: "Nasze środowisko jest bardzo hermetyczne – nie chcę, żeby przypadkiem ktoś z moich współpracowników mógł wydedukować, że opowiadam o szczegółach roboty" – wytłumaczył.

Zanim przejdziemy do głównych pytań, przybliż nam jak nazywa się twoja praca i czym – pokrótce – się zajmujesz?


Jestem terenowym lekarzem weterynarii i zajmuję się głównie zwierzętami gospodarskimi – krowami i świniami, ze szczególnym naciskiem na trzodę chlewną. Jeśli chodzi o rolników posiadających niewielkie gospodarstwa, wspieram ich kompleksowym doradztwem. Dobieram paszę, tłumaczę, w jaki sposób pokryć maciorę – najczęściej sam przeprowadzam też sztuczną inseminację i asystuję przy porodzie. Ogarniam także szeroko pojęte sprawy logistyczne, niezbędne już w przypadku posiadania chociażby piętnastu świń; trzeba być też na bieżąco z lekami i ogarniać konkurencję. Na dużych fermach skupiam się głównie na tym, żeby śmiertelność zwierząt była jak najmniejsza. Krótko mówiąc, moja – w sporej mierze oparta na zarządzaniu – praca ma sprawiać, żeby interes rolnikowi zwyczajnie się opłacał.

Czy w trakcie studiów weterynaryjnych spodziewałeś się, że będziesz się tym zajmować? Są jakieś doszkalające specjalizacje?

Kończąc takie trwające pięć i pół roku studia, jest się lekarzem weterynarii – co za tym idzie, każdy może zajmować się zwierzętami hodowlanymi. Specjalizacji jest multum i także po skończeniu studiów można zwiększać swoje kompetencje, ja skierował się w stronę chorób trzody chlewnej . Na początku chciałem zajmować się psami i kotami, jednak później spodobał mi się pomysł opiekowania się inwentarzem. Rynek jednak jest bezwzględny – jeśli ktoś ma kilkaset zwierząt, nie może sobie pozwolić na zatrudnianie kogoś, kto jest zwyczajnie kiepskim pracownikiem. Strata kilograma w przypadku jednej świni pomnożona przez trzy tysiące zwierząt, plus jeszcze przez sześć złotych – to kupa kasy.



Ile godzin dziennie spędzasz w pracy?

Prywatny lekarz weterynarii, który pracuje w terenie, musi być dostępny praktycznie 24 godziny na dobę. To jak prowadzenie własnej działalności – ciężki poród krowy może zdarzyć się przecież w środku nocy. Nie pojedziesz – stracisz klienta, i co często za tym idzie, reputację. Ja spędzam w robocie około ośmiu – dziewięciu godzin w terenie, do tego dochodzi jeszcze weekendowa papierologia.

Zacznijmy z grubej rury. Kto na fermach odpowiada za zabijanie świń?

Trzeba podzielić to na dwa elementy. Jest ubój na własny użytek, i każdy rolnik może to zrobić. Kiedyś można było tego dokonać z marszu, dziś jednak warunkuje to ustawa mówiąca o tym, że musi to zrobić osoba posiadająca wykształcenie co najmniej średnie i albo przeszła szkolenie rzeźnicze, albo po prostu wykonuje ten zawód. Teoretycznie jako lekarz pewnie też mógłbym się tym zająć, ale nigdy nawet przez myśl mi coś takiego nie przeszło. Najczęściej korzysta się z najprostszych środków – czyli po prostu przyjeżdża rzeźnik, albo rolnik zawozi mu zwierzę.

Jak zatem wyglądają ostatnie chwile życia takiej hodowlanej świni?

Jeśli chodzi o mniejsze hodowle, to zwierzę ogłusza się aparatem ubojowym – przerywa się wtedy korę mózgową: zwierzę jeszcze żyje, ale nie może się ruszyć. Następnie dochodzi do podcięcia gardła i dość szybkiego wykrwawienia, ale świnia w tym czasie jest nieświadoma i nie cierpi. A jeśli chodzi o ubój przemysłowy, to wszystko jest znacznie bardziej zautomatyzowane. Ogłusza się za pomocą kleszczy elektrycznych przykładanych do głowy, korzysta się też z pomieszczeń, gdzie dusi się zwierzęta dwutlenkiem węgla – to też skutecznie wyłącza świadomość. Są rzeźnie, które biją nawet po kilka tysięcy świń na godzinę – to, w dużym skrócie, taśmówka. Może brzmi to strasznie, ale zapewniam, że jest w pełni humanitarne.



To niejako pozostając w temacie – co ze zwierzętami, które nie nadają się do dalszej hodowli?

Niestety, czasami – pomimo leczenia – zwierzęta nie rokują. Kiedy któraś ze świń, pomimo opieki, słabnie, to dokonuję eutanazji – to dozwolone w weterynarii. Zajmuję się kilkoma dużymi fermami trzody chlewnej, a w ciągu tygodnia statystycznie dokonuję zaledwie do dziesięciu takich zabiegów. U rolników działających na niewielką skalę zdarza się to częściej, przeliczając to na 100 sztuk.

Jaki jest tego powód?

Taki rolnik, z całym szacunkiem, nie jest aż tak przedsiębiorczy. Jeśli ktoś przez cały czas zajmuje się hodowlą i po trzydziestu latach ma tylko dwie czy trzy świnie, to wnioski są oczywiste. "A panie, przez pół roku nic się nie działo, to dlaczego teraz ma być inaczej" – często słyszę teksty tego typu. Konieczność eutanazji to często też konsekwencja niepotrzebnych oszczędności – niektórym szkoda kasy na profilaktykę, a przecież wystarczyłoby szczepić swoje zwierzęta, wirusowych chorób nie da się leczyć antybiotykami.

Da się wyłączyć empatię związaną z, de facto, zabijaniem? Są jakieś moralne wątpliwości, szczególnie na początku pracy?

To na początku rzeczywiście może wydawać się nieco dziwne, ale nie śni mi się praca, a na pewno nie mam przed oczami obrazu martwych świń. Wszyscy ludzie z branży hodowlanej, których poznałem, kierują się bardziej szacunkiem, niż miłością do zwierząt. Nie należy zapominać o pieniądzach, bo to – jak w przypadku każdego biznesu – najważniejsza jego część. Nie ma w tym – a przynajmniej nie powinno być – ani grama agresji. Nikt z obłędem w oku nie krzyczy "zabijamy!", ani nie napawa się widokiem krwi. Wszystko, włącznie z rozmiarem klatek, jest obwarowane przepisami. Inspekcje mierzą dostęp do światła, zagęszczenie w kojcu, stężenia gazów – potem przedstawiane są szczegółowe raporty. Zwierzęta do momentu śmierci powinny być traktowane jak najbardziej humanitarnie, a i sam proces zabijania również powinien taki być. Odkąd ludzie zaczęli chować się w lepiankach, zajmowali się przecież hodowlą.



Kilka miesięcy temu pojawiła się informacja, że pracownicy jednej z hodowli usłyszeli zarzuty w związku z bestialskim zabijaniem świń młotkiem budowlanym...

Nikt nie jest w stanie kontrolować wszystkich rolników czy rzeźników. To zresztą kwestia szersza, niż tylko zwierzęta hodowlane – kiedyś pewien niezbyt rozgarnięty agronom ze wsi chciał, żebym uśpił jego ośmioletniego psa. Czworonóg zwyczajnie mu się znudził i zaczął był traktowany jak kolejna rzecz zalegająca na podwórku. Oczywiście odmówiłem – pies był w pełni zdrowy – i usłyszałem tylko: "w takim razie załatwię go łopatą albo przywiążę do drzewa w lesie". Ręce opadają. Ale to już temat na całkowicie inną rozmowę.

To niebezpieczna robota?

Zawsze trzeba uważać, najbardziej na kopnięcia krowy czy niespodziewane uderzenia rogiem. Najczęściej pobieram krew z ogona i wiele razy zdarzyło się, że dostawałem z kopyta od zwierzaka, który – jak zapewniał rolnik – miał być spokojny. Nadepnięcie na stopę przez tucznika też nie należy do najprzyjemniejszych, nietrudno w takiej sytuacji chociażby skręcić staw skokowy. Znam osobę, której niewielki źrebak high kickiem złamał trzy żebra. Kiedyś natomiast pracowałem z weterynarzem, któremu pies – ponoć w ogólnie nieagresywny – w trakcie szczepienia odgryzł całą dolną wargę. Jak widać, ten zawód potrafi być niebezpieczny nawet w niespodziewanym momencie.

To może stereotypowe podejście, ale chyba łatwiej w takiej pracy odnaleźć się mężczyznom?

Jak zaczynałem studia, starsi lekarze mówili, że w latach osiemdziesiątych czy dziewięćdziesiątych około dziewięćdziesiąt procent weterynarzy stanowili faceci. Teraz sytuacja wygląda prawie całkowicie odwrotnie. Co ciekawe, to właśnie mężczyźni coraz mniej chętnie pracują z dużymi zwierzętami.

Trudno pozbyć się specyficznego świńskiego zapachu?

Trudno, nawet pomimo częstych kąpieli i prania ciuchów roboczych. Wyskoczenie w trakcie pracy do sklepu czy urzędu wiążę się z dość mało komfortowym uczuciem. Kilka razy zdarzyło się, że w trakcie zakupów ktoś pytał: "co tu tak śmierdzi?". Zawsze, z uśmiechem na twarzy, odpowiadałem: "ja!". Nawet w trakcie urlopu zdarza mi się czuć ten specyficzny zapach – wystarczy tylko się spocić. Ale można się do tego przyzwyczaić – ja najbardziej lubię aromat krów, w dalszej kolejności świń. Najgorsze są kury. (śmiech)



Bardzo gorąco jest w świńskim otoczeniu?

Temperatura jest stała. Małe prosiaki potrzebują około 30-32 stopni, u dwumiesięcznych warchlaków jest to już około pięciu kresek mniej, a tuczniki hoduje się jeszcze w chłodniejszym pomieszczeniu – około szesnastu stopni. Jest tam jednak automatyczna wentylacja i kominy, które wyciągają gorące powietrze. W przypadku krów to znacznie prostsze – zimą dobrze czują się nawet przy minusowych temperaturach.

O jakich trudnościach, które napotykasz na co dzień, możesz jeszcze powiedzieć?

Praca weterynarza w terenie jest naprawdę ciężka. Musisz przejść przez trudne studia i po prostu kumać medycynę. Trzeba przemieszczać się, czasami na spore odległości, być cały czas skupionym na tym, co robisz i odpornym na wszechobecny hałas. Do tego dochodzi jeszcze biurokracja, o której mówiłem wcześniej. No i nie oszukujmy się – to wymagająca praca fizyczna. Spróbuj pobrać krew od dwustu świń. Ale – pół żartem, pół serio – często wolę pracować ze zwierzętami niż z ludźmi.

Można przyzwyczaić się do świń? To inteligentne zwierzęta?

Rzecz jasna nie mogę zapamiętać konkretnych zwierząt, ale rolnicy nawiązują z nimi interakcje, wołają je nawet po imieniu – zupełnie jak w przypadku psa. Świnie są bardzo inteligentne i lubią przebywać w grupie, bardzo szybko uczą się też otwierać klatkę. We Francji przecież ciągle wykorzystywane są do szukania trufli, coraz większą popularność zdobywa też jako zwierzę domowe.



Czym faszeruje się te świnie? Cały czas słyszy się mit o rzekomym karmieniu hodowlanych zwierząt antybiotykami.

Cykl karmienia świń trwa około 28 tygodni, a jedzenie składa się głównie ze zboża – używa się pszenicy czy żyta, do tego dochodzi mieszanka witaminowa. Na syfiastą paszę nie mogą pozwolić sobie duże hodowle, dokładnie badające wszystkie elementy składowe: doskonale wiedzą, ile tam znajduje się białka, tłuszczu czy cukrów. Mali rolnicy znacznie bardziej improwizują, głównie jest to zależne od plonów ich upraw. Od 2004 roku natomiast jest bezwzględny zakaz stosowania antybiotyków w paszy, restrykcyjnie zresztą przestrzegany. Wcześniej w krajach unijnych dopuszczalne były antybiotykowe stymulatory wzrostu, teraz nie ma takiej możliwości.

Jaka zatem jest jakość mięsa, które kupujemy w marketach? Co powiedziałbyś wszystkim zajadającym się dyskontowymi parówkami?

Kotlet kotletowi nierówny. Możesz mieć mięso z szynki, karkówki, albo z resztek. Bardzo często dodaje się też białko roślinne, tańsze od zwierzęcego. Nietrudno domyślić się, z czego są te marketowe burgery. Warto popatrzeć na skład – jeśli kiełbasa jest z szynki – wtedy wiesz, że do produkcji wykorzystany jest tylko ten element. Nigdy nie będzie stu procent mięsa w parówce – to nawet niemożliwe fizycznie, trzeba jakoś ją skleić – chociażby wodą. I nawet nie chodzi tu o oszczędzanie – w 100 gramach kabanosa wykorzystuje się 180 gramów mięsa, które należy wysuszyć. Jest też coś takiego jak MOM – mięso oddzielone mechanicznie – i to są właśnie te resztki. Kiedyś w dyskoncie widziałem mortadelę – 250 gramów kosztowało 2 złote. Kupiłem to swoim kotom, ale nawet one nie chciały tego jeść. Pomimo tego, każde mięso, które trafiło do dużego sklepu, jest dokładnie przebadane – choć nie zawsze smaczne. To może wydać się dziwne, ale bezpieczniej kupować je właśnie w markecie, niż od małego rolnika.

I nie ma opcji, żeby "przemycić" jakieś trafne mięso do sprzedaży?

Kilka lat temu w pewnej firmie było podejrzenie, że w jednej z partii mięsa są antybiotyki – oczywiście natychmiast została ona wycofana. Potem okazało się jednak, że nic takiego nie miało miejsca, ale dobrze to pokazuje skalę kontroli tego biznesu.



Czy taka praca, paradoksalnie, nie zachęca do wegetarianizmu?

Poniekąd tak może być, choć ja na przykład nigdy nie myślałem o zostaniu wegetarianinem. Wszystko chcemy mieć szybko, zdrowo, tanio, eko – a tak się nie da. Ceny za mięso wołowe czy wieprzowe od wielu lat w skupach są niskie – 10 lat temu kilogram tucznika kosztował około 4,50 zł, dziś trzeba zapłacić za niego 4,30. Ceny kiełbas natomiast nieznacznie, ale poszły w górę. Nie ukrywajmy, to masówka na dużą skalę.

Masz wrażenie, że rozwijasz się w tej pracy? Widzisz się w niej za kilkanaście lat?

Zawsze można iść dalej. Moim zdaniem największym rozwojem dla lekarza terenowego jest wchodzenie na coraz większe fermy. Wtedy zdobywa się umiejętność coraz lepszego zarządzania coraz większą ilością zwierząt i rozszerza swojej działalności także o uczenie innych ludzi. Tak, jak najbardziej widzę siebie za kilkanaście lat nadal wykonującego swoją pracę. Ale pamiętam o jednym – na studiach powtarzano nam: "przede wszystkim nie dajcie się zabić, a jak się uda – to leczcie". Dziś coraz bardziej utożsamiam się z tym powiedzeniem.

Zobacz też: Ciekawostki o kasynie oczami osoby pracującej w tym biznesie


Oglądany: 56566x | Komentarzy: 92 | Okejek: 299 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało