Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Demoniczny kot, muffinka na pocieszenie i inne anonimowe opowieści

45 336  
162   12  
Dziś przeczytacie także o przedsiębiorczej siostrze, zderzeniu na chodniku, efekcie odchudzania, rodzinnej tajemnicy i wybrykach babci.



Mam 35 lat. Wczoraj spotkałam się z moją młodszą o dwa lata siostrą. Trochę wypiłyśmy i wzięło się nam na wspominki z dzieciństwa. W ich trakcie dowiedziałam się o najbardziej żenującej rzeczy, jaka mi się przytrafiła, a o której nie miałam pojęcia. Otóż przez długi czas moja kochana siostrzyczka sprzedawała za niemały hajs kserówki z co pikantniejszych stron mojego pamiętnika. Opychała ten „towar” chłopakom, z którymi się spotykałam oraz szkolnym plotkarom.

Ponoć wszyscy mieli z tego niezły ubaw, ale nikt nie pisnął mi nawet słowa, bo całą zabawę szlag by trafił.

* * * * *

Dziś rano gnałem zatłoczoną ulicą mojego miasta, aby załatwić jedną rzecz związaną z moją pracą. Tłum na ulicy trochę mnie spowalniał, ale zgrabnie lawirowałem pomiędzy watahą zabieganych, podobnie jak ja, ludzi. Zagapiłem się na witrynę sklepową, aby zobaczyć, czy mój nowy, bajerancki fryz wygląda elegancko… I wtedy - bam! Wpadłem na śliczną dziewczynę, która galopowała gdzieś z plikiem papierzysk pod pachą. Te oczywiście rozsypały się na wszystkie strony, a ja przepraszając rzuciłem się do zbierania ich. Niewiasta schyliła się i otrzepując jedną z kartek mruknęła: „Kur#a. W filmach romantycznych takie sytuacje zdarzają się z super przystojniakami, a nie z takimi typami jak ty...”. Wyjęła mi z rąk papiery i odwróciwszy się na pięcie, pognała dalej przez siebie.
Spojrzałem jeszcze raz w witrynę. A gdyby tak zapisać się do siłowni czy coś…?

* * * * *

Odkąd pamiętam byłam tłusta. Ale tak bardzo, że pasek musiałam zakładać za pomocą bumeranga. Nigdy nic ze swoją otyłością nie robiłam, aż do dnia, kiedy mój lekarz powiedział, że jeśli nie zacznę się odchudzać i dbać o zdrowie, to najprawdopodobniej kopnę w kalendarz przed czterdziestką. Poznałam też chłopaka - Grześka. Gość był przemiły, ale miałam wrażenie, że traktuje mnie bardziej jako koleżankę. No, bo kto by chciał spotykać się kobietą o sferycznej budowie ciała?

Kiedy Grzesiek wyjeżdżał na półroczną wymianę studencką, ja postanowiłam ostro za siebie się zabrać. Poszłam do dietetyka, zapisałam się na bardzo drogie, sportowe zajęcia dla grubasów. Każdego dnia o szóstej rano szłam na mordercze treningi, brałam specjalne odżywki i sześć razy dziennie jadłam obrzydliwe, dietetyczne posiłki (w ilości takiej, co kot napłakał). Walczyłam z zakwasami, bólem stawów, głodem i przede wszystkim – brakiem motywacji. Sześć miesięcy, każdego dnia, bez żadnych przerw i wymówek. Wygrałam – straciłam ponad 20 kilogramów, zyskałam talię i chęć do życia.

Na Grześka czekałam przed lotniskiem. Gdy mnie zobaczył, to już po jego minie widać było, że prawie mnie nie poznał! To jego zdziwienie było chyba najlepszym komplementem, jaki ktoś mógł mi dać.
- Anka, kurczę. Coś się w tobie zmieniło… - rzekł.
- Taaaaak… - odparłam szczerząc się promieniście i dyskretnie eksponując smukłą nóżkę.
- O, jaaaa! Faktycznie – krzyknął, a następnie pstryknął palcem i wskazał na moją głowę. – Fryzura! Obcięłaś włosy!

Mentalnie poczułam się grubsza i smutniejsza niż kiedykolwiek...

* * * * *

To było w czasach, kiedy chodziłem do podstawówki (uczyłem się jeszcze w starym ośmioletnim trybie). Byłem chyba w piątej, albo szóstej klasie. Tego dnia obudziłem się w fatalnym stanie. Bolała mnie głowa i generalnie czułem się zupełnie bez życia, jak jakiś zwiędły naleśnik. Mama, która zwykła wyprawiać mnie z domu tuż przed pójściem do pracy uznała, że faktycznie – nie wyglądałem zbyt dobrze. Na wszelki wypadek poprosiła więc, abym resztę dnia przeleżał pod kocem, wypoczywał i dużo pił. Skoczyła tylko do apteki po jakieś syropy witaminowe itp. Miałem leżeć i czytać lektury z języka polskiego. Umówiliśmy się, że nie powiemy o moich „wagarach” tacie, bo ten pewnie zaraz by zaczął burczeć, że udaję i że za jego czasów to do szkoły chodziło się pod górkę, z anginą i to w największe nawet mrozy.

Mój ojciec i tak dowiedział się, że nie poszedłem do szkoły. Po godzinie od wyjścia mamy przyszedł do domu z inną kobietą. Zastałem ich obściskujących się na kanapie w dużym pokoju.

Mogłem powiedzieć mojej rodzicielce o tym, że staruszek ma kochankę i tym samym doprowadzić do rozpadu małżeństwa moich rodziców. Zdecydowałem się jednak trzymać język za zębami. Do dziś, mając już ponad trzydzieści lat na karku, nie mogę mojemu ojcu wybaczyć tego, rzekomo jednorazowego skoku w bok i od ponad 20 lat nasze relacje są delikatnie mówiąc „lodowate”.

* * * * *

Tak ostatni wzięło mnie na wspominanie mojej świętej pamięci babci. Gdy byłem w podstawówce, seniorka naszego rodu miała już trochę nierówno pod dekielkiem, delikatnie mówiąc. Alzheimer i parę innych umysłowych zaburzeń. Babcia co chwilę odwalała jakieś numery. A to usiłowała odgrzać sobie obiad w telewizorze, myląc go z mikrofalówką, a to nagle przypominała sobie, że musi zadzwonić do swojej koleżanki – Helenki, która to odeszła z tego świata pół wieku wcześniej.

Mieszkała razem z nami. Trzeba było ją pilnować i dbać o to, aby przy kolejnym „odpale” nie przyszło jej do głowy np. podgrzewać wody w wannie za pomocą suszarki czy wyrównywać fałdy na dywanie za pomocą rozgrzanego żelazka.

Mimo że babcia była szalona, to wszyscy bardzo ją kochaliśmy i prawdę mówiąc to mieliśmy z nią dużo śmiechu. Ona sama, zdając sobie sprawę ze swoich ułomności i wiedząc, że jest z nami bezpieczna, czuła się swobodnie w rodzinnym domu, wśród najbliższych jej osób.

Umówiliśmy się, że nie będziemy dawać jej do zrozumienia, że jest starą wariatką – to mogłoby jej sprawić przykrość. Znosiliśmy więc jej „wybryki” dzielnie. Pamiętam, że od moich najmłodszych lat babcia podkradała mi zabawki, które następnie pod koniec roku pakowała w papier śniadaniowy i kładła pod choinką w formie prezentu dla mnie. I tak też do perfekcji opanowałem sztukę teatralnego cieszenia się z otrzymanych od babci samochodzików, ludzików GI Joe, czy kartridżów do Pegasusa, które starowinka bezczelnie zajumała mi parę miesięcy wcześniej...

* * * * *

Tego dnia wstałam lewą nogą. Nie dość, że męczył mnie okres, to jeszcze przypaliłam jajecznicę, stłukłam ulubiony kubek, a na koniec zepsuł mi się samochód i nie zdążyłam na poranny wykład. Jako że już byłam spóźniona, tak że nie było sensu już się specjalnie spieszyć, postanowiłam odwiedzić moją koleżankę, która mieszka blisko uczelni i wypłakać jej się w rękaw. Agnieszka wysłuchała mnie i na pocieszenie dała mi czekoladową muffinkę.

Godzinę później dostałam od Agi SMS-a o treści: „I jak? Czy ciasteczko zaczęło działać?”. Nie za bardzo wiedziałam o co chodzi. Dopiero w połowie mojej prezentacji na zajęciach z ekonomii zorientowałam się, że jestem na potwornym haju, a moja pocieszeniowa muffinka to klasyczne „kosmiczne ciasteczko” z marihuaną. Zorientowałam się też, że zamiast wygłaszać referat o pozacenowych czynnikach wpływających na popyt opowiadałam o tym, co zjem, kiedy wrócę do domu.

* * * * *

Koty to demoniczne bestie stworzone tylko po to, aby zadawać nam cierpienie.
Miałem umówioną randkę, więc wyprasowałem koszulę i poszedłem się nieco odświeżyć. Kiedy byłem w łazience i brałem prysznic, mój czworonożny wąsacz wpadł na pomysł uskuteczniania wspinaczki po małej szafeczce z książkami, która stoi dokładnie przed drzwiami do łazienki. Nie mam pojęcia, jak ten sukinsyn to zrobił, ale mebel wywrócił się. Jak się okazało – szafeczka była co do centymetra skrojona tak, żeby upaść równiutko na ziemię i zablokować drzwi w taki sposób, aby za Chiny nie dało się ich otworzyć. Oczywiście, jak to w takich sytuacjach bywa – poza mną (i tym zakichanym kotem) nikogo w domu nie było.

Po godzinie szarpania się, zrozumiałem, że jedyną drogą ewakuacji z pomieszczenia jest malutkie okienko tuż pod sufitem. Owinąłem się w pasie ręcznikiem, podstawiłem sobie kosz z praniem i rozpocząłem misję przeciskania się przez otwór niewiele większy niż lufcik. Udało się! No, powiedzmy – częściowo, bo mój ręczniczek zaczepił się o klameczkę od okienka i został w łazience. Zasłaniając krocze dłonią obiegłem dom dookoła i dopadłem do drzwi. Szarpnąłem za klamkę i wtedy do mnie dotarło, że jestem w ciemnej dupie. Były zamknięte od wewnątrz. Tego nie przewidziałem. Ponadto mój powrót do domu też był teraz utrudniony, bo na terenie ogródka nie było żadnego przedmiotu, który mógłbym wykorzystać, aby dosięgnąć okienka od łazienki…

Przez tego kaprawego sierściucha siedziałem w krzakach za komórką i czekałem na powrót mojego brata z pracy. Cztery pieprzone godziny trwałem skulony w jakichś chęchach, podczas gdy patyki wbijały mi się dupsko, a mrówki obgryzały mi stopy.
Kiedy już wróciłem do domu okazało się, że kot, który bardzo ciężko znosi samotność, w ramach zemsty za moją nieobecność naszczał mi na moją wyprasowaną koszulę.

Dziewczynie, z którą miałem się spotkać wcisnąłem kit, że ukradziono mi telefon i musiałem iść na policję. Prędzej by uwierzyła w takie kłamstwo niż w to, co się naprawdę wydarzyło...

<<< W poprzednim odcinku m.in. Korwin nad morzem i pechowy Radek


Oglądany: 45336x | Komentarzy: 12 | Okejek: 162 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało