Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Intrygujące tajemnice zwiastunów filmowych

47 899  
116   22  
Zwiastun – czyli krótkie streszczenie filmu, które ma za zadanie nakłonić nas do kupienia biletu na kinowy seans. Czasem jednak taki materiał wcale nie jest krótki, ani nie zawiera nawet jednej sceny z produkcji, którą reklamuje. Ba, niekiedy potrafi też całkiem nieźle wyprowadzić nas w pole.


Zwiastuny są prawie tak samo samo leciwe, co filmowa rozrywka

Od momentu, gdy pierwsi widzowie zaczęli gromadzić się w pierwszych kinowych salach, zadbano o to, aby zachęcić ich do kolejnych wizyt w takich miejscach. Na pomysł montowania króciutkich zajawek wpadł Nils Granlund – menadżer reklamowy zatrudniony w sieci teatrów Loewa – to on w 1912 wyprodukował reklamę wystawianego na Broadwayu musicalu pt. „The Pleasure Seekers”.



Taka forma promocji bardzo spodobała się właścicielowi firmy – Marcusowi Loewowi, który poprosił Nilsa o kolejne reklamy tego typu. Odtąd Granlund miał pełne ręce roboty – produkował m.in. trailery do filmów największej gwiazdy tamtej epoki – Charliego Chaplina.

Początkowo emitowano je po seansie

Ło, panie. Kiedyś to było… Szedłeś do kina i nikt nie serwował ci przed filmem czterdziestominutowego bloku reklamowego, podczas którego zeżerałeś swój popcorn i wypijałeś całą zawartość kubeczka z colą. Pierwsze zwiastuny emitowane były bowiem po seansie. Nie trwało to jednak zbyt długo – specjaliści od marketingu szybko zorientowali się, że większość widzów opuszcza salę zaraz po zakończeniu głównej części programu. Reklamy przesunięto więc na początek, zmuszając tym samym kinomaniaków do zapoznania się z ich treścią.



W mackach korporacji

Od lat 20. tworzeniem i dystrybucją zwiastunów zajmowała się już państwowa firma - The National Screen Service, której zadaniem było także przygotowywanie plakatów filmowych oraz wszelkiego typu produktów promocyjnych. Korporacyjny monopol zaczął się jednak kończyć gdzieś na początku lat 60. kiedy to filmowcy uznali, że nikt lepiej nie zareklamuje ich dzieł, jak oni sami. W 1960 roku Alfred Hitchcock nakręcił materiał promujący swój nowy film pt. „Psychoza”. Było to nagranie przedstawiające samego reżysera przechadzającego się po planie i opowiadającego o swym dziele. Nagranie trwało sześć minut i wprowadzało widza w klimat produkcji, jednocześnie nie zdradzając istotnych szczegółów jego fabuły.



Zwiastuny nie powinny być zbyt długie

NATO, czyli National Association of Theater Owners (Narodowe Stowarzyszenie Właścicieli Kin) w 2014 roku wydało rozporządzenie mówiące, że filmowy materiał promocyjny nie powinien trwać dłużej niż dwie minuty. Dystrybutorzy mają jednak prawo co roku wprowadzać w obieg jeden zwiastun łamiący tę zasadę, jeśli uznają, że taki klip zasługuje na odstępstwo od reguły.

Nie mamy pojęcia, jak przyjęty by został trailer szwedzkiej produkcji „Ambiancé”. Ten trwał bowiem siedem… godzin i dwadzieścia minut! Całość jest niezwykle statyczna i dzieje się na jednym planie, więc istnieje duża szansa, że widz nie zostałby przekonany do obejrzenia dzieła, którego seans ciągnie się przez 720 godzin!



One man, one way, one desire – Don Lafontaine, czyli „głos” z trailerów

Wybuchy, spojlery, dudniący bas i ten charakterystyczny, niski głos – zmarły przed dziesięcioma laty Don Lafontaine niewątpliwie ma wielki wkład w historię tego, jak zwiastuny brzmią. Człowiek ten był narratorem ponad pięciu tysięcy trailerów reklamujących najbardziej dochodowe, amerykańskie blockbustery!



Wiele zwiastunów pokazuje zbyt dużo, ale są też takie, które nabijają widza w butelkę…

To, że filmowa zajawka może zepsuć nam seans produkcji, którą reklamuje, wiemy wszyscy. Bezczelne odsłanianie w nich najbardziej kluczowych zwrotów akcji i fabularnych twistów jest jednym z największych grzechów współczesnych filmowców. Czasem jednak twórcy takich klipów decydują się na nie do końca uczciwe zabiegi oszukiwania potencjalnych widzów poprzez umyślne montowanie zwiastunów w taki sposób, aby te w niczym nie przypominały ostatecznego dzieła. I tak na przykład w 2011 roku materiał promocyjny filmu „Drive” sugerował, że produkcja z Ryanem Goslingiem będzie efekciarskim kinem pełnym pościgów i popisów kaskaderskich na miarę „Szybkich i wściekłych”.



W te „zapewnienia” uwierzyło wiele osób, które wybrały się do kina. Niejeden widz poczuł się skrzywdzony, kiedy okazało się, że klimat „Drive” jest dość leniwy, a spektakularnych akcji jest w nim tyle co kot napłakał. Ba, pewna mieszkanka Michigan pozwała nawet dystrybutora oskarżając go o regularne oszustwo!

Większość zwiastunów powstaje na długo przed ukończeniem filmu

Zazwyczaj akcja reklamowa większości produkcji rusza w momencie, kiedy film nie jest jeszcze nakręcony. Wówczas filmowcy muszą naprawdę stawać na głowach, aby z np. 20 minut gotowego materiału wycisnąć wystarczająco dużo wartościowych ujęć i z ich pomocą poskładać zajawkę, która kogokolwiek zainteresuje. Tak było na przykład z Burtonowską „Alicją w Krainie Czarów”, gdzie montażyści zmuszeni byli operować jedynie na nagraniach zarejestrowanych na green-screenie. A to i tak nic w porównaniu z promocją słynnego horroru z Borisem Karloffem. O ironio – pierwszy zwiastun do „Frankensteina” to zlepek pozszywanych ze sobą scen z innych filmów!
Tymczasem pierwszy teaser „Powrót do przyszłości” było oddzielnie nagranym klipem, którego próżno szukać w gotowej wersji tego dzieła!



Zwiastuny, podobnie jak filmy, przechodzą przez testy z udziałem publiczności

Jak wiadomo – na ostateczny kształt filmowej produkcji wpływ ma opinia widzów, którzy biorą udział w testowych projekcjach. Z trailerami jest bardzo podobnie. Najpierw zwiastun pokazywany jest małej publiczności. Jeśli jej ocena nagrania będzie zadowalająca, przechodzi się do drugiej fazy, czyli zamkniętych pokazów dla 5-20 osobowych grup odbiorczych złożonych z osób, do których film jest skierowany.



Muzyka, która brzmi znajomo

Wiadomo jak ważna jest też warstwa dźwiękowa wykorzystywana w zwiastunie. Nadzwyczaj dobrze sprawdzają się tu znane już motywy przewodnie z innych produkcji, które wcześniej odniosły sukces. Filmowcy nagminnie więc sięgają po takie popularne motywy. Na przykład wpadająca w ucho nuta z „Gladiatora” czy „Władcy Pierścieni” rozbrzmiewała w dziesiątkach różnych trailerów, a fragmenty ścieżki dźwiękowej z „Obcych” Jamesa Camerona można było usłyszeć w reklamach przynajmniej 24 innych dzieł. Wielu fanów kina sci-fi pamięta też bardzo charakterystyczną melodię z „Terminatora”, którą dość bezczelnie użyto w trailerze powstałego trzy lata później „Robocopa”!


Warto też dodać, że istnieje sporo specjalistów, którzy tworzą muzykę tylko i wyłącznie do filmowych zwiastunów. Zazwyczaj są to kompozytorzy nagrywający epickie kawałki orkiestrowe. Niewątpliwie prym tu wiedzie X-Ray Dog, a jednym z najczęściej wykorzystywanych motywów tego zespołu jest np. do bólu patetyczny „Gothic Power”, który to utwór mogliśmy usłyszeć zarówno w trailerze „Listy Schindlera”, jak i „Walecznego serca”, „Terminatora 3”, „Władcy Pierścieni”, „Efekcie motyla”, czy trzeciej części „Gwiezdnych wojen”.



A tu poczytacie o najczęstszych grzechach twórców kinowych zwiastunów.

Źródła: 1, 2, 3, 4, 5, 6

Oglądany: 47899x | Komentarzy: 22 | Okejek: 116 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

13.11

12.11

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało