Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Dobrowolnie uwięziony, czyli jak wygląda praca opiekuna osoby starszej w Niemczech

69 756  
280   67  
Oto na co musicie być przygotowani, jeśli chcecie sobie dorobić za granicą na opiece nad osobami starszymi i niepełnosprawnymi.



Nazywam się Patryk, mam 23 lata i przez ostatnie trzy lata pracowałem w dobrze prosperującym przedsiębiorstwie logistycznym. Niestety, w związku z niemożnością porozumienia się z przełożonym, sam postanowiłem się zwolnić i zrobić sobie krótką przerwę od tej branży. Do tego doszły pozostałe kwestie, w tym jakże popularne zjawisko zwane „kryzysem” w związku. No, ale nie o tym... W tym momencie rozpoczyna się moja historia, którą postanowiłem Wam opowiedzieć.

Z czym kojarzy się Wam zawód opiekuna osoby starszej/niedołężnej? Zapewne z formalnościami, odbytym kursem pielęgniarskim, a następnie z ciężką pracą fizyczną, o której zapewne opowiadała Wam ciocia, mama lub znajomi. Ogłoszenie dotyczące wskazanej posady znalazłem na popularnym portalu z ogłoszeniami. Przeczytałem, zadzwoniłem. Rozmowa z panią reprezentującą firmę pośredniczącą przy moim zatrudnieniu - opisała mi w skrócie, na czym może polegać praca i dodała, że wszystko uzależnione jest od konkretnego przypadku – pacjenta; następnie zasugerowała spotkanie, aby zrealizować wszelakie formalności.

Wypaczone wspomnienia – jak jeszcze byłem dzieckiem, moja mama oraz ciocia pracowały w danym zawodzie, mama przepracowała ok. trzech lat, ciocia ponad dziesięć. Jak to wyglądało z perspektywy młodego? Nie ma ich miesiąc, może dwa lub trzy, a po powrocie stać je na wszystko... Na wszystko oznacza te rzeczy, na które powinno być stać każdego. Z pewnością miało to wpływ na podjętą przeze mnie decyzję – choć odradzały mi to.

Stawka czyni pracownika – minęło kilka dni i w końcu spotkałem się z moim przyszłym przełożonym (starsza pani ok. 50 lat, sama pracowała jako opiekunka kilka lat); rozmowa trwała około godziny; w pierwszej kolejności zapytałem o warunki pracy na miejscu w Niemczech – przygotowywanie posiłków, sprzątnie mieszkania, pranie, mycie pacjenta – „ale nie muszę go podcierać po wykonaniu wiadomej czynności?” zapytałem, „nie, jest w tym zakresie samodzielny” odpowiedziała. OK. Przejdźmy do konkretów – w związku z tym, że szukałem jedynie chwilowej odskoczni i nie miałem wcześniej do czynienia z tego typu pracą, zgodziłem się. Stawka – 1500 EUR netto za 30 dni, koszty przejazdu pokrywa firma, jedzenie kupuje pacjent, mieszkam u niego. NIEBO. Myślałem – „pojadę, ogarnę Niemcowi jedzenie, odkurzę, wymyję go i git”.

Formalności w pigułce – zapytałem, czy muszę mieć jakikolwiek kurs, aby móc opiekować się chorym (ciocia coś wspominała), w odpowiedzi otrzymałem informację, że nic z tych rzeczy – „kursy to wymysły większych firm”, naiwny nie jestem, ale w sumie – miałem to gdzieś; liczył się fakt, że zarobię kasę, szybko wrócę (tylko miesiąc!) i będę mógł zająć się swoim życiem, związkiem i poszukiwaniem nowej pracy – zapewne w logistyce. OK, kwestia uprawnień wyjaśniona; zapytałem jeszcze raz o warunki. Jadę tam na podstawie umowy zlecenia, która opiewa na niebagatelną kwotę 500 PLN, ale to nie wszystko! Muszę podpisać jeszcze drugą umowę (również zlecenie i też na 500 PLN), której zapis wskazuje na to, że będę świadczył na terenie Polski usługę w postaci roznoszenia ulotek dla danej agencji, która mnie zatrudniła. PO CO? Otóż, aby dostać zaświadczenie A1, o którym możecie poczytać w Internecie, a także po to, aby moja przełożona mogła się rozliczyć w Polsce, a nie w Niemczech – dziwne, niedziwne – podpisałem, po uprzednim przeczytaniu. Oczywiście, reszty pieniędzy nie dostaję pod stołem, bo na to bym się w życiu nie zgodził – hasło: DIETA. Za każdy przepracowany dzień przysługuje mi 50 EUR diety, która zostanie wypłacona po moim przyjeździe. Ważne, że mam to na kawałku kartki opatrzonym pieczęciami firmowymi i podpisem. Wziąłem jeszcze 100 EUR zaliczki, jak mnie wydymają, to przynajmniej tyle.

Wesoła wyprawa i gorzkie rozczarowanie - wyjazd został zaplanowany na sobotę, pomimo że pracę formalnie rozpoczynam od poniedziałku, ale kto by się przejmował. W sobotę wstałem, spakowałem się, jeszcze raz przemyślałem, czy na pewno chcę tam jechać – „ale co tam, 30 dni kelnerowania i prawie 7 tysięcy cebulionów). JADĘ! Godzina 16:30, wyjechałem ze swojego miasta, wcześniej niewielki bus podstawił się bezpośrednio po dom i również pod dom klienta miał mnie zawieźć. Jechałem w okolice Frankfurtu nad Menem, więc zapewne ciekawa okolica, heh. Podróż przebiegła bezstresowo – oprócz dwugodzinnego opóźnienia na granicy, które wynikało z przymusu oczekiwania na innego busa, z którego mieli się do nas przesiąść ludzie. 13 godzin w podróży, lekko zmęczony, ale w końcu – za 40 km mój cel i rozpocznę pracę („jak będzie spoko, to jeszcze raz kiedyś się wybiorę”). Poza tym, moi byli kierowcy spędzali za kółkiem o wiele czasu więcej niż ja, więc nie mam prawa być zmęczony. Ostatnie 2 km i... witamy w dziurze.

Dojechałem, wypakowałem się z busa, spojrzałem na zegarek – 05:20 (czyli pójdę spać i nic ciekawego dziś mnie nie czeka). Rozejrzałem się po okolicy i stwierdziłem – „dość nietypowo”, surowo wykończone bloki, wymalowane na biało, widać, że mają już swoje lata. Ale przecież nie przyjechałem tutaj oceniać budownictwa, więc wziąłem walizkę i zacząłem szukać numeru bloku „118”. Jest. Podchodzę do domofonu i nagle uświadamiam sobie, że – moja kochana przełożona nie podała mi nazwiska od klienta... Pomimo wczesnej godziny dzwonię. Odbiera. Podaje nazwisko – trochę dziwne, takie nie niemieckie... Podchodzę do domofonu i szukam nazwisk – lekki stres, czemu? Na domofonie z 17 pozycji, jedynie dwie brzmiały tak, jakby pochodziły z tego kraju... OK, mam nazwisko, wciskam guzik, drzwi się otwierają i wchodzę, winda, drugie piętro, jestem. Drzwi wyglądają jakby ktoś w nie kiedyś mocno przy... Wciskam dzwonek i otwiera je żona klienta – przerośnięta tłuszczem Hinduso-arabo-nibyniemka i ostentacyjnym tonem wskazuje mi kochanego męża, a następnie dokąd mam się udać i zostawić swoje rzeczy. Mieszkanie brud, syf, mogiła – ale jak to w Niemczech, nowiutki telewizor SAMSUNG, iPAD, dwa laptopy, w schowku soki, coca-cola etc. Katastrofa, ale OK – moja praca, odkurzę, wytrę kurze, pracy się nie boję. Wszedłem do pokoju, który również lata świetności miał za sobą, zapytałem, czy mogę zamknąć drzwi, położyłem swoje rzeczy na zdezelowanych panelach i sen...

Pierwszy dzień – wstałem około godziny 10:00, jeszcze niewyspany, ale więcej nie mogłem spać. Pacjent śpi codziennie do godziny 12:00, ale chodzi spać o 01:00-02:00, więc coś za coś. Gdy otworzyłem oczy, od razu zauważyłem motywy, których widzieć bym raczej nie chciał. W każdym pokoju znajduje się tabliczka na ścianie, wielkości 0,5x0,5 m, na której wypisane są nieokreślone treści w języku arabskim, na półkach (które mam w pokoju) Koran, ale nie jeden, jakieś 7 sztuk, oraz jakieś opracowania Koranu, lecz w języku niemieckim. No OK, nie zostałem zamordowany w nocy, to może nie są nienormalni. Jak to pracownik, poszedłem porozmawiać z klientem i jego żoną o rzeczach ogólnych, np. co powinienem robić, czego oczekują itp. Pomimo moich wcześniejszych obaw, wyszło na to, że nie jest tak źle, jak mogłoby się wydawać – w odniesieniu do muzułmanów. Pacjent zechciał wstać, okazało się, że specjalnie kazał żonie zostać dłużej w mieszkaniu (o kilka dni), aby mogła nauczyć mnie wszystkiego, co może być niezbędne w opiece nad takowym jegomościem. Poniżej opiszę szczegóły moich obowiązków, ale od razu uprzedzam – bynajmniej, nie narzekam, jedynie pokazuję, że jeśli ktoś chciałby się takowej pracy podjąć, to...

Gościa trzeba podnieść z łóżka i posadzić na wózku inwalidzkim, nie byłoby z tym problemu, gdyby nie ważył 110 kg... więc kawał człowieka z niego jest. No, ale. Sam stara się pomagać ciałem jak może, lecz w praktyce bardziej to utrudnia – ma niedowład wszystkiego, oprócz część powyżej ramion – co nie oznacza, że nic nie czuje i nie rusza rękoma. OK, ale wracając do tematu – zgramoliłem go na wózek, jakoś wyszło, żona wszystkiemu się bacznie przyglądała i instruowała mnie swoim łamanym niemieckim, który w praktyce był dla mnie w ogóle niezrozumiały. Następnie przyszła pora na pomoc w toalecie – nie mam problemu, aby kogoś umyć, bo gość ma to samo co ja... Ale okazało się, że pacjent życzy sobie kąpiel tylko 2 razy w tygodniu – trochę dziwnie, ale OK – mniej roboty. Mycie zębów, mycie twarzy i już wiecie do czego zmierzam – TAK. Okazało się to, co w Polsce byłoby powodem, na podstawie którego nie podjąłbym się opieki. Pacjenta trzeba usadzić na tronie, następnie podetrzeć i PODMYĆ szmatą, bo jest muzułmaninem i sobie tego życzy. Naturalnie, bez rękawiczek i chusteczek zapachowych nie byłoby opcji, abym się tego podjął. W każdym razie nie protestowałem, bo to wiązałoby się z moim powrotem do domu na koszt własny, a nikomu nie uśmiecha się płacić ok. 100 EUR.

Zniewolenie – do czego nawiązuje ta fraza? Nie jestem tutaj traktowany jak niewolnik, klient ma do mnie szacunek, mogę czasami gdzieś wyjść, jeżeli chcę (chociaż lepiej nie kręcić się po arabskiej dzielnicy, bo wszyscy się krzywo patrzą, ale – to nie jest praca jak w Polsce, nie 8 godzin dziennie (na umowie tak, ale w praktyce...); człowiek pozostaje na każde ew. skinienie placem, na każde zawołanie, bo klient nie może być głodny, trzeba mu podać pić, posprzątać po nim. Najgorsze są noce, gdy muszę wstawać 4-5 razy, gdy mnie woła, aby go obrócić w łóżku, bo samodzielnie nie jest w stanie tego zrobić... Trzeba go dosłownie przerzucać, a do każdego razu nie będę zakładać rękawiczek – chociaż mycia rąk 100 razy na dobę już mam dość. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że człowiek jest sam, bez rodziny, bez znajomych, pozbawiony jakiejkolwiek bratniej duszy i nie może żyć swoim życiem, jak w przypadku normalnej 8-, 12-godzinnej pracy. Opiekun jest zmuszony do egzystowania z podopiecznym (jak sama nazwa wskazuje). Jedynej pociechy dodają mi czasami dwaj goście, Polacy, których słychać 1-2 razy w tygodniu pod blokiem około 03:00-04:00 rano.

Teraz już tylko odliczam dni do powrotu i chcę zająć się tym, co dla mnie ważne – moją kobietą, pracą i rodziną – po prostu swoim życiem.

* * * * *
Jeśli ciekawi Was, jak wygląda praca w innych zawodach, polecamy inne artykuły z tej serii:
Dzień z życia kierowcy autobusu - jak to wygląda naprawdę?
Dlaczego znów w skrzynce znalazłeś awizo? Byłem listonoszem i tak wyglądała moja praca
Ciekawostki o kasynie oczami osoby pracującej w tym biznesie

Oglądany: 69756x | Komentarzy: 67 | Okejek: 280 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

13.11

12.11

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało