Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Kradzież telefonu, dowcipni koledzy i inne anonimowe opowieści

51 801  
192   31  
Dziś przeczytacie także o dyskretnej kasjerce, planach na przyszłość, testamencie babci i upokorzeniach w pracy.


Zawsze byłem introwertykiem. Takim absolutnie nieprzystosowanym do życia między ludźmi, zamkniętym w sobie, bojącym się oceny ze strony innych, odludkiem. A mimo to, jakimś cudem, udało mi się spotkać dziewczynę moich marzeń. Można by rzec – wyszedłem z piwnicy. No i wreszcie zacząłem uprawiać seks (okazało się, że czynność ta wcale nie jest przereklamowana!).
Niestety, mój wewnętrzny demon odzywał się w jednym, konkretnym momencie. Podczas kupowania prezerwatyw. Zazwyczaj szedłem do jakiegoś supermarketu, robiłem większe zakupy i gdzieś między paczką czipsów, a torbę ziemniaków wkładałem gumki…
Tym razem trafiłem do Tesco.
- Cebula, chusteczki, paluszki… Będzie trzy pięćdziesiąt. Zbiera pani punkty? Pin i zielony.

Jeszcze tylko dwie osoby. Czułem jak pot pojawia mi się na czole. Ukradkiem zerkałem na taśmę, czy przypadkiem prezerwatywy nie wystają spod płynu do płukania tkanin kolorowych…

- Pomarańcze, herbatka hibiskusowa , rodzynki, proszek dopieczenia. Siedem osiemdziesiąt. Zbiera pan punkty? Pin i zielony.

Dopiero wtedy do mnie dotarło, że za kasą siedzi młode dziewczę. Praktykantka. Najwyraźniej trochę nieogarnięta, bo zakupy przesuwała powoli po skanerze i (co dla mnie najgorsze) głośno recytowała nazwę każdego produktu! Już nie było odwrotu. Pot z czoła spływał mi już do oczu…

- Jabłka, tacosy paprykowe… - recytowała kasjerka – jajeczko z niespodzianką, czosnek granulowaaaany... – kontynuowała, podczas gdy ja chciałem umrzeć wyobrażając sobie, że klienci stojący za mną zaraz poznają gwóźdź programu – płyn do płukania tkanin kolorowych… prezerwatywy Unimil. No co jest? Prezerwatywy… No, nie chce się nabić, cholera.

Akurat jakby na życzenie jakiegoś złośliwego boga przypału, czytnik kodów kreskowych nie chciał nabić moich gumek. Czułem, że kurczę się do wielkości krasnala ogrodowego, a reszta klientów już wytyka mnie palcami.

- Jeszcze raz. Prezerwatywy Unimil! - mocowała się kasjerka. - Ech… Halyyyyna! - ryknęła do koleżanki. - Przynieś mi z działu kosmetycznego Unimile! Truskawkowe! Nie, czekaj! To są… te, no – prążkowane!

- Jakie??? - zza półki zaskrzeczała pani Halinka.
- Prążkowane, te niebieskie, no!!!

Tego już było dla mnie za dużo. Czerwony jak dojrzała czereśnia, spocony niczym grubas po przebiegnięciu maratonu, wybiegłem ze sklepu nie oglądając się za siebie i nigdy, przenigdy już tam nie wróciłem.

A co najgorsze – tamtej nocy nie poruch#łem.

* * * * *

Dziś, po udanym seksie, leżałam z moim chłopakiem w łóżku i rozmarzona, wtulona w niego zapytałam:
- Kochanie, jak myślisz do jakiej szkoły wyślemy nasze dzieci?.
Mój facet podrapał się po worku, ziewnął przeciągle i mruknął:
- A cholera wie. Swoją drogą – to musiałby być niezły zbieg okoliczności, aby nasze dzieciaki spotkały się w tej samej szkole...

Pieprzony mistrz taktu, psia jego mać!

* * * * *

Ostatnio słabiej u mnie z kasą. Po kilku latach pracy na obczyźnie wróciłem do ojczyzny i zdałem sobie sprawę, że niestety nie mogę być zbyt wybredny, bo z moimi kwalifikacjami zawodowymi póki co nie mogę liczyć na karierę w branży, z którą chciałbym się związać. Z braku innych możliwości zdecydowałem się odpowiedzieć na ofertę, która brzmiała „Marketing kontaktowy! Praca dla ambitnych!”. Brzmiało fajnie, więc poszedłem na spotkanie.

Dzień później paradowałem po ulicy w stroju wielkiego misia. W środku lata, w temperaturze grubo ponad 30 stopni, rozdawałem ulotki reklamujące nowo otwarty kryty plac zabaw dla gówniarzy z zamożnych rodzin.
Miałem paskudny humor, było mi piekielnie gorąco, chciało mi się pić, a poczucia beznadziei nie łagodził też fakt, że za 8 godzin katuszy miałem zarobić jakieś śmieszne 60 zł.
I kiedy już gorzej ze stanem mojej psychiki być nie mogło, podszedł do mnie dzieciak. Miał, tak na oko, trzynaście lat. Trzymał w dłoniach butelkę zimnej coli i z wielkim zainteresowaniem patrzył się prosto w wielką, pluszową głowę, pod którą znajdował się moja spocona, wykrzywiona w cierpieniu, twarz.
- Wie pan co? - rzekł po chwili. – Gdy patrzę na takich ludzi jak pan i widzę, jak bardzo są w stanie upokorzyć się, aby zarobić jakieś marne grosze, to czuję się bardzo zmotywowany, żeby iść na studia...
Powiedziawszy to, ściągnął łyk lodowatego napoju, zakręcił korek i odwróciwszy się na pięcie poszedł w bliżej nieokreślonym kierunku.

Dobrze, że miałem na sobie kostium. Dzięki temu nikt nie zauważył łez cieknących mi ciurkiem po policzkach.

* * * * *

Parę tygodni temu zmarła moja babcia. Była to dość zrzędliwa kobieta, która zawsze w stosunku do mnie była mocno, powiedzmy to – chropowata. Miała paskudny charakter i wyjątkowo cyniczne poczucie humoru, które prawdę powiedziawszy zawsze u niej bardzo lubiłam. Okazało się, że jej wstrętne żarciki dały o sobie znać nawet po jej odejściu z tego świata…

Wczoraj nadszedł dzień, w którym odczytano wszystkim trzem wnukom, w tym i mi, spisany przez nią testament. Mój starszy brat dostał w spadku babciowego forda i garaż. Starszy otrzymał domek na jej letniskowej działce.
A ja? Ja dostałam 30 zł oraz chomika z klatką i poidełkiem.

* * * * *

Parę dni temu jechałem sobie do pracy moim skuterem. Tłukłem się prawym pasem, gdy na horyzoncie zobaczyłem zasuszoną staruszkę usiłującą dostać się na drugą stronę jezdni. Najbliższe przejście było dopiero kilkaset metrów dalej. Zwolniłem więc i dałem babulce znać gestem ręki, że ją przepuszczam. „O jeden dobry uczynek więcej” - pomyślałem sobie, patrząc, jak starowinka drepcze przed moim skuterem, wylewnie dziękując za mój odruch empatii dla bliźniego… Cała atmosfera pękła niczym mydlana bańka, kiedy jadący lewym pasem Smart z niezłym impetem wyrżnął w babcię skupioną na wylewnych gestach podziękowań słanych w moją stronę.

Na szczęście, poza dosłownie kilkoma zadrapaniami i siniakiem na nodze staruszki oraz pękniętym zderzakiem Smarta, nic poważniejszego się nie stało. To prawdziwy cud.
Za to problemy mam ja. Grozi mi kara za nakłanianie drugiej osoby do złamania prawa i w efekcie doprowadzenie do wypadku, który mógł się skończyć jej śmiercią. A najgorsze jest to, że do akcji włączyła się też sympatyczna, licząca na odszkodowanie, babcia. Złożyła dość podkoloryzowane zeznania, jakobym miał do niej krzyczeć: „Niechże pani śmiało idzie! Nic nie jedzie!” i niemalże siłą wpychać ją pod koła samochodu.

* * * * *

Od niedawna spotykam się z Maćkiem. To niemalże archetypowy, liberalny lewak wychowany w rodzinie, która jak sam mówi „nie uznaje tabu w relacjach międzyludzkich”. Parę dni temu przed południem po raz pierwszy zaprosił mnie do siebie do domu. Rodziców nie było, więc od razu przeszliśmy do sypialni, bo od ostatnich tygodni, z racji braku prywatności, chodziliśmy dość wyposzczeni.

W chwili, gdy mój chłopak brał mnie od tyłu, drzwi do pokoju otworzyły się i do środka, jak gdyby nigdy nic, wparował jego ojciec z patelnią w dłoni:
- Siema - zakrzyknął wesoło. Będę robił jajecznicę, więc raz dwa i zejdźcie na dół, żeby wam nie wystygła!
- Spoko. Zaraz kończę! - wysapał mój, zupełnie niespeszony zaistniałą sytuacją, chłopak, który nawet nie przerwał wykonywanej przez siebie czynności.

Myślałam, że spłonę ze wstydu, kiedy przyszłam na to śniadanie. Tata Maćka podał mi talerz z jajecznicą i poklepawszy mnie kumpelsko po plecach zaśmiał się:
- Cieszę się, że tym razem, dla odmiany, mój kochany syn znalazł sobie dziewczynę!

* * * * *

Zacznijmy od tego, że moi koledzy to skończeni idioci. Ostatnio po jednej imprezie postanowili zrobić mi psikusa i koło drzwi mojej kawalerki nasmarowali markerem jebitny napis: „Tu handluje się narkotykami! Konkurencyjne ceny!”. No, wkurzyłem się i obiecałem sobie najszybciej jak się da kupić białą farbę i zamalować to świństwo. A kumplom nie omieszkam zrobić awantury za oczernianie mojej krystalicznie czystej reputacji.

Wieczorem usłyszałem dzwonek do drzwi. Kiedy je otworzyłem, moim oczom ukazało się dwóch rosłych facetów. Jeden błysnął legitymacją policyjną. Bezceremonialnie wpakowali mi się do mieszkania. To był moment. Jeden wlazł do pokoju, aby zrobić przeszukanie, a drugi zaciągnął mnie do kuchni, aby mnie przesłuchać. Wszystko trwało pięć minut. Zdążyłem odpowiedzieć na kilka pytań i wytłumaczyć, że to głupi żart moich debilnych znajomych i że nigdy żadnych dragów nie posiadałem. Po chwili panowie wyszli, zostawiwszy mnie mocno skołowanego tą niecodzienną sytuacją.

Mam pewne przypuszczenia, że to jednak nie byli prawdziwi policjanci. Wiecie dlaczego? Ano dlatego, że z mieszkania zniknęły moje pieniądze, konsola do gier i laptop, a wczoraj dowiedziałem się, że ktoś wziął pożyczkę-chwilówkę na moje nazwisko. Tak, dowód osobisty też sobie przywłaszczyli. Kiedy składałem zeznania na policji, prawdziwi stróże prawa z trudem tamowali śmiech...

* * * * *

Jestem Cyganem. Takim archetypowym, ciemnym chudzielcem – typem gościa, którego pewnie nieraz widzieliście grającego na akordeonie w tramwaju, albo odzianego w łachmany i żebrzącego na ulicy. Wiele lat temu moi rodzice należący do grupy tzw. Egipcjan Bałkańskich przyjechali z Albanii do Polski i tu, na miejscu, otworzyli całkiem dochodowy biznes – restaurację, która do dziś przynosi naszej rodzinie niemały hajs.
Jak każdy normalny dzieciak chodzę do szkoły, mam kolegów i typowe dla siedemnastolatka zainteresowania. Rzadko kiedy spotykam się z objawami rasizmu, chociaż parę razy miałem drobne nieprzyjemności z racji na moją „egzotyczną” fizjonomię (chu#a tam – wyglądam jak archetypowe Rumuniątko, co ja na to poradzę?). Oto jedna z ostatnich akcji.

Środek miasta, biały dzień. Idę sobie z komórką przy uchu i rozmawiam z dziewczyną. Nagle ktoś podbiega do mnie od tyłu i cap! - wyrywa mi aparat z dłoni. Rzucam się w pogoń za złodziejem. No, normalnie akcja jak z jakiegoś filmu sensacyjnego. Typ przeskakuje przez ławki, wpada na ludzi, przebiega przed hamującymi z piskiem opon samochodami. Ja nie odpuszczam – biegam szybko, więc lecę za rabusiem, zgrabnie omijam przechodniów, prześlizguję się po maskach aut, jestem już coraz bliżej… Dzielą nas już nie więcej niż dwa metry. I wtedy w łebku złodzieja rodzi się genialna myśl. Gnojek zaczyna się drzeć:
„RAAATUNKUUU!!! POMOCYYYY! ON CHCE MNIE OKRAŚĆ Z TELEFONU!!! LUDZIEEEE!!!”.
Ułamek sekundy później czuję, jak ktoś podstawia mi nogę. Upadam, boleśnie uderzając czołem o szorstki trotuar.

Zanim się obejrzałem, leżałem na ziemi. Ktoś wykręcał mi rękę, jakaś babcia tłukła mnie siatką z ziemniakami po udzie, ktoś dzwonił po policję…
W komisariacie spędziłem pół dnia tłumacząc, że to ja byłem ofiarą napaści. W końcu uwierzyli i nawet kajdanki mi zdjęli, łaskawcy. Złożyłem zeznania i opisałem sprawcę (którego bym dopadł, gdyby sukinkot nie zaczął drzeć papy). Telefonu nigdy nie odzyskałem. Za to jeden policjant ulitował się nade mną i… kupił mi jagodziankę na pocieszenie. Tyle wygrać.

<<< W poprzednim odcinku m.in. powrót taksówką i romantyczny chłopak


Oglądany: 51801x | Komentarzy: 31 | Okejek: 192 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

22.03

21.03

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało