Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Ciekawostki o kasynie oczami osoby pracującej w tym biznesie II

57 473  
703   67  
W tym odcinku kontynuacja pracy krupiera, a także o oszustwach, typach graczy oraz historyjkach z życia w kasynie. Jeśli jeszcze tego nie zrobiłeś, zapoznaj się z częścią pierwszą. Tych, którzy jej lekturę mają za sobą, zapraszam na ciąg dalszy. UWAGA: Długi tekst bez tldr.



Jak kasyno (nie) oszukuje graczy?

(Poniższy opis tyczy się tylko legalnych kasyn, nie mam wiedzy na temat jak to wygląda w nielegalnych kasynach)

Jeśli ktoś spodziewa się tu opisu magnesów pod kołem do rulety, kart widocznych w ultrafiolecie czy krzywych stołów do gry, to tu nic takiego nie przeczytacie, opiszę za to, co kasyno robi, aby ludzie nie zarzucili oszustwa oraz to jak wygląda kontrola przebiegu gry (za to kolejny rozdział będzie o tym, jak gracze oszukują kasyno i czy tak jak na filmach „dostają bęcki w podziemiach”).

Prowadzenie kasyna to bardzo transparentny biznes, codzienny utarg oraz napiwki są liczone przy obecności kontrolera z Ministerstwa Finansów. Kontroler taki na co dzień przebywa też w biurze w sali kasyna. Samo kasyno też zabezpiecza się jak tylko może, aby gra była uczciwa i nie dochodziło do oszustw.

Grę prowadzi krupier, nad nim na stole siedzi „inspektor” - jest to krupier z bardzo dużym doświadczeniem, potrzeba mu parę sekund, aby obliczyć i przygotować wypłaty po rzucie ruletką. Jego zadaniem jest potwierdzenie tego, co powie krupier. Głośno wymawia się numer, który wypadł, podaje jego kolor i anonsuje każdą wypłatę, po każdym anonsie inspektor może potwierdzić słowem „check” albo w zależności od nastroju powiedzieć „nie, powinno być …” lub zwykłe „nie” i wtedy licz od nowa. Taki inspektor jednocześnie czuwa nad dwoma stołami.

Nad inspektorem jest „pit boss” - człowiek, który przez długie lata był inspektorem i potrafi patrząc z daleka ocenić, czy ktoś prowadzi grę dobrze czy źle i czy są jakieś nieprawidłowości, on też ustala na bieżąco rozstawienie krupierów na stołach. Jak jest się w staff roomie na przerwie, to przed końcem przez radiowęzeł pit boss podaje np. Kasia A1, Asia B3, Zosia P2, Basia „chipping”. Stoły z literą A to ruleta , B to blackjack, a P to stoły do pokera, chipping to oczywiście zbieranie żetonów (teraz stoły się już wyposażone w automatyczne sortowniki, więc ta rola jest coraz mniej wykorzystywana).

Nad każdym stołem jest kilka kamer i mikrofonów (nie służą one tak jak niektórzy sądzą do nagrywania gości, tylko do tego, żeby w razie spornej sytuacji udowodnić kto ma rację). Często klienci nie stawiają żetonami, tylko np. rzucają na stół 100 złotych i krzyczą „18 za 50 i 20 na 6 i 15 10 do zwrotu). Krupier musi to wtedy powtórzyć i jak ma czas, to obstawić te numery podczas gdy kulka jest w ruchu, ewentualnie zrobić to po wypadnięciu numeru. Klienci potrafią się upierać, że nie powiedzieli 18 za 50, tylko 8 za 50 i 12 na 6 (w przypadku jak wypadło 8). W tym celu jest ta elektryka.

Koło do rulety jest codziennie sprawdzane poziomicą, nie ma prawa być żadnych odchyłów, które mogłyby powodować utratę losowości. Sama kulka jest z masy perłowej. Często kula wypada podczas rzutu poza koło (tzw. „no spin”), po tym, jak się już ją znajdzie lub przyniesie nową, to pit boss magnesem sprawdza, czy nie jest namagnesowana (chodzi o to, aby bardziej przebiegli klienci nie podmienili kulki na swoją), tak samo się ją sprawdza przy każdym otwarciu stołu.

Karty do gier są wymieniane mniej więcej raz na 2 dni, stare karty są zamykane w kopertach bezpiecznych, plombowane i wysłane do zniszczenia. Również każda nowo otwarta talia jest sprawdzana i liczona, wszystko się odbywa na stole do gry pod okiem kamer.
Na koniec każdego dnia wszystkie karty się rozkłada na stołach i układa od A do K w kolejności kolorami na przemian, sprawdzając tym samym, czy którejś nie brakuje lub czy nie ma ich za dużo. Każdego dnia sprawdza się też ilość żetonów kolorowych w rulecie. W ten sposób kasyno zabezpiecza się przed tym, aby nikt nie mógł zarzucić oszustwa.

Aby kasyno nie przegrało za dużo naraz stosuje się limity, nie można przyjść z milionem złotych i powiedzieć „wszystko na czerwone”. Kasyno nie zaryzykuje przy 51,4% szans na wygraną takiego zakładu (wypadnięcie 0 w takim zakładzie to wygrana kasyna, 0 nie ma koloru, nie jest zielone).

Oszukiwanie klientów nie jest w interesie kasyna. Po pierwsze, aby otworzyć kasyno, trzeba dużo starań, w Polsce może być jedno kasyno na 250 tys. mieszkańców miasta, w województwie nie może być więcej kasyn niż jedno na 650 tys. mieszkańców (nie dotyczy to gier na statkach, ale to już artykuły, które trzeba znać do egzaminu na licencję krupiera, licencja jest droga i wydaje ją Ministerstwo Finansów). Przy tylu staraniach nikomu się nie będzie chciało ryzykować, aby oszukać jednego czy dwóch klientów.

Oszukiwanie klientów nie ma też sensu dlatego, że w każdej z gier na starcie kasyno ma przewagę nad graczem, grając ciągle zawsze się przegra. Hazardzista i tak przegra wszystko, gracz okazjonalny nawet jak będzie miał przy sobie 100 000, a chce poświęcić 1000, to więcej nie wyda. Te pieniądze i tak do kasyna trafią, dlatego nie ma potrzeby, aby ten proceder wspomagać.

Trikiem, które stosuje kasyno jest brak światła dziennego i zegarów. Będąc w kasynie bardzo łatwo stracić poczucie czasu, to jeden z tych zabiegów, które mają na celu wyłączyć u klienta zmysły i nakłonić go do dłuższego siedzenia w kasynie.

W tym, w którym pracowałem był też taki trik psychologiczny - pod żadnym pozorem nie można było mówić, że gracz przegrał. Gracz mógł „wygrać” lub „nie wygrać”, ale przegrać nigdy. Jak głupie to się Wam w tym momencie nie wydaje, to taki przekaz podprogowy, że jesteś w miejscu, w którym nie przegrasz, a tylko czasem nie wygrasz - działa bardzo na ludzi, którzy lubią do kasyna przychodzić oraz tych, co mają problem z hazardem, jest dla nich pewną formą usprawiedliwienia i postrzegają oni swoje porażki przez ten pryzmat.

Nie oceniam moralności tego zabiegu, nie znam genezy powstania tego stwierdzenia, nie wiem, czy jego celem było usprawiedliwianie porażek hazardzistów, czy po prostu był to zabieg marketingowy. Kasyna mimo swojej dostępności i otwartości na klienta to niebezpieczne miejsca, nie fizycznie, ale psychicznie i ekonomicznie już tak, i to bardzo.
Zadał ktoś pytania dotyczące uczciwości kasyna i braku światła „czy kasyno może zepsuć grę graczowi”, „czy słyszałem o przekrętach w kasynie” i „ czy pracownicy odczuwają dyskomfort z powodu braku zegarów i światła, bo klientom psuje to zegar biologiczny”.

Jeśli chodzi o pierwsze pytanie, to jest teoria mówiąca o tym, że nowy krupier na początku rzuca kulką i kręci kołem z taką samą siłą, na tej podstawie niektórzy starają się obliczyć w ile mniej więcej liczb od ostatniego numeru wpada kulka i obstawiają zakres 5-8 numerów. Tu dodam, że kulkę się puszcza zawsze w przeciwnym kierunku co koło i rzut kulką musi nastąpić znad ostatnio wyrzuconego numeru, każdy rzut w teorii był na tych samych warunkach. Koło do rulety ma jeszcze takie „piny” na kole, które przy opadaniu odbijają kulkę, nadając jej torowi ruchu losowość.

Krupier doświadczony może koło puścić raz wolno, raz szybko, tak samo kulkę, czy ma to wpływ na psucie gry? Wydaje mi się, że nie, nikt nigdy nie wymaga tego od krupierów, ale oni sami czasem to robią, jak gracz im zajdzie za skórę, takie trochę placebo. Obiektywnie przyznam, że jak ktoś bardzo wkurza krupiera (a potrafią bardzo, o tym później), to uczucie jak numer nie wpadnie jest miłe (kasynowe endorfiny). Nie jest jednak tak, że krupier jest przeciwko graczowi, krupierowi zależy, żeby klient wygrywał, wtedy dostaje napiwki, a to jego główne źródło dochodu. Taki klient obrażający to przeważnie stały gracz, który napiwków i tak nie zostawi, a potrafi - o czym wspomnę przy temacie typów gości - krwi napsuć.

„Czy słyszałem o przekrętach w kasynie” – od strony kasyna to nie, od graczy tak (o tym będzie w dalszej części).

„Czy odczuwamy dyskomfort z powodu braku zegarów i światła” – nie, nikt się na to nie skarży, mamy przerwy średnio co ok. 45-60 minut (po 10-15 minut), w staff roomie są zegary, telewizor, ekspres do kawy, kilka kanap, okna z widokiem na miasto. Może jakbyśmy siedzieli po kilka-, kilkanaście godzin, jak niektórzy gracze, to mogłoby tak być, ale podczas normalnej pracy nie odczuwa się tego w żaden sposób.

Reasumując, kasyno graczy nie oszukuje, nie ma w tym interesu. Kasyno zarabia cały czas, raz szybciej, raz wolniej, ale ciągle. Jakiekolwiek podejrzenie o oszukiwanie automatycznie zakończyłoby życie takiego kasyna i jego operatora (a często to są spółki prowadzące kilka kasyn).

Jak gracze próbują oszukać kasyno i czym to grozi

O ile kasyna w stosunku do graczy są uczciwe, to gracze często robią dużo, żeby pomóc losowi. Zdaję sobie sprawę, że ma to miejsce dlatego, że to kasyno wygrywa, a nie na odwrót. Nad tym, żeby gracze nie oszukiwali czuwają osoby obserwujące kamery, krupierzy, inspektorzy, pit boss oraz ochrona. W Polsce starają się oszukać osoby wyglądające najbardziej niepozornie, ale to są próby wyłudzeń drobnych kwot.

Najczęściej (ale i tak sporadycznie) występują sytuacje, w których po wypadnięciu numeru na kole gość natychmiast dokłada żeton za 5 zł na któryś z zakładów prostych (kolor, tuzin, liczby parzyste lub nie oraz na kolumnę). Na tych polach często jest wiele żetonów, krupier musi ogarnąć cały stół i koło, więc to akurat można przeoczyć. Takie oszustwa są na drobne kwoty i ludzie chyba robią to bardziej dla zabawy niż dla zysku, tym bardziej że obecnie są możliwości automatycznej analizy ilości żetonów na stole przed i po rzutem, więc takie zagrywki są na wymarciu.

Pokazywanie kart, sposób stosowany przy grze w pokera 5-kartowego z krupierem. Jeśli przy stole jest dwóch czy trzech graczy, to jak jeden dobiera do dwóch 10, a u innych graczy zobaczy, że oni je mają, to takiego zakładu już nie wniesie. Nazwać by to można było podglądaniem, gdyby nie to, że gracze się specjalnie nie kryją ze swoimi kartami, w rozdaniu ich jednym przeciwnikiem jest krupier, płacone mają i tak od układu, więc jeśli mogą wspólnie zdobyć wiedzę o swoich kartach, to dla nich jest to bardzo dobre rozwiązanie.

Lasery itp. Technika, do której potrzeba klika osób - jedna osoba siedzi w kasynie z telefonem, w którym jest czujnik laserowy, jego wiązkę kieruje się w miejsce między numerami na kole a miejsce, gdzie kręci się kulka. Laser ten (skaner) przekazuje dane o prędkości obrotu kulki i koła i na podstawie ostatniego wyrzuconego numeru (stąd się zaczyna każdy następny rzut) określa przedział mniej więcej 8-10 liczb, które należy obstawić. Osoba w aucie przed kasynem odczytuje te dane i podaje je graczowi przez mikrofon zanim padnie komenda „no more bets” oznaczająca zakaz obstawiania (można obstawiać zarówno przed rzutem, jak i w czasie, gdy kulka jest już w ruchu).

U nas w Polsce byli raz goście ze wschodu z takim sprzętem, gdzieś to nawet było opisane w gazecie. W Warszawie wygrali trochę pieniędzy w Royal Casino przy banku NBP (teraz to chyba już HIT Casino). W Londynie działając tą samą techniką inna grupa wygrała ponad milion funtów przez dwa dni zanim ktoś się zorientował, że to nie może być szczęście i odkrył ten proceder.

Liczenie kart w blackjacku - sposób, który jest mocno kontrowersyjny, kasyna go nie lubią, gracze się dziwą, jak można zakazać liczenia w głownie. Blackjack jest właściwie taki sam w każdym kasynie. Największymi różnicami między tym w USA i Europie jest to, że w USA używa się wszystkich kart, a w Europie nie (ok. 80% z talii) oraz to, że w USA krupier rozdaje sobie dwie karty, z których jedna jest zakryta, a w Europie jedną i następną dokłada dopiero jak wszyscy gracze skończą swoją kolejkę.

W Polsce stosuje się coraz częściej maszyny tasujące. Gracze podejrzewają je, że układają one karty tak aby nie wygrać. Jest to teoria o tyle głupia, że nie wiadomo ile kart dobierze gracz, jedna za dużo lub za mało powoduje, że ułożone karty, które miałyby iść do krupiera, znalazłyby się u gracza, a krupier dobiera lub nie do pewnej sumy oczek, nie może sobie przy 13 powiedzieć „stop” i nie dobierać.

W moim kasynie w grze było 6 talii, czyli 312 kart. Po ich potasowaniu (oczywiście wg ściśle określonych zasad ile razy i jak tasować) cały rząd kart podaje się graczowi, który używając tzw. „cutting cart” przekłada karty (wkłada ją pomiędzy karty, a krupier te dwie części zamienia miejscami, tak że na końcu talii jest ta „cutting card”. Następnie bierze drugą kartę i wkłada ją mniej więcej w ostanie 20-25% kart. Ilość kart między dwiema „cutting card” jest wyłączona z gry. Po dojściu do "cutting card" następuje komenda „ostanie rozdanie” i po zakończeniu tej gry (karty dobiera się jak potrzeba do jej prowadzenia z tej odciętej puli) następuje tasowanie i rozpoczęcie nowego rozdania.

Tak to wygląda w praktyce (karty są wkładane to „buta”, który ułatwia wyciąganie, "cutting card" włożona przez krupiera ogranicza ilość kart w grze, oczywiście jest ona ułożona tak jak inne karty, a nie jak na tym zdjęciu). "Cutting card" włożona przez gracza znajduje się na końcu talii.



Ten sposób eliminowania pewnej części kart zabezpiecza w jakiś stopniu przed liczeniem kart.
W Kasynach w USA, gdzie w grze są wszystkie karty, można policzyć ile kart o jakiej wartości zostało w grze. Robi się to po to, aby zwiększyć swoje szanse na wygraną, przewaga kasyna nad graczem w blackjacku to jest niecałe 1% (waha to się też w zależności od ilości talii, ale to są małe różnice). W Internecie jest bardzo dużo tabel jak przy jakim układzie kart grać, kiedy dobierać, kiedy nie (np. nigdy nie dobieraj do 6 u krupiera, nie dziel dwóch 10 ani 5).

Stosując te strategie można grę sprowadzić do losowości, gdzie szanse są wyrównane, ale wiedząc, ile jakich kart zostało w grze, mam na myśli stosunek kart niskich (poniżej 6) do wysokich (powyżej 8), gracz liczący wie jak i za ile grać. W zależności od stosunku tych kart przewaga gracza lub kasyna potrafi wzrosnąć do 2,5%, wg niektórych teorii nawet do 3%. Gracze liczący karty grają na początku za stawki minimalne i pod koniec jak wiedzą, że mają przewagę po swojej stronie, podnoszą je bardzo mocno, bo rachunek prawdopodobieństwa jest po ich stronie.

Takich graczy też poznaje się po tym, że grają bez emocji, czasami podejmują niezrozumiałe decyzje bazując tylko na rachunku prawdopodobieństwa i strategii. Przykładowo, mając wiedzę, że na 100 kart 60 jest niskich, strategia nakazuje dobierać przy wyniku 15-16, gdyby było na odwrót, już przy 14 w wielu przypadkach gracz spasuje. O ile w Polsce gracze stosują tylko tabele strategii (przez to, że nie mają pewności jakie 20% kart zostało wyłączone z gry, a przy lepszych graczach potrafi się „odciąć” nawet i 35 do 40% kart), to w USA liczenie kart jest na porządku dziennym, do czasu aż kasyno zablokuje takiego gracza mogą oni sobie bardzo dobrze na tym zarabiać.

Najtrudniej złapać tych, którzy liczą w głowie, tych ze wspomagaczami dużo łatwiej, ponieważ przeważnie jedną rękę trzymają na spodniach lub w kieszeniach. Do liczenia używa się np. urządzeń, które wyglądają jak pilot do auta, najczęściej z 3 przyciskami (jeden dla kart wysokich, jeden dla niskich i jeden dla neutralnych), lub urządzeń przyklejanych (podobne jak na filmach). Takie urządzenia przekazują informacje do wspólnika, który informuje nas jaki jest stosunek kart na stole, bądź też same potrafią wibrować w określony sposób, sygnalizując wartości na stoły.




Czy ten sposób jest skuteczny? Owszem, to nie są czary, tylko matematyka i rachunek prawdopodobieństwa na lekko ponad podstawowym poziomie.
Czy kasyno może zakazać liczenia kart? Teoretycznie nie, ale to kasyno decyduje, kogo wpuści do środka, a kogo nie. Jeśli potwierdzi się podejrzenie, że klient liczy karty, to jest wypraszany z kasyna lub zostaje mu zakazana gra w blackjacka i trafia na listę graczy z zakazem wstępu lub graczy, na których trzeba zwrócić baczną uwagę. Kasyna wymieniają się takimi listami i informują o nowych wpisach.

Wchodząc do innego kasyna, pokazując dokument tożsamości, od razu pojawia się w systemie adnotacja, że w takim i takim kasynie klient ma zakaz gry lub że liczy karty. Na taką listę trafiają zarówno gracze, którzy na dużych limitach chcą się wzbogacić w jedną noc, jak i tacy, którzy wyrabiają sobie miesięczną pensję np. 4000 dolarów w kilka dni, i następny raz pojawiają się dopiero, jak to wydadzą.

Istotne jest to, żeby zakazać klientowi wejścia do kasyna, nie da się tego zrobić na zapas, najpierw klient musi coś złego zrobić, żeby go nie wpuścić. Kasyna mają takich graczy z adnotacjami śledzonych przez kamery od momentu wejścia, a często też chodzi za nimi w oddali jeden z menadżerów. Warto tu wspomnieć, że kasyno doskonale wie kto i ile pieniędzy do kasyna przyniósł. Jak ktoś był w kasynie, to może widział, że inspektorzy przy stołach maja podkładkę z kartką i "klikera", którym liczą i zapisują kwoty, jakie zostały włożone do gry z podziałem na graczy. Jeden klik to 100 zł (lub 500 na stołach o wysokich limitach). Kwoty są też przypisane do konkretnych graczy, tych co przychodzą regularnie, bez względu na to, czy grają grubo czy nie.




Czym grozi oszukiwanie w kasynie? Tym, że zostaniecie wyproszeni, ewentualnie dostaniecie zakaz wejścia i to koniec konsekwencji. Nikt was nie zaprowadzi do podziemi, nie połamie palców młotkiem, nie pobije i nie wyrzuci w bocznej ulicy. Wchodząc do kasyna się rejestrujecie, kasyno wie, że weszliście i do czasu waszego wyjścia odpowiada za wasze bezpieczeństwo w obiekcie. Kolejnym powodem, dla którego ludzie próbują oszukiwać w kasynach jest to, że przyłapani na tym zostajecie wyproszeni, ale wszystko co do tej pory wygraliście zabieracie ze sobą. Tak było z tymi, którzy oszukiwali ruletę w Londynie i Polsce, anulowano ostatnie rzuty, ale nikt nie udowodnił, że używali tej techniki przy wcześniejszych rzutach. Kasyno zatrzymało pieniądze, ale sąd stwierdził, że nie było podstaw i nakazał oddać wygraną graczom. Aresztowani wyszli od razu za kaucją.

Kasyno to tak naprawdę bezpieczne miejsce, o ile nie wpada się w hazard i nie pożycza u lichwiarzy na duży procent, spokojnie można iść dla relaksu, zabrać 100 zł i przez 2-3 godziny bawić się w ruletkę po 1 zł (w Hit są nawet takie stawki), popijając przy tym drinka. W żadnym momencie nie będziecie się czuli zagrożeni. Ładne dziewczyny często dostają żetony, żeby sobie pograły, bo w ten sposób starsi panowie pozują na kasynowych biznesmenów, tacy klienci nic od tych dziewczyn nie chcą, poza tym, że mogą się przed innymi graczami przy stole pokazać.

Temat gier i kasyna chyba wyczerpałem, czas przejść do graczy i sytuacji kasynowych.

Gracze, jakich spotkamy w kasynie

(przedstawiam wrażenia od strony krupiera, ponieważ przeciętny gracz nawet nie zauważy sytuacji, jakie widzi krupier po dłuższym czasie prowadzenia gier)

Większość graczy w kasynie to stali bywalcy, pracując tam się ich po jakimś czasie rozpoznaje, gracze nowi przychodzą głównie w weekendy, są to grupy znajomych, często turyści.

Neutralni – to grupa graczy, którzy przychodzą mając ok. 200-500 zł na grę, grają za minimalne stawki, często obstawiają na rulecie kolory, gdzie szansa na wygraną jest prawie 50%. Przychodzą, żeby spędzić czas, pogadać z innym graczami, krupierami, oderwać od rzeczywistości (wspomniany na wstępie przepych, jaki jest w kasynie sprawia, że czujemy się trochę jak w dobrym hotelu). Tacy gracze nie są problemowi, można z nimi pożartować, pogadać, spokojnie się z nimi gra, nie wywierają presji, przy większych wygranych dają napiwki. Najbardziej lubiana grupa graczy.

Turyści, gracze incydentalni
– przychodzą raz na jakiś czas lub jednorazowo. Idą do kasyna się rozerwać. Problemów nie sprawiają, często natomiast nie mają pojęcia o zasadach i wtedy krupier w międzyczasie jak prowadzi grę musi jeszcze objaśniać zasady gry (często gracze „neutralni” widząc takich graczy spieszą z pomocą), przez to są bardziej wymagający w „obsłudze” niż wspomniani powyżej. Potrafią być często pijani, co także nie ułatwia gry i komunikacji z nimi. Przy stołach głośni, robią dużo bałaganu i zamieszania, rozrzucają żetony. Trochę jak dzieci na wakacjach, trzeba ciągle mieć na nich oko.

„Kobiety lekkich obyczajów”
– to od razu odpowiem na pytanie, które się pojawiło:
„czy kasyno zatrudnia takie dziewczyny, aby mamiły i rozpraszały klientów?”.

Nie, nie ma takich etatów oficjalnych ani nieoficjalnych. Wpływ takich dziewczyn na gracza jest znikomy, jak ktoś przychodzi do kasyna, to po to, żeby grać; nie wiem, czy któryś klient pod wpływem namowy kobiety, którą właśnie poznał, przegra więcej. Jestem prawie pewny, że nie. Do picia też go nie będzie namawiać, ponieważ dla graczy w moim kasynie alkohol był darmowy (no może nie dla każdego, ale jak grasz za 300-500 zł, to nikt cię za wódkę itp. nie będzie liczył), a soki, napoje, kawy są darmowe dla wszystkich.

Takie dziewczyny w kasynach są, ale albo przychodzą one, aby pograć (nie przychodzą wtedy w strojach służbowych), albo żeby znaleźć klienta, ale dla siebie. Ubierają się wtedy bardzo elegancko i zagadują klientów przy stołach (w 90% zagranicznych turystów). Do kasyna przychodzą tylko te ładne, szczupłe i zgrabne, w żaden sposób też nie nagabują klientów, robią to wszystko bardzo subtelnie, tak że kasyno nie ma potrzeby ich z kasyna wypraszać. Jak ktoś tam nie pracuje lub nie jest częstym gościem, to nawet nie pomyśli, że taka dziewczyna jest „w pracy”.

Jak grają, to bardziej rekreacyjnie, na niskie stawki, dosiadają się do stołu do klienta, który wpadł im w oko i w ten też sposób nawiązują z nim kontakt. Nie ma też ich zbyt dużo, kojarzę ok. 5, które się tam przewijały. To bardzo specyficzne środowisko, zgaduję, że zarobki wcale nie są lepsze niż gdzie indziej, a wymaga to więcej zachodu niż ogłoszenie w portalu.

„Ludzie z miasta” –
mówiąc o tej grupie mam na myśli ludzi z czasów świetności mafii. Jak ja zaczynałem pracę, to sami zadaliśmy takie pytanie na szkoleniu, dostaliśmy odpowiedź że "ci co przychodzili to albo są w więzieniu, albo nie żyją". Przychodził jeden jegomość, o którym się mówiło, że był z mafii (dla mnie był zupełnie anonimowy), jakiś czas temu na swoim profilu zdjęcie z nim umieścił Jarosław „Masa” - podpis odpowiadał temu, co o tym człowieku słyszeliśmy, opisał go też w swoich książkach.

Jaki był ten klient? W sumie normalny, nie wyglądał na kogoś, kto ma związki ze światem przestępczym. Grał na duże stawki (po kilka-kilkanaście tysięcy na zakręcenie kołem od rulety). Raz miał więcej szczęścia, raz mniej, przychodził często co kilka dni, nie wiem, ile z tego co stawiał zostawiał w kasynie, bo jak mu szło, to z wygraną wychodził. Jak wygrywał, to był bardzo normalny, jak przegrywał, to już mniej - „kurwy” i „w dupę je..ny frajer” były na porządku dziennym. Był proszony o bycie mniej nieuprzejmym, ale jak ktoś chce zostawić w godzinę 100 tysięcy złotych, to za to, że poprzeklina nikt go nie wyrzuci.

Czy byli też inni ludzi z miasta? Zakładam, że tak, wspomniany wyżej nie przychodził sam, zawsze było z nim 4-7 osób, koledzy oraz ludzie, którzy w razie ewentualnej porażki mieli ze sobą pieniądze, aby mu pożyczyć na grę (wydaje mi się, że musieli mieć jakieś powiązania z miastem, skoro się z nim obracali). Dla nas byli nieznani, nie z pierwszych stron rubryk kryminalnych. Nie mam pojęcia, jak się między sobą rozliczali, tym bardziej że to była grupa, która do kasyna chodzi po to, żeby pożyczać innym pieniądze, wywodząca się w dużej części z lat 80. (taksówkarze, cinkciarze) i o nich chciałbym teraz powiedzieć.

Cinkciarze –
tak byli przez nas określani, wywodzili się z tego środowiska, grali raczej rzadko, ale jak ich naszło, to potrafili przegrać dużo i równie dużo wygrać. Byli po to, żeby pożyczyć tym, którym zabrakło pieniędzy. Oczywiście jak przegrasz 500 zł, to nikt ci tam nie pożyczy, ale jak przychodzisz regularnie i przegrałeś 10 000, to oni ci pożyczą drugie tyle na 10% tygodniowo, miesięcznie itp. (zależy jakie stawki i jak wiarygodny jesteś). Dla tych ludzi nie było problemem załatwienie o 3 w nocy 50 – 200 tysięcy w gotówce w ciągu 30 - 60 minut. W końcu była to elita, która wśród tysięcy dorabiających w latach 80. osiągnęła najwięcej.

Nie wiem, jakie były naliczenia za opóźnienia, ale to były normalne transakcje - jak oddało się w terminie, to żadnych dodatkowych opłat nie było. Coś jak granie u buka na wyścigach. Jak się w terminie rozliczacie, to nikt nikomu problemów nie robi, w końcu to biznes dla obu stron. Ci goście mieli swoje miejsce w kasynie, zawsze siadali przy jednym stole do rulety (tym o największych limitach, ponieważ rzadko kiedy był otwierany), nikomu nie przeszkadzali ani nikt im nie przeszkadzał. Nie byli zbyt mili, szczególnie jak przegrywali, krupierów postrzegali tak jak większość graczy grających na duże stawki, czyli coś pomiędzy dziwką a złodziejem. Nie lubiliśmy się z nimi, ale w jakiś sposób szanowaliśmy. O ile w kasynie mieli nas za najgorsze zło, to jak się czasem ich spotkało na mieście, to relacje były zupełnie inne.

Zawsze podeszli, powiedzieli dzień dobry, zapytali co słychać itp. W jednym z klubów usłyszałem od jednego z nich, że dziś mam wszystko za darmo. Odmówiłem, po czym jak chciałem kupić drinka, to barman powiedział, że nie może mi sprzedać, tylko dać, bo inaczej zwolnią go z pracy. Nie skorzystałem, zmieniłem lokal. Tym bardziej że usłyszałem kiedyś od jednego z nich po dużej przegranej „niech ja cię spotkam na mieście” - po kolejnych dwóch rzutach powiedział, że żartował, ale gdzieś to w głowie zostaje przez chwilę.

Hazardziści – Poza nielicznymi wyjątkami ludzie, którzy całą złość po przegranych skupiają na krupierach. Potrafią oblać krupiera wodą, rzucić w niego żetonami, w ekstremalnych przypadkach oplują, przekleństwa w ich przypadku są cały czas. Zamiast dzień dobry jest „gramy, kurwo”, i to jest najbardziej łagodne, jak przegrywają, to poziom agresji i stek wyzwisk jest gigantyczny, jak wygrywają, to przeklinają w konwencji „wydymałem was...” i tu zestaw epitetów.
Grupa, której wbrew temu, co się może wydawać, jest krupierom najbardziej żal. To są naprawdę chorzy ludzie, a to jest straszna choroba. Może przy 1, 5 czy 10 grze tak obrażany krupier (obrażani również są przy okazji inspektor i kelnerka i każdy pracownik kasyna, który się akurat nawinie) ma wewnętrzną satysfakcję, że „dobrze mu tak”, to po czasie przychodzi refleksja, bo zaczyna się zauważać rzeczy, których nie widziało się wcześniej.

Płacz, jak tylko odejdą od stołu bez złotówki i są już blisko wyjścia z kasyna (zarówno u mężczyzn, jak i kobiet, w różnym wieku, tacy gracze to bardzo szeroki przekrój społeczeństwa), bezradność, załamanie, rozmowy przez telefon przy stole, w których zapewniają osoby z drugiej strony, że nie są w kasynie, historie o przegranych samochodach i domach, to wszystko niestety prawda. Grają i bogaci, i biedni, a widok osoby, która 25-29 każdego miesiąca przychodzi i w 30 minut traci swoją pensję, lub 80-letniego dziadka przegrywającego (rentę/emeryturę) jest przykry i trudno się na niego przez pierwsze 2-3 lata uodpornić, potem wyłączają się wszystkie emocje, bo masz świadomość, że nie ma jak tym ludziom pomóc, nie przegra u ciebie, to w innym kasynie.

Cyganie – w moim własnym odczuciu (nie ze względu na przynależność etniczną) najgorsza grupa graczy. Do kasyna przychodzą tylko ci bogaci (bardzo bogaci), zachowują się jak królowie życia, wymagają, aby wszystko kręciło się wokół nich. Do nas przyjeżdżało ok. 10, czasem sami, czasem z żonami i rodzicami. Bywali raz na 1-2 tygodnie. Bardzo „rubaszni”, przy porażkach zachowywali się podobnie jak hazardziści, żony rzucały jakieś klątwy na krupierów. Potrafili wymagać, aby im zamówić jedzenie z restauracji (normalnie w kasynie przy stołach się nie je), i całe to ich zachowanie nie wynikało z tego, że byli hazardzistami, a po prostu z chamstwa, tak samo się zachowywali ich rodzice i cała rodzina, nigdy nie zostawiali napiwków. Tego typu klientów nigdy mi nie było żal. Zaliczyłbym do nich jeszcze ze 2-3 osoby z polskich graczy, którzy zachowywali się tak samo, ale użyłem takiej nazwy, bo 99% z wyżej opisanych to byli właśnie oni.

Z grubsza to tyle, jeśli chodzi o klientów, można by ich podzielić jeszcze na Azjatów czy Rosjan, ale tam zaliczyłbym większość do grupy Normalnych i Sporadycznych z małym odsetkiem chamów.
Byli też gracze grający tylko na automatach, o nich nie mogę nic powiedzieć, jako krupierzy nie mieliśmy z nimi kontaktu.

Pamiętne sytuacje

Praca, mimo iż codziennie są w niej inne sytuacje (wypłaty, gracze itp.), jest bardzo powtarzalna, po pewnym czasie przechodzi się na taki automatyzm, że nie pamięta się graczy, którzy grali z nami godzinę wcześniej. Są jednak sytuacje, które były tak nietypowe, że pamięta się je do dziś ze wszystkimi szczegółami.

Był taki jeden dziadek na emeryturze, który całymi dniami siedział i grał w pokera karaibskiego za stawkę 50-100 zł. Poker w kasynie polega na tym, że obstawia się tzw. ANTE i po dostaniu swoich kart dopiero podejmuje decyzję, czy gra się dalej czy nie (trzeba wtedy dołożyć żetony, aby wymienić karty). Do tego można postawić od 2,5 zł na tzw. bonus, jeśli wypadnie jeden z wyższych układów (kolor i wyżej), to kasyno wypłaca wielokrotność postawionego zakładu niezależnie od tego, czy ręka wygrywa czy nie. Aby kasyno wypłaciło wygraną za zakład podstawowy, to krupier musi mieć „otwarcie”, czyli przynajmniej asa i króla w kartach lub inny wyższy układ.

Jeśli nie ma otwarcia, to gracz zabiera swoje żetony. Jak otwarcia nie ma, a mam dobry układ, to można dołożyć żetony o wartości stawki i wtedy krupier dobiera sobie jeszcze jedną kartę i patrzy, czy ta karta daje mu „otwarcie”.

Ów starszy pan nigdy nie obstawiał bonusu, bo twierdził, że to strata pieniędzy. Pewnego dnia trafił pokera, poker jest płatny 100:1, czyli grając za 100 ma się 10 000. Pech chciał, że tego otwarcia nie miałem, oczywiście zostało dokupione otwarcie, które też nie weszło. Bonusu nie było i tym samym gracz przeszedł do naszej wewnętrznej „galerii sław” historii, które się opowiadało przy różnych okazjach w pracy albo nowym krupierom, jako gracz, który miał pokera i był na tym stratny.

* * * * *

Przychodził do nas jeden Anglik, który radził sobie bardzo dobrze w blackjacka, grał po 10 zł, dla relaksu niż wygranych, po ubiorze widać było, że jakby chciał, to i 500 mógłby postawić na rozdanie. Wpłacał po 200-300 zł i potrafił po dwóch godzinach mieć ok. 500-600. Bardzo rzadko wychodził na minusie, stosował pewnie którąś z tabel, bardzo dużo wygranej oddawał w napiwkach, więc nikomu nie przeszkadzało, że wygrywał - po pierwsze nie były to duże kwoty, po drugie prawie połowa z nich szła do puli na napiwki.

Po pewnym czasie klienci zauważyli, że gość „umie w blackjacka” i zaczęli się do niego dokładać. Dokładanie polega na tym, że jak gracz postawi 10 zł na box, a limit jest np. 100, to inni gracze mogą postawić tam swoje żetony, tak aby łączna ich suma nie przekraczała limitu. Nie mają oni jednak wpływu na decyzję, którą podejmuje gracz. Po mniej więcej dwóch miesiącach jak Anglik siadał do stołu, to pojawiał się przy nim wianuszek graczy chętnych się dokładać do jego żetonów.

Na stole do gry jest 6 boxów, na których można obstawiać, jeden gracz może zagrać na wszystkich 6 boxach, wtedy cały stół jest jego. Nasz bohater grał na 1-2 boxach, ale ludzie, którzy do niego się dokładali, tak wisieli nad nim i nad stołem, żeby nikt się nie dosiadł i głupim zagraniem nie zepsuł jego strategii. Pewnego dnia przyszedł do stołu, przy którym stałem (limit 50 – 500), rozmienił ok. 2000 zł i zaczął grać na wszystkich boxach, po 30 minutach wszystkie jego boxy były przez innych graczy obstawione do maximum, on 50, inni gracze w sumie po 450 na box.

Tego dnia po chwilowym sukcesie przegrał wszystko w kilkanaście minut, on te 2000, ale pozostali w sumie ok. 20 000 albo i lepiej. Ja mu tej gry do końca nie prowadziłem, bo poszedłem na przerwę, ale krupierowi, który grał z nim do końca dał napiwek 500 zł w gotówce, powiedział, że jutro wraca do siebie i że dziś przegrał specjalnie, żeby zrobić na złość tym, którzy się do niego dosiadali, pożegnał się i wyszedł. Taki troll kasynowy.

* * * * *

Historia bynajmniej nie zabawna, bardziej ukazująca problem hazardu: przychodzi człowiek, który zawsze jest bardzo kulturalny i miły, widać, że na poziomie, siada do rulety i przegrywa ok. 5000-10 000 grając po 50-100. Przychodzi tak raz na dwa tygodnie. Jak mnie przyjmowano do pracy, to już przychodził i tak grał. Wcześniej przegrał wszystko czego się dorobił, podobno kilka milionów, ogarnął się na tyle, że w najgorszym momencie przepisał dom na córkę. Z tego co było mówione w kuluarach, to te pieniądze, które przegrywał teraz, to było to, co udawało mu się zarobić i mu zostawało po odjęciu kosztów itp.

Był uzależniony od gry, choć wiedział już, że się nie odkuje - grając z 10 000 nie da się dojść do milionów. Wyglądał na cholernie przygnębionego, od początku pogodzonego z porażką, tak jakby gra nawet nie sprawiała mu przyjemności. Myślę, że takie widoki skutecznie mogą odstraszyć innych od chęci spróbowania hazardu.

* * * * *

W kasynie można wygrać, i to dużo, ale najlepiej wtedy iść i już nie wracać. W automatach są jackpoty progresywne, wszystkie (lub część) automatów ułamek procenta od tego co zostanie wrzucone odkładają na jackpot, wygraną losową, która może wypaść w dowolnym momencie na którymś z automatów. Raz trafiła do nas dziewczyna, która przyszła chyba z koleżankami przed imprezą (może mieszkały w hotelu i zabiały czas), nikt jej nie kojarzył, by była naszym gościem. Wrzuciła - wg tego co mówiła ekipa techniczna od maszyn - max 300 zł, a trafiła jackpot ponad 170 tysięcy.

Następnego dnia rano przyszła po kasę (w kasynie się wygrane odbiera w gotówce), dostała torbę z pieniędzmi, kierowcę i ochroniarza, którzy zawieźli ją do banku (przy dużych wygranych kasyno proponuje takie rozwiązanie, większość ludzi z tego korzysta, ale byli i tacy, którzy potrafili 70 tysięcy schować do reklamówki i w nocy wracać do domu).

* * * * *

Przed meczem reprezentacji (dawnej, nikt nie jest nawet w szerokiej kadrze tej obecnej) wpadło do nas 6 piłkarzy, wszyscy wtedy na topie, jedni u schyłku kariery, inni na początku, ale już z sukcesami. Grało dwóch, z czego jeden grubo, drugi po 50 złotych na kolor, popijając drinki. Nie upili się specjalnie mocno, ale trochę szklanek Chivasa w siebie wlali. Skończyli wizytę równo o 6:00, następnego dnia był mecz. Czterech w nim zagrało, to był bardzo nieudany występ. Jak ktoś się zastanawia, czemu to nie wyszło na jaw, to wtedy nie było takich możliwości jak teraz, by błyskawicznie zrobić zdjęcie osobie znanej, kasyna bardzo dbają o prywatność. Krupierzy informacji też nie wynoszą, czują się zobowiązani do dyskrecji, wpaja się to nam na każdym kroku. Nam wystarczyło, że dostaliśmy autografy.

Mam nadzieję, że choć po części zaspokoiłem Waszą ciekawość i przepraszam za błędy stylistyczne, nie zajmuję się na co dzień pisaniem.

Oglądany: 57473x | Komentarzy: 67 | Okejek: 703 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

20.08

19.08

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało