Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Na najgorszym festiwalu w historii łatwiej było kupić heroinę niż butelkę wody mineralnej

80 830  
335   33  
Setki tysięcy wygłodniałych imprezowiczów brodziło po kostki w błocie, a zwieńczeniem „zabawy” było… podpalenie sceny i ograbienie straganów z jedzeniem. Większość artystów musiała helikopterami uciekać z tej przeklętej imprezy, która - zgodnie z wolą organizatorów - rozmachem miała bić na głowę Woodstock.


Lato Miłości skończyło się wraz z zejściem ze sceny ostatnich kapel zaproszonych na wielki, masowy spęd hippisów, który w sierpniu 1969 roku dotarł na pole położone przy farmie pewnego chłopa w mieście Bethel. Wydawać by się mogło, że festiwal Woodstock to ostatni z wielkich festiwali tamtej epoki. Tymczasem dwaj początkujący muzyczni promotorzy – Tom Duncan i Bob Alexander – wierzyli, że to właśnie oni zapiszą się w historii jako organizatorzy najdonioślejszego w epoce dzieci-kwiatów przedsięwzięcia. Optymizm obu panów wynikał z tego, że całkiem niezłym sukcesem odbił się przygotowany przez nich niewielki koncert w Bosse Field. Czemu więc nie spróbować czegoś większego?

Był rok 1972. Duncan i Alexander zaczęli wprowadzać w życie swój plan. Zarezerwowali odpowiednie do tego miejsce – kawał terenu koło miasteczka Chandler w stanie Indiana. To tam wystąpić miały największe gwiazdy ówczesnej sceny rockowej.



Kiedy jednak wszystko wydawało się już zapięte na ostatni guzik, a magazyny muzyczne zapełniły się reklamami festiwalu Erie Canal Soda Pop, nieoczekiwanie stanowe władze (z burmistrzem Chandler na czele) postawiły veto: „Nie chcemy tu tłumu śmierdzących, zaćpanych hippisów!”. Organizatorzy mieli zwijać manatki i szukać sobie nowego, bardziej gościnnego miejsca. Czasu nie było za dużo. W tej sytuacji przeniesiono całą zabawę na Bull Island – mocno podmokły, bagnisty teren położony ok. 80 kilometrów dalej – dokładnie na granicy dwóch stanów.

Dostęp do tego miejsca był fatalny. Prowadziły do niego tylko dwie drogi i to jedynie od strony Indiany. Jednocześnie lokalizacja ta podlegała już pod jurysdykcję Illinois, a z racji na utrudniony dostęp żadne służby porządkowe nie chciały się nawet podjąć prób ochrony tego zapyziałego bagna. Duncanowi i Alexanderowi jakimś cudem udało się zainteresować ich projektem takie gwiazdy jak Joe Cocker, Fleetwood Mac, Black Sabbath, Allman Brothers, Canned Heat, The Eagles, Slade, Nazareth, a także i kapelę dwóch bardzo wówczas popularnych komików, czyli Cheecha i Chonga!



Panowie byli przekonani, że tacy artyści ściągną nawet i 50 tysięcy melomanów. No, może 55 tysięcy, jeśli tylko pogoda by dopisała… Tymczasem w dniu rozpoczęcia imprezy na odcinku 30 kilometrów przed miejscem docelowym droga była już kompletnie zakorkowana. Ludzie porzucali więc swe auta i odbywali wielogodzinne pielgrzymki, aby zobaczyć na scenie swych idoli. Niektórzy z przyjezdnych, chcąc skrócić sobie marsz, decydowali się na szalone eskapady przez bagna.





Szacuje się, że 2 września 1972 roku na Erie Canal Soda Pop Festival dotarło grubo ponad 300 tysięcy osób! Od razu rozpętał się niewyobrażalny chaos. Brakowało miejsca, wody, jedzenia i podstawowych produktów sanitarnych. Wszystkie „awaryjne” dostawy utknęły w przepotężnym korku gdzieś kilkadziesiąt kilometrów wcześniej.



Kiedy ogromna masa młodych ludzi zaczęła ściągać na teren, organizatorzy bojąc się rozruchów zrezygnowali z dalszego sprzedawania biletów i obwieścili, że wstęp na koncerty jest darmowy.

To co działo się na bagiennym zadupiu położonym na końcu świata zupełnie nie przypominało dobrze przygotowanej, bezpiecznej imprezy masowej. Nawet scena nie została do końca zbudowana! Za to bardzo szybko, wśród postawionych bez ładu i składu namiotów, szmat i kartonów, w których zadomowili się hippisi, ukształtowała się „dzielnica handlowa”. Rozłożono kocyki i prowizoryczne stragany z marihuaną, LSD i heroiną. Nikt specjalnie nie krył się z obrotem dragami, bo przecież festiwal nie był zabezpieczany przez żadne służby, a patrolujących teren policjantów widywano tu niezwykle rzadko. W efekcie na ziemi, między pokrytymi błotem śmieciami, walali się też półprzytomni owłosieńcy i ich, naprute szprycą, kobiety…





O narkotyki znacznie łatwiej było niż o nędzną butelkę wody mineralnej, kawałek strawy czy zwykły kibel. Osoby, które dotarły na Erie Canal Soda Pop Festival opowiadały później o setkach osób stojących w kolejkach do kilku zaledwie przenośnych szaletów, z których szambo wylewało się bokami. Tymczasem właściciele budek z żarciem, widząc jak bardzo zdesperowani są imprezowicze, zaczęli drastycznie podwyższać ceny swoich produktów. Niejeden wygłodzony hippis wpadł w szał, gdy przyszło mu płacić 10 dolców za jakiegoś zimnego, niezbyt świeżego hamburgera.

I wtedy spadł deszcz…





Lejące się z nieba zimne strumienie zamieniające i tak już podmokłą ziemię w grząskie bagno były prawdziwym gwoździem do trumny. Rozszalały tłum zaczął rozkradać stragany z jedzeniem, a jeden z foodtrucków został nie tylko ograbiony z ostatniego okruszka żarcia, ale i przewrócony kołami do góry, a na koniec podpalony. Zaćpany tłum świetnie bawił się podkładając ogień pod furgonetki i puszczając z dymem przyczepy kempingowe.



Większość artystów na miejsce festiwalu dotarła helikopterami. I szybko tymi samymi helikopterami muzycy wrócili do domów, kiedy tylko zdali sobie sprawę, w jakie straszne gówno się wpakowali. Na estradzie, mimo chaosu, fatalnego nagłośnienia, deszczu i dymiącego pogorzeliska na horyzoncie, pojawiły się mimo wszystko takie gwiazdy jak Carlos Santana, The Eagles czy Ted Nugent. Tymczasem Cheech i Chong, mimo szczerych chęci, uciekli ze sceny wprost do helikoptera. Cała reszta muzyków nie omieszkała od razu złożyć grubych plików pozwów sądowych przeciw organizatorom tego przedsięwzięcia.



Rezygnacja z występów większości artystów oczywiście nie spodobała się i tak już solidnie rozwścieczonemu tłumowi. Trzeciego dnia imprezy podpalono scenę razem z całym sprzętem, głośnikami i instrumentami. To była taka wisienka na torcie (a raczej gówno na śmierdzącym, błotnym kopcu). Po tym wydarzeniu wszyscy przyjezdni mogli już wracać do domów.



Proces wyludniania tego zakazanego miejsca trwał całymi tygodniami. Potem, gdy ostatni hippis opuścił Bull Island, wjechały tam buldożery i koparki. Te pierwsze zepchnęły w jedno miejsce niewyobrażalną górę śmieci pozostawioną przez setki tysięcy gości. Koparki przygotowały zaś wielki dół, w którym cały ten syf zakopano. Podobno jednak do dziś osoby, które zapuszczają się na ten teren, znajdują setki prawie 50-letnich kapsli z butelek po piwie i śmieci sterczące z bagna.

Źródła: 1, 2, 3

Oglądany: 80830x | Komentarzy: 33 | Okejek: 335 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

19.11

18.11

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało