Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Niemiecki areszt, mamusine porządki i inne anonimowe opowieści

47 805  
171   19  
Dziś przeczytacie także o zabawach siostry, filmach dla dorosłych, rodzinnym obiedzie i ratownikach medycznych.


Dziś wróciłem wcześniej z uczelni. Kiedy przyszedłem do domu usłyszałem dość niepokojące dźwięki dochodzące z pokoju mojej siostry - Agnieszki. Jakieś jęki, sapania…

Szybko zdałem sobie sprawę, że młoda nie zorientowała się, że nie jest już sama i najwyraźniej oddawała się przyjemności. Przygnieciony ciężką traumą i mocno zniesmaczony sytuacją cicho założyłem psu obrożę i wyszedłem na długi spacer, aby nie musieć pławić się w tym basenie żenady.

Kiedy dwadzieścia minut później wróciłem do domu, w środku panowała już błoga cisza. Po chwili drzwi pokoju mojej siostry otworzyły się i ze środka wyszła Aga trzymając w dłoniach… moją elektryczną szczoteczkę do zębów.

***

Jak byłem małym, nierozsądnym szczylem dopiero odkrywającym ciemne zakątki Internetu, znalazłem stronę z filmami xxx, gdzie główne role grały karły. Nie żeby mnie to jakoś specjalnie jarało, ale stwierdziłem, że sam zweryfikuję czy to temat odpowiedni dla mnie. Szybko jednak stanąłem w obliczu poważnego problemu – witryna była płatna.

Początkowo trochę mnie to zafrasowało, ale szybko znalazłem rozwiązanie. „Wykupię sobie jednodniowe konto za pomocą karty kredytowej mojego taty. To tylko równowartość 5 dolarów. Nawet się nie zorientuje” - pomyślałem.

Jak postanowiłem – tak uczyniłem. Wypełniłem wszystkie rubryczki i wklepałem numer środka płatniczego podkradzionego mojemu staruszkowi. Kiedy chciałem zakończyć procedurę rejestracji, wyskoczyła informacja: „Przykro nam, ale istnieje już konto powiązane z tą kartą kredytową”. Wygląda na to, że nie tylko ja miałem tak zryty beret, żeby płacić za oglądanie karlego grupen-seksu. Może to jakieś rodzinne zboczenie?

***

Przez ostatnie dwa lata tworzyłem wzorowy związek z dziewczyną, w której podkochiwałem się jeszcze w czasach liceum. Gosia była piękna, bystra i pełna seksapilu. Ta zwiewna łania skradła mi serce i za nic nie chciała go oddać.
Jakieś pół roku temu coś zaczęło się psuć. Nie, nie było żadnych kłótni, awantur czy fochów. Po prostu zauważyłem, że moja ukochana oddala się ode mnie. Coraz rzadziej za sobą sypialiśmy, często zachowywała się bardzo ozięble w stosunku do mnie, no i te tajemnicze telefony „od koleżanki”…

Czułem, że coś jest na rzeczy. „Kobieta jest jak małpa. Zanim puści jedną gałąź, musi się mocno trzymać drugiej” - tak mi kiedyś powiedział mój świętej pamięci dziadek Marian. I chyba miał rację.

Raz podejrzałem jej SMS-y. Znalazłem wiadomość od niezapisanego numeru z treścią dość jednoznacznie sugerującą podziękowanie za pełen seksualnych uniesień wieczór. Rozpocząłem małe śledztwo.

Nie pytajcie, jak mi się to udało, ale w końcu zdobyłem adres jej kochanka. Postanowiłem zachować się jak facet i skonfrontować się z rzeczywistością. Strzelić facetowi w twarz i z bólem w sercu (ale z kamienną twarzą!) kazać miłości mojego życia spakować manatki.

Kiedy więc po raz kolejny Gosia wyszła z domu pod pozorem spotkania się z „koleżanką”, ja odczekałem parę minut, wsiadłem w auto i pojechałem do domu jej nowego faceta.
Zapukałem do drzwi. Otworzył mi rosły gość, brodaty w szlafroku. Za jego plecami zobaczyłem Gosię. Zażenowaną, czerwoną i potarganą. Osiłek spojrzał na mnie, na nią, a następnie rzekł:
„Przykro mi, Mario. Twoja księżniczka jest w innym zamku”.
I zatrzasnął mi drzwi przed nosem...

***

Dziś moja narzeczona wyznała, że woli zabawić się sama niż uprawiać seks ze mną. Może i bym to jakoś przełknął, gdyby nie to, że powiedziała to przy moich rodzicach, podczas wspólnego, zapoznawczego obiadu.

***

Dziesięć lat temu stanąłem przed życiowym wyborem. Chciałem iść na studia, ale jednocześnie pragnąłem kontynuować granie w zespole, który założyłem razem z kumplami z liceum.

Marzyłem o tym, aby nagrywać mnóstwo płyt i grać koncerty na całym świecie. Zawsze wiedziałem, że mam talent do darcia mordy! „Zejdź na ziemię synek, kurła!” - rzekł ojciec - „Z tymi szarpidrutami nie zrobisz żadnych pieniędzy, ale już po studiach będziesz miał dużo możliwości na uczciwą pracę.”

Zrezygnowałem z tworzenia muzyki, odszedłem zespołu i przez cztery lata studiowałem anglistykę.

Okazało się, że rynek wcale nie potrzebuje już anglistów. Dziś pracuję w punkcie ksero za niecałe 2000 złotych miesięcznie.

Wiecie, że mój zespół ciągle istnieje? Nagrywają mnóstwo płyt i grają koncerty na całym świecie… Zarabiają duże pieniądze. Psia jego mać! Może i to zabrzmi jak banał, ale muszę to powiedzieć: Nie rezygnujcie ze swoich marzeń i nie słuchajcie rodziców!

***

Mam 17 lat. Za każdym razem, gdy proszę ojca o pieniądze na prezerwatywy, on klepie mnie po plecach i mówi coś w stylu: „He, he, he... Jestem z ciebie taki dumny. Wyrosłeś na prawdziwego faceta!”. Następnie wręcza mi 100 złotych, żebym coś kupił „dla mojej dziewczyny”.
Nie za bardzo wiem jak mu powiedzieć, że my, homoseksualiści, też używamy prezerwatyw...

***

Jestem ratownikiem medycznym. Jeżdżę karetką. Z Marcinem. Ratujemy dupy zarówno zarzyganym pijakom, gówniarzom, którzy przesadzili z dopalaczami, ale także i staruszkom, którzy dostali zawału, czy zwykłym paniom domu, co to się zadławiły klopsikiem.

Wiecie co mnie najbardziej wku#wia w tej robocie? Gapie utrudniający mi pracę i ciekawskie baby, które najchętniej wcisnęłyby się pomiędzy defibrylator a ciało pacjenta! Najchętniej posłałbym wszystkich tych smutasów żerujących jak pieprzone sępy na cudzym nieszczęściu wprost w objęcia szatana, ale nie mam takiej mocy… Pozostaje mi więc złośliwa ironia.

Ostatnio dostaliśmy wezwanie do starowinki, która zatruła się nieświeżymi gołąbkami. Podjeżdżamy z Marcinem pod blok i już widzę w oknie na parterze „glonojada” - to żądna taniej sensacji baba przyklejona do okna. Wbiegamy z noszami na trzecie piętro. Mijamy drzwi wścibskiej baby uchylone na długość łańcucha, a w wizjerze oko Saurona. Desperacka próba zdobycia jakiekolwiek informacji do plotkowania jest bardziej wyraźna niż tłuste K+M+B = 2018 wymazane kredą nad drzwiami.
Po chwili złazimy na dół targając ze sobą na noszach półżywą staruszkę. Na parterze atmosfera gęsta jak krakowski smog – przez szparę w drzwiach widzę ucho…

Nie wiem co mnie podkusiło, ale w tym momencie, siląc się na teatralny szept, rzekłem do Marcina:
„Pierwszy raz się spotykam z kimś, kto w tym wieku wciągnął taką ilość kokainy...”.

Coś czuję, że dzięki nam plotkary na tym osiedlu będą miały co robić przez najbliższe tygodnie.

PS. Staruszka po płukaniu żołądka poczuła się znacznie lepiej. Okazała się bardzo sympatyczną osobą. W podzięce za pomoc zaprosiła nas na rosół. Grzecznie odmówiliśmy.

***

Odkąd pamiętam byłem archetypowym geekiem. Od zawsze zbieram gadżety, które kosztują fortunę i właściwie niczemu nie służą. Posiadam cały zestaw kolekcjonerskich figurek, plakatów, starych gier video, a nawet oryginalnych rekwizytów ze znanych filmów (nawet nie pytajcie, ile mnie moje hobby kosztuje…). Żyję sobie w wynajmowanym mieszkaniu, ale u rodziców mam swój pokój. Dokładnie taki sam, jaki był w czasach mojego dzieciństwa – pełen starych książek i pierdół, którymi jarałem się za gówniaka.

Ostatnio moja mama postanowiła zrobić trochę porządków i pozbyć się „zarastających kurzem gratów”. Wśród szpargałów znalazła jeden z największych skarbów mojej młodości – oryginalny, japoński, pierwszy numer komiksu „Dragon Ball”. Wydany w czerni i bieli, doskonale zachowany, mokry sen każdego mangowego nerda. Trzymałem ten rekwizyt w plastikowej obwolucie, żeby się przypadkiem jakaś karteczka nie zagięła, a papier nie zżółkł…

Moja rodzicielka zaniosła ten komiks, razem z innymi książkami, których się z domu pozbywała, do antykwariatu i dostała za niego 3 złote. Nie wiedziała, że ten egzemplarz wart był ok. 20 tysięcy złotych. Kiedy się o tym dowiedziałem, to zbladłem. Mama widząc moją minę rzekła: „Ale o co ci chodzi, synku? Tyle lat miałeś tę kolorowankę i nigdy jej nie chciałeś pokolorować. Myślałam, że już wyrosłeś z takich zabaw”...

***

Spędziłem pięć dni w niemieckim areszcie. A wszystko to przez mojego kumpla - kretyna z niewyparzoną gębą. A było to tak: Korzystając z trzytygodniowego urlopu postanowiliśmy zrobić sobie małą wycieczkę po kilku europejskich krajach. Podczas jazdy po pewnym północnym, niemieckim landzie, autokar, którym podróżowaliśmy zatrzymany został przez policję. To była rutynowa kontrola – jak się okazało stróże prawa w tym miejscu regularnie zatrzymują pojazdy na małe „trzepanie”. Niedaleko jest granica z Holandią, więc podczas takich obław często wpadają narkotykowi przemytnicy-amatorzy.

- Czy w waszych plecakach znajduje się jakaś nielegalna substancja? - zapytał policjant o twarzy surowej niczym oblicze wzorowego SS-mana, który absolutnie nie zna się na żartach.
Wiedzieliśmy, że tak czy inaczej odbędzie się rewizja, więc mój kumpel, bez zwłoki wydobył ze swego bagażu, malutkie zawiniątko. Znajdowało się w nim pół grama haszyszu.
Policmajster zimnym jak lód spojrzeniem zbadał pakuneczek i wyciągnąwszy blankiecik do wystawiania mandatów, wycedził:
- Za to będzie 300 euro!
I wtedy się zaczęło. Mój towarzysz podróży otworzył szeroko oczy i teatralnie podniósł się z siedzenia
- Trzy stówy? - ryknął z niedowierzaniem – Ziomuś, kto cię tak oszukuje? Weź lepiej zmień dilera! Za gramik haszu zapłacisz najwyżej paręnaście euro. Poważnie, przepłacasz i to mocno!

Tak, jak myślałem – policjant o aparycji SS-mana absolutnie na żartach się nie znał. Oprócz 300 euro musieliśmy odsiedzieć w areszcie pięć dni i zapłacić karę za obrazę funkcjonariusza na służbie.

Oglądany: 47805x | Komentarzy: 19 | Okejek: 171 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

14.12

13.12

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało