Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Te wydarzenia mogły na zawsze zmienić historię rocka!

53 738  
158   23  
Jak wyglądałaby przyszłość rocka, gdyby zespół Pink Floyd nagrał płytę hip-hopową, albo gdyby Ozzy Osbourne zachował trzeźwość podczas przesłuchań muzyków kandydujących do roli nowego gitarzysty jego kapeli? Aż strach pomyśleć – prawdopodobnie doszłoby do katastrofy, która na zawsze zmieniłaby historię muzyki.

We don’t need no education, mother#ucker!

Zawsze wiedzieliśmy, że Pink Floyd to grupa, która nie może stworzyć złego albumu, a każdy kawałek, który jest efektem współpracy Gilmoura i Watersa, to dzieło dopracowane do granic możliwości. Mamy jednak duże wątpliwości, czy którykolwiek z tych muzyków odnalazłby się w hip-hopie... W 1987 roku Bob Ezrin – producent, który współpracował z zespołem podczas nagrywania „The Wall” – poproszony został przez Davida Gilmoura o pomoc przy rejestracji nowego materiału (tym razem nagrywanego już bez udziału Rogera Watersa).



Ezrin miał pomysł na tę płytę – pragnął, by do rockowego brzmienia przemycić trochę hip-hopu! Na drodze do realizacji tej wizji stanął, na szczęście, sam Gilmour, który wyraził szczerą pogardę dla propozycji Boba: „Mój Boże! To byłoby straszne!”. Chyba tylko dzięki stanowczemu protestowi artysty na „A Momentary Lapse of Reason” nie usłyszeliśmy wściekłych rymów jakiegoś obwieszonego drogim kruszcem mieszkańca murzyńskiego getta.

Slash jako gitarzysta Poison?

Zanim powstała grupa Guns N' Roses, charakterystyczny kudłaty gitarzysta przez jakiś czas szarpał struny w Hollywood Rose (z której dopiero potem uformował się GN'R). W 1984 roku artysta opuścił jednak ten zespół, aby nawiązać współpracę z heavymetalową, dowodzoną przez Breta Michaelsa, kapelą Poison. Slash stawił się na przesłuchaniu wraz z innymi szarpidrutami i doszedł do finału. Pewnie by dostał tę fuchę, gdyby ktoś mu nie powiedział, że podczas występów na scenie będzie musiał nosić makijaż i tonę lakieru do włosów. Slash uznał wówczas, że jednak lepszym kandydatem do grania w Poison będzie jego konkurent - C.C. DeVille. Slash przez jakiś czas udzielał się w kilku innych zespołach, aby ostatecznie wrócić na stare śmieci i współtworzyć Guns N' Roses.



Beatlesi mogli zakończyć karierę z winy... Jezusa!

W 1966 roku John Lennon podczas wywiadu dla London Evening Standard opowiadał o swojej wierze. Miał wtedy rzec, że Beatlesi są popularniejsi od Jezusa. To wyznanie skończyło się wybuchem wielkiego skandalu, który z godziny na godzinę eskalował. Doszło nawet do tego, że w Alabamie grupa rozsierdzonych eksfanów brytyjskich muzyków rozpoczęła akcję masowego palenia płyt Beatlesów. Ten incydent mógł przekreślić dalszą karierę legendarnej grupy, gdyby nie zwołana przez zespół konferencja prasowa, na której Lennon wytłumaczył się ze swoich słów. Artysta przy okazji oskarżył gazetę, w której ukazał się feralny wywiad, o wyrwanie tej wypowiedzi z kontekstu. Dopiero po publicznych przeprosinach ze strony muzyka sytuacja nieco się uspokoiła i wkrótce naburmuszeni obrońcy wiary zapomnieli o całej sprawie.



Nieprzytomny Ozzy i przesłuchanie Rhoadsa

W 1979 roku, po opuszczeniu Black Sabbath, Ozzy zabrał się za formowanie nowej grupy. Jednym z kandydatów do roli gitarzysty był Randy Rhoads – muzyk, który dotąd wymiatał w Quiet Riot. Artysta stawił się na przesłuchaniu w jednym ze studiów w Los Angeles. Osbourne, który był tego dnia wyjątkowo pijany, po usłyszeniu popisowej solówki Randy’ego od razu dał mu tę robotę. Tymczasem gitarzysta zdążył się jedynie nastroić i wybrzdąkać kilka próbnych riffów. „Ej, ale ty mnie nawet jeszcze nie słyszałeś!” - miał krzyknąć Rhoads do słaniającego się Osbourne’a. Decyzja jednak już zapadła, a Ozzy’emu w międzyczasie urwał się film.



Randy nagrał z wokalistą Black Sabbath dwa studyjne albumy, które dziś są absolutną klasyką ciężkiego grania. Jego dalszą karierę u boku Ozzy'ego zakończył tragiczny wypadek podczas przelotu ukradzionym samolotem. Kierowca zespołowego autobusu, który zasiadł za sterami maszyny, był pod wpływem kokainy i nieco przesadził z lotniczymi popisami tuż nad ziemią. W katastrofie zginęli wówczas wszyscy trzej pasażerowie – w tym i Rhoads.

Pogadaj z mamą!

Trio z Seattle, Nirvana, to kapela, którą można kochać lub gardzić nią, ale nie można jej odebrać miana jednego z najważniejszych zespołów grunge’owych w historii. Grupa ta nigdy by jednak nie powstała, gdyby nie matka Dave’a Grohla! Artysta ten był wówczas bębniarzem w hardcore’owej formacji Scream z Waszyngtonu. Po występie w Seattle perkusista spotkał dwóch chłopaków – Kurta Cobaina i Krista Novaselica. Goście, zachwyceni jego stylem, zaproponowali mu wspólne granie. Grohl nie był jednak pewien, czy coraz popularniejszy w USA grunge to muzyka, którą chciałby robić.



Nie mogąc się zdecydować, poszedł więc po radę do swojej mamy, która w filozoficznym monologu dała mu do zrozumienia, że powinien dać chłopakom z Seattle szansę. Rok później Dave nagrał z Nirvaną legendarną płytę „Nevermind”, która dziś jest absolutnym kamieniem milowym w historii grunge’u!

Al Jourgensen prawie umiera (trzy razy!)

Industrialno-rockowa formacja Ministry mogła już przynajmniej trzy razy rozpaść się dzięki jej liderowi, któremu parę razy zdarzyło się umrzeć. Ten artysta kubańskiego pochodzenia od ponad dwudziestu lat uzależniony był od heroiny. Palił też crack, żłopał ognistą wodę i właściwie to sięgał po każdą używkę, jaka znalazła się w zasięgu jego wzroku. Muzyk dwukrotnie mógł mieć amputowaną jedną z kończyn - raz, kiedy poniesiony melanżem Al był bezdomnym ćpunem szlajającym się po Chicago, użarł go w stopę jadowity pająk. W wyniku ukąszenia biedak trafił do szpitala, gdzie amputowano mu palec. Na szczęście nogę dało się uratować. Innym razem w brudną ranę po igle wdała się infekcja i Jourgensen prawie stracił rękę.



Najbliżej śmierci Al był w momencie, kiedy po latach ćpania i picia w ciele muzyka pojawiło się sporo wrzodów, które zaczęły pękać. Muzyk dostał zapaści i zaczął się wykrwawiać. Kiedy stracił 65% swojej krwi i trafił do szpitala, uznano go za martwego. Dzięki szybkiej reanimacji udało się go jednak przywrócić do życia (był to trzeci i ostatni raz, kiedy Jourgensen musiał być „wskrzeszany”). Obecnie wokalista pije tylko wino i pali trawkę. Nawet taki styl życia nie gwarantuje mu jednak bezpieczeństwa - jakiś czas temu artysta spotkał swoich fanów – członków gangu motocyklowego. Ci zaprosili go do baru i bardzo się wkurzyli, kiedy Al zaczął odmawiać picia stawianych przez nich kolejek wódki. Nie mogąc przełknąć tej zniewagi, stłukli go na kwaśne jabłko.

Źródła: 1, 2, 3, 4, 5, 6
6

Oglądany: 53738x | Komentarzy: 23 | Okejek: 158 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało