Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Aniołki Jerzego, czyli niewiarygodna historia z frontu I wojny światowej.

32 158  
151   16  
Bitwa pod Mons była pierwszą poważną potyczką Brytyjskiego Korpusu Ekspedycyjnego podczas I Wojny Światowej. Francuzi (niespodziewanie) uciekli, a dzielni Brytowie odpierali kolejne ataki przeważających sił niemieckich. Przed rzezią mógł uratować ich tylko cud, i tak się podobno stało.


Wielka wojna dopiero się rozkręcała. Armie Francji i Niemiec walczyły na linii granic Francji z Belgią i Niemcami. Francuzom raczej nie szło. Anglicy zgłosili udział w tej imprezie, ich żołnierze nie byli tak liczni, jak innych uczestników, ale byli świetnie uzbrojeni i wyszkoleni. Po raz pierwszy przyszło im się wykazać w okolicach belgijskiego Mons, gdzie mieli powstrzymać postępującą niemiecką Pierwszą Armię. Niemcy uderzyli 23 sierpnia 1914 roku. Brytyjczykom kasowanie Niemców szło dość dobrze, ale wciąż przybywali następni wrogowie. Wspierający ich Francuzi wycofali się, a w innych bitwach Niemcy parli do przodu. W tej sytuacji Korpus Ekspedycyjny był zmuszony się wycofać. Taki manewr wiązał się z ogromnym ryzykiem i powinien skończyć się dużymi stratami po stronie wycofujących się, tak się jednak nie stało.



O tym, że nie była to zasługa szczęścia czy wyszkolenia Brytyjczyków, świat dowiedział się miesiąc po bitwie. Walijski dziennikarz i pisarz Arthur Machen zamieścił na łamach "London Evening Standard" opowiadanie opisujące z perspektywy uczestnika bitwy, co rzeczywiście się tam stało. Kiedy Brytyjczycy szykowali się do odwrotu, jeden z żołnierzy przypomniał sobie sentencję, którą przed wojną zobaczył na szyldzie wegetariańskiej restauracji. "Adsid Anglis Sanctus Georgius" (Niech święty Jerzy wspomoże Anglików). Dlaczego właściciel umieścił na wegetariańskiej knajpie akurat takie hasło, a nie coś w stylu "Nasze kotlety z trawy smakują prawie jak prawdziwe jedzenie", na zawsze pozostanie tajemnicą. Przerażony wizją bliskiej śmierci żołnierz wymówił te słowa na głos.



Święty Jerzy najwyraźniej nie miał akurat nic ciekawszego do roboty, bo zjawił się na wezwanie żołnierza, i nie był sam. Z nieba, w otaczającym ich cudownym blasku (i pewnie jakimś motywem muzycznym granym przez orkiestrę symfoniczną) zstąpili setkami widmowi, angielscy żołnierze uzbrojeni w długie łuki, którzy siali postrach na polach bitew średniowiecznej Europy. Cięciwy zagrały swoją pieśń, niebo poczerniało od strzał, a niemieccy żołnierze ginęli jeden za drugim, rażeni strzałami niespodziewanego przeciwnika. Ci Brytyjczycy, którzy nie byli prześwitujący, spokojnie mogli się wycofać pod taką osłoną, po drodze pewnie znaleźli jeszcze chwilę, by napić się herbaty.



Wkrótce do gazety zaczęły spływać setki listów od uczestników tamtych wydarzeń, które potwierdzały niesamowitą historię. Zagraniczne gazety prosiły o możliwość przedrukowania tej opowieści. Zaczęły pojawiać się kolejne szczegóły. Niebiańskie strzały miały ugodzić dziesięć tysięcy niemieckich żołnierzy, nie pozostawiając żadnych śladów na ich martwych ciałach, co miało utwierdzić Niemców w przekonaniu, że Brytyjczycy użyli podczas bitwy jakiegoś gazu. Widmowi łucznicy mieli sporadycznie pojawiać się podczas kolejnych bitew. W oczach wielu Brytyjczyków legenda o łucznikach z Mons stała się niepodważalnym faktem. W niczym nie pomogło wielokrotne zarzekanie się Machena, że wszystko od początku do końca wymyślił.

Oglądany: 32158x | Komentarzy: 16 | Okejek: 151 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

14.12

13.12

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało