Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Jak się dać wyd...udkać, dlaczego lepiej się nie upijać i inne anonimowe opowieści internautów

59 873  
182   19  
Dziś także przeczytacie o kulturze w komunikacji miejskiej, dzwonieniu po pijaku, pechowym piątku i perskim kocie.

#1. Kiedy chcesz być rycerzem na białym koniu, ale rzeczywistość cię weryfikuje


Dzisiejsza młodzież nie potrafi się zachować. Jechałem tramwajem, kiedy na jednym z przystanków weszła młoda kobieta w zaawansowanej ciąży. Ku mojemu zdziwieniu nikt nie podniósł tyłka, żeby jej ustąpić miejsca. Zniesmaczony tą sytuacją podszedłem do jakiegoś młodzieńca ze słuchawkami i nakrzyczałem na niego: „Czy nie widzisz, że ta pani jest ciężarna? Ledwo kobieta chodzi, a ty siedzisz jak jakiś szlachcic od siedmiu boleści!”.
Chłopak trochę się zmieszał i wstał. Zwróciłem się więc do ciężarnej: „Niech pani spocznie. Rozumiem, jak to jest być w ciąży. Wie pani, moja żona ostatnio urodziła dziecko i pamiętam, jak bardzo jej ciążył ten wielki brzuch...”. Nie skończyłem wywodu, bo kobieta strzeliła mi w twarz w otwartej dłoni.

„Nie jestem w ciąży!” - ryknęła na cały tramwaj, gdy ja trzymając się za piekący polik, usiłowałem zrozumieć, co się właściwie stało. - „Jestem po prostu gruba!”.
Momentalnie odezwały się inne przysadziste panie, które poczuły się w obowiązku obrony obrażonej damy, uznając, że celowo chciałem ją obrazić. Wysiadłem na najbliższym przystanku wśród wyzwisk i najgorszych życzeń, jakie można sobie wyobrazić.
Ja naprawdę chciałem dobrze...

#2. Kiedy rano kończy się twój związek i nie rozumiesz dlaczego


Pewnie słyszeliście, a może nawet i znacie z autopsji ten ekstremalny poziom upojenia alkoholowego, kiedy ktoś w przypływie procentowej szczerości chwyta za telefon i dzwoni do swojej eks?

Wczoraj w nocy obudził mnie telefon od Przemka. Odebrałam. Był tak bardzo pijany, że ledwo rozumiałam co mówi. „Jesteś miłością mojego życia, Klaudyna” - wybełkotał. - „Żałuję, że zerwaliśmy. Kocham cię i dla ciebie jestem w stanie rzucić Martę. Jesteś od niej pod każdym względem lepsza. Mądrzejsza, bardziej taka, no wiesz… mięciutka (serio?). W łóżku jesteś prawdziwą, kurde, tygrysicą, wiesz Klaudynkooo? A nie jakąś tam zimną kłodą bez cycków. Wróć do mnie, a będę dla ciebie jak Alfa Romeo dla Julii” - jego nieskładne wyznanie było takie romantyczne, że nawet, walcząc z resztkami sennego oszołomienia, zaczęłam zastanawiać się, czy nie dać temu głupkowi jeszcze jednej szansy…

…i wtedy nagle otrzeźwiałam. Przecież Przemek to mój chłopak! To ja jestem Marta, a Klaudyna to dziewczyna, z którą spotykał się, zanim mnie poznał!

#3. Panowie - właśnie tak się to robi


Piątek, trzynastego. Nigdy nie byłam przesądna, ale po tym, co mnie ostatnio spotkało, bać się będę tego dnia panicznie.

Jak zawsze pod koniec tygodnia poszłam do mojego ulubionego klubu. Nic nie zapowiadało katastrofy. Wręcz przeciwnie. Przy barze ktoś mnie potrącił. „Wybacz, jestem taką niezdarą!” - zaśmiał się przesympatyczny chłopak o intrygującej urodzie.

Chwilę pogadaliśmy, pośmialiśmy się. Gość wydawał się bardzo inteligentny i nad wyraz uprzejmy. Tak fajnie nam się rozmawiało, że barman musiał ze trzy razy pytać mnie co podać. Problem zaczął się, kiedy przyszło mi płacić za piwo. Ani w kieszeni, ani w torebce nie mogłam znaleźć portmonetki. Wpadłam w panikę. Jeszcze dobrze wieczór się nie zaczął, a ja już zgubiłam najcenniejszą rzecz, jaką posiadałam! Dobrze, że dokumenty trzymałam osobno, bo lipa byłaby straszna!

Z opresji uratował mnie wspomniany chłopak. Powiedział, że będzie zaszczycony jeśli zgodzę się, aby postawił mi piwo. Znaleźliśmy jakiś zaciszny stolik. Szymon, bo tak się nazywał mój nowy znajomy, co chwilę mnie uspokajał. „Ostatnio miałem spory zastrzyk gotówki, więc naprawdę nie stresuj się. Poza tym fajnie mi się z tobą gwarzy, więc tym bardziej będzie mi miło sponsorować dzisiejszy wieczór”.

Trzy piwa później Szymon zaproponował wizytę w pobliskim barze sushi. Uwielbiam sushi, ale to przecież takie drogie jedzenie! Byłam trochę zażenowana, że chce mnie zaprosić. On jednak nie słuchał moich cichych protestów, chwycił mnie mocno za rękę i bezceremonialnie zabrał mnie z klubu. Spodobało mi się to nawet.

Zjedliśmy po dwie, najbardziej wypaśne porcje! A to jeszcze nie był finał wieczoru. Okazało się, że mój rycerz ma w zanadrzu coś jeszcze. Przed barem złapał taksówkę i pojechaliśmy do modnego lokalu w centrum miasta, gdzie za sam wstęp płaci się 50 zł! I tym razem na nic nie zdały się moje cichutkie sprzeciwy. Przegadaliśmy resztę wieczoru. Potem jeszcze kupił wielką butelkę drogiego, ale pysznego wina i uiścił rachunek. Czułam się pijana i absolutnie oczarowana Szymonem.


Mój wybawca wynajął pokój w hotelu. Kochaliśmy się całą noc, a nad ranem zasnęliśmy wtuleni w siebie. Było cudownie.

Rano obudziłam się sama. Po moim „nocnym kochanku” nie było śladu. Za to na półeczce koło telewizora leżała… moja portmonetka. Pusta. I dopiero wtedy dotarło do mnie, że to ja byłam sponsorką wszystkich atrakcji z ubiegłego wieczora.

Wtedy, gdy stałam przy barze i Szymon potrącił mnie, co było początkiem naszej znajomości, tak naprawdę wyjął mi portmonetkę z kieszeni. Zostałam dosłownie i w przenośni "wydym#na".

#4. Trzeba dbać o swoją prywatność w sieci


Postanowiłem zrezygnować z mediów społecznościowych. Tak z dnia na dzień. Zamknąłem konto na Facebooku tłumacząc sobie i wszystkim wokół, że jesteśmy inwigilowani, że nasza aktywność w Internecie służy do wciskania nam spersonalizowanych reklam, a tak w ogóle to strata czasu i energii, którą moglibyśmy poświęcić na coś bardziej konstruktywnego.
Głupio mi się przyznać, że zamknąłem konto tylko dlatego, bo moja dziewczyna dowiedziała się, że oglądam pornosy pod jej nieobecność. Gdy nie było mnie w pobliżu, sprawdziła historię przeglądarki w moim laptopie, skopiowała adresy wszystkich zbereźnych stron, które odwiedzałem i umieściła je na mojej tablicy.

Zanim zdążyłem zareagować pojawił się pierwszy komentarz. Należał do mojego taty i brzmiał tak: „Synek, ależ ty masz słaby gust...”.

#5. Znajomość języków obcych może okazać się kluczowa w życiu


Jestem Hindusem. W Polsce mieszkam od dwudziestu lat. Początki życia w tym kraju nie były łatwe. Nie znając języka, zostałem zatrudniony w dużej firmie mieszczącej się w starym biurowcu. Z racji tego, że płynnie posługiwałem się angielskim, niemieckim i francuskim, dostałem fuchę w dziale obsługi międzynarodowych klientów.

Pewnego razu, kiedy miałem odebrać kolejny telefon, ku mojemu zdziwieniu usłyszałem po drugiej stronie faceta drącego się na mnie po polsku, a następnie rzucającego słuchawką. Bardzo się zdenerwowałem tą sytuacją i, będąc wówczas osobą palącą, od razu poleciałem rozładować stres za pomocą dymka.

Kiedy wyszedłem z palarni, zauważyłem, że korytarze opustoszały, biura też były puste, nawet na stołówce nikogo nie spotkałem. I kiedy tak się kręciłem, szukając śladów życia, nagle natrafiłem na… strażaków, którzy robili wrażenie bardzo zdziwionych moją obecnością.

Nakrzyczeli na mnie po polsku, owinęli jakimś dziwnym kocem i zaczęli eskortować do wyjścia z budynku. Na parterze było pełno, gęstego, gryzącego dymu. Okazało się, że wybuchł pożar w kuchni i od kilkunastu minut trwała akcja ewakuacyjna. Facetem, który na mnie nawrzeszczał przez telefon był ochroniarz, który poinformował mnie w nerwach o pożarze i kazał „spierdalać czym prędzej”.

A ja obraziłem się ciężko i zamiast ratować siebie i innych pracowników, poszedłem sobie na fajkę…

Dziś pewnie ktoś po prostu włączyłby alarm zamiast dzwonić do najbardziej nieogarniętego Hindusa w budynku. Chociaż przyznaję - dzięki temu incydentowi podjąłem decyzję o zapisaniu się na przyspieszony kurs języka polskiego.

#6. Kiedy nadchodzi czas na słodką zemstę


Mimo że mam samochód, to uwielbiam jeździć na stopa. Szczególnie teraz – w sezonie wakacyjnym. Jakoś w połowie czerwca pojechałam sobie do koleżanki na weekend i jak zwykle postanowiłam stamtąd wrócić tak, jak lubię.

Stanęłam sobie na skraju drogi i czekałam na okazję. Miałam szczęście – już po chwili machania kciukiem zobaczyłam zwalniające auto. Radośnie zabrałam plecak z ziemi i w pląsach ruszyłam w stronę samochodu.

Zanim zdążyłam się zbliżyć na odległość dwóch metrów, kierowca, otworzywszy szeroko okno, zaśmiał się głośno i z piskiem opon czmychnął mi sprzed nosa. Przez moment byłam wściekła. Tak mnie upokorzyć! Po chwili jednak uznałam, że w sumie to był mimo wszystko całkiem zabawny, acz dość złośliwy żart.

Tydzień temu jechałam sobie autem do mieszkającej w sąsiedniej miejscowości mamy. Na horyzoncie zamajaczyła mi jakaś postać. Autostopowicz. Chłopak w śmiesznej koszulce i włosach spiętych w kucyk. Kiedy już miałam się zatrzymać, przypomniałam sobie numer, którego padłam ofiarą i w przypływie szatańskiego humoru postanowiłam tym razem wcielić się w rolę oprawcy! Kiedy mój „pasażer” zbliżał się do samochodu, otworzyłam szeroko okno i ryknęłam głośno „HA! HA! HA!”, następnie nacisnęłam gaz w podłogę. Wóz ryknął wściekle, następnie zrobił rozpaczliwe „pyr, pyr” i… zgasł. W panice usiłowałam go odpalić i jak najszybciej dać dyla. Nic jednak z tego.

- Czyżbyś potrzebowała pomocy? - usłyszałam wesoły głos szczerzącego się promiennie chłopaka stojącego przy otwartym oknie.

Cóż, mój wybawca okazał się wyrozumiałym, niepozbawionym poczucia humoru… mechanikiem. Pogrzebał coś pod maską i samochód znowu odpalił. Oczywiście teraz nie mogłam odmówić mu podwózki. Dał mi zniżkę na wizytę w swoim warsztacie, bo jak się okazało – coś tam zepsuło się i naprawa na poboczu drogi była tylko prowizoryczną robotą.

Wczoraj odebrałam auto z serwisu. Marcin, bo tak się nazywa mój autostopowy mechanik, powiedział, że jak dam się zaprosić na kawę i pączka, to nie weźmie ode mnie kasy.

Jutro mam randkę. Mam nadzieję, że niedoszła ofiara głupiego żartu i powód mojej straszliwej kompromitacji nie ucieknie mi w jakimś najmniej spodziewanym momencie krzycząc głośne „HA! HA! HA!”...

#7. *ebany aryskotrata...


Wiele lat temu, kiedy miałem może ze trzynaście lat, członkiem naszej rodziny był kot. Perski, rudy sukinsyn – typowy kanapowiec i nadęty arystokrata.

Co roku pakowaliśmy się do starego opla i razem z jego wysokością Puszkiem jechaliśmy nad morze, gdzie babcia miała domek. Warunki były tam dość prymitywne. Wodę czerpało się ze studni, a myliśmy się w miskach. Więcej do szczęścia nie potrzebowaliśmy. A najbardziej szczęśliwy był kot, u którego włączał się instynkt łowcy-włóczęgi.

Puszek wyłaził z domu późnym popołudniem i wracał nad ranem. Najczęściej niosąc ze sobą jakiś łup. Zdechłe pisklę, półżywego kreta, nogę jakiegoś gryzonia… Pewnego dnia kot nie wrócił. Wystraszyliśmy się, że coś mu się stało, więc rozwiesiliśmy w całej wiosce ogłoszenia i przez kilka dni bez przerwy go szukaliśmy.

Puszek wrócił do nas sam. Cały, od stóp po czubek wąsów, utytłany… gównem. Wyglądało to tak, jakby (możliwe, że z czyjąś pomocą) wpadł do szamba. Wiecie, jak wygląda kot perski po kąpieli w fekaliach? Jak, stary, śmierdzący rastafarianin. Woń kaki biła od niego na kilkadziesiąt metrów.

Jak już wspomniałem – nie mieliśmy bieżącej wody, więc mama nabrała ze studni kilka wiader, postawiła przed domkiem wielką miskę i założywszy na donie gumowe rękawice, zabrała się za pranie kota.

Kaźń trwała dwie godziny i ściągnęła na naszą działkę połowę mieszkańców wioski oraz dziesiątki turystów, których zaciekawiły wrzaski dobiegające z miski. Puszek wśród okrzyków zebranych tłumnie „kibiców” był kąpany, szczotkowany, znów kąpany, znów szczotkowany…

Ostatecznie udało się Puszka wyczyścić, a po suszeniu jego futro nadawało mu kształt naelektryzowanego kłaczka. Z wakacji wróciliśmy do domu i choć sukinkot miał teraz futro piękniejsze niż kiedykolwiek, to do Bożego Narodzenia... śmierdział gównem.

Oglądany: 59873x | Komentarzy: 19 | Okejek: 182 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało