Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

"ERICTOR". Reportaż z kosmosu

25 085  
117   15  
Poniższy tekst został opublikowany w magazynie "AS" z dnia 3 listopada 1935 roku (dostępnym w cenie 40 gr). Pisownia oryginalna (nie bijcie...).


Przed kilkoma dniami otrzymaliśmy od pana W. Ramsay, znanego dziennikarza amerykańskiego, niezwykle ciekawe sprawozdanie, dające nam obraz olbrzymiego postępu techniki w tym kraju. Poniżej przytaczamy dosłowne tłumaczenie.

Rzecz, rozumie się samo przez się, zdarzyła się w Ameryce, gdyż tylko tam, pośród Yankesów, znaleźć można ludzi zdolnych do podobnych wyczynów. W Europie uważanoby to za utopję, pomysł godny szaleńców i zamiast dać genjalnym konstruktorom pomoc finansową, wyśmianoby ich w najlepszym razie, o ile nie osadzonoby ich odrazu w szpitalu dla warjatów. U nas, w Ameryce, rzecz ma się zupełnie inaczej. Tu duma narodowa nie dopuszcza do tego, aby pomysł jakiś,którego genjalność każdego odrazu uderza, pozostał w zapomnieniu lub co gorsza, dostał się do Europy, gdzieby go tylko po części realizowano i tę parodję nieprześcigniętej myśli uważano za płód europejskiej wiedzy.

W Ameryce jest inaczej. Tam dwom genjalnym konstruktorom napłynęły z kilku stron tak hojne zapomogi, że nietylko umożliwiło im to przez szereg lat spokojną pracę nad ich wynalazkiem, ale jak najdokładniejsze skonstruowanie aparatu i wyposażenie go w zbytek, wobec którego najfantastyczniejsza wyobraźnia laików okazałaby się dziecinnym marzeniem.

W wielkiej tajemnicy, ale dzięki niestrudzonej pracy, został w ciągu trzech lat zbudowany pierwszy aparat do swobodnego podróżowania z ziemi na księżyc i spowrotem. Twórcami jego byli - inżynier Wiliam Ericson i Jahn Torslay. Obu pochłonęła ta sama myśl, obej zabrali się do pracy z równym zapałem i poświęceniem. Żadna zazdrość, żadne pragnienie wyróżnienia się nad drugiego lub zyskanie większego uznania, nie mąciło ich współpracy.
Przy finansowej pomocy trzech miljonerów, panów Black, Cook i Bonfelder, których ambicją było, aby jako pierwsi zatknęli chorągwie o 38 gwiazdach na kraterze Kopernika i tem samem wzięli oficjalnie księżyc pod zwierzchność rządu U. S. A. - postępowała praca od lat w największej tajemnicy, właśnie z obawy przed przedostaniem się pomysłu tego do Europy, a również, aby aby się o tem nie dowiedziała przypadkowo jakaś konkurencyjna organizacja innych miljonerów, którzyby koszta zatknięcia gwiaździstej chorągwi na księżycu przed panami Black, Cook i Bonfelder z przyjemnością pokryli.

Ale teraz, gdy aparat był już gotowy i nic nie stało na przeszkodzie, by odbyć pierwszą podróż według ustalonego terminu, dnia 15 września o godzinie 8-mej rano wszystkie gazety przepełnione były tą wiadomością i wszystkie wysłały na miejsce startu swych reporterów i fotografów. Z prasy amerykańskiej podniósł się pod niebiosa entuzjastyczny hymn radości spowodu dokonania tak epokowego wynalazku przez genjalnego ducha amerykańskiego i ustalenie nigdy niedającego się obalić rekordu pierwszeństwa tak pod względem rodzaju podróży, jak i budowy maszyny.

A wynalazek sam? Dla niefachowca mógłby wyglądać jak olbrzymi zwykły aeroplan o czterech motorach. Tak si też zewnętrznie na pierwszy rzut oka przedstawiał. Kadłubem jego była torpeda o 57 metrach długości i 8 m średnicy. W jej wnętrzu było pięć luksusowych kabin sypialnych, o jakich nawet okręty jak "Bremen" albo "Normandie" marzyć nie mogły, salon, jadalnia, łazienka, kuchnia, kolosalne komory z prowiantami, gdyż zamierzano na księżycu spędzić kilka tygodni w celach poznawczo-ojentacyjnych. Oddzielnie wbudowano olbrzymie komory z tysiącami galonów benzyny i skrzyniami, zawierającymi tysiące rakiet. Bo aparat ten nie był niczem innem, jak połączeniem aeroplanu o motorach benzynowych z przyrządem, popędzającym przez wybuch rakiet.

Opierając się na doświadczeniach rakietowych, poczynionych w Europie, doszli amerykańscy konstruktorzy do przekonania, jak błędnem jest użycie rakiet do rozpędu początkowego przez proste wystrzeliwanie torpedy w powietrze. Już po pierwszej eksplozji traciła torpeda wskutek wstrząsu właściwy kierunek i z zawrotną szybkością wpadała w morze, albo rozbijała się o jakąś skałę. Tutaj po raz pierwszy miała być zastosowana metoda współpracy motoru i rakiety, polegająca na tem, że przy pomocy motorów miał się aeroplan wznieść w powietrze na wysokość 6-8 tysięcy m, a biorąc kierunek na księżyc, osiągnąć 500 kilometrów na godzinę. Wówczas dopiero miała nastąpić eksplozja najmniejszej rakiety, wyłączając automatycznie dalsze funkcjonowanie motorów, których praca byłaby już zbyteczna, a przez dalsze eksplozje coraz silniejszych rakiet, doprowadzić szybkość do 12 kilometrów na sekundę, dzięki czemu możnaby z łatwością osiągnąć wysokość 120 kilometrów i przezwyciężyć prawo przyciągania magnetycznego, a samo prowadzenie aeroplanu, odbywałoby się zupełnie normalnie.

Analogicznie postąpionoby jednak w porządku odwrotnym, przy odpowiednim zbliżaniu się do księżyca lub ziemi, to znaczy, wstrzymanoby eksplozje rakiet, przez co automatycznie poczęłyby pracować znowu motory, osiągając odrazu chyżość 500 kilometrów na godzinę, a lądowanie na księżycu nie sprawiłoby dla takich pilotów jak Ericson i Tornay najmniejszej trudności. Czas lotu z ziemi na księżyc obliczali na 60-61 minut. Po księżycu, zależnie od panujących tam warunków atmosferycznych, zamierzali urządzać podróże, szczególnie zaś pragnęli dostać się na drugą półkulę, której jeszcze żaden z mieszkańców ziemi nie widział. Byłby to drugi rekord pierwszeństwa, przypadający znowu fladze amerykańskiej. Ale również pod względem luksusowego urządzenia torpedy zdobyto także rekord.

Całe wnętrze ogrzane było elektrycznemi piecami, zasilanemi prądem z motorów. Można było wytworzyć dowolną temperaturę. Wszędzie były poumieszczane mikrofony, które każde wypowiedziane słowo miały przesyłać na ziemię., celem utrzymania z nią stałego kontaktu. W środku torpedy umieszczono stację nadawczą,możliwie małych rozmiarów, ale o kolosalnej sile, przewyższającą wszystkie stacje dotychczas istniejące. Boczne ściany torpedy wypełnione były częściowo szybami o grubości 35 cm i wytrzymałości najsilniejszych płyt stalowych, które nietylko pozwalały na dopuszczenie światła do wnętrza, ale również na obserwowanie mijanych okolic.

Z tego też powodu, wzięli ze sobą wszyscy trzej pasażerowie aparaty fotograficzne. Prócz tego wyposażona była torpeda w niebywałe dotychczas żarówki, dające siłę światła lampy łukowej. Niepodobna opisać wykończenia foteli i kanapek, nad których konstruowaniem głowili się najlepsi architekci.

Dnia 15. września o godzinie czwartej rano, był już plac lotniczy przepełniony nieprzeliczonemi tłumami. Bez przerwy nadlatywały ze wszystkich stron Ameryki aeroplany z reporterami, fotografami i ciekawymi, którzy nie mogąc odbyć pierwszej podróży na księżyc, chcieli przynajmniej widzieć pierwszych ludzi, udających się w tę podróż, aby po latach móc powiedzieć: - "ja ich widziałem".

O siódmej godzinie wytoczono z hangaru olbrzymią maszynę. Na srebrno aluminiowym kadłubie widoczny był napis o 8-mio metrowej wysokości "Erictor". I ta nazwa maszyny była nowym dowodem serdecznej współpracy obu konstruktorów, tworzących z pierwszych połów swych nazwisk nazwę dla wspólnego dzieła. Publiczność przyjęła maszynę huraganem oklasków.

Trzydzieści minut przed odlotem wyszli na lotnisko obaj konstruktorzy i ich finansowi opiekunowie. Znowu przeszła ponad tłumem burza oklasków. Zaterkotały aparaty filmowe wszystkich wytwórni amerykańskich. Tysiące razy trzasnęły aparaty fotograficzne w rękach publiczności. Panowie miljonerzy dali się podziwiać i przyjmowali hołdy z taką miną, jakby właśnie oni byli twórcami tego arcydzieła technicznego. W rękach ich widziano zwinięte sztandary, które mieli zatknąć na kraterze Kopernika. Zachwyt tłumów nie miał granic.

Po umocowanych na bocznej stronie kadłuba schodach, weszli wszyscy pięciu do wnętrza torpedy. Zamknęli za sobą hermetycznie otwór... W kilka minut później zawarczały motory i olbrzym o rozpiętości skrzydeł 128 metrów, wzniósł się lekko w powietrze. Zatoczył koło nad lotniskiem i po chwili znikł w obłokach. Zegary wskazywały godzinę 8-mą minut dwie.
Tłumy, żywo gestykulując, poczęły się rozchodzić, tylko mała grupka wtajemniczonych i zaproszonych dziennikarzy udała się natychmiast do jednej z sal biura zarządu placu lotniczego, gdzie zastali już kilka osób należących do najbliższych rodzin bohaterskich pilotów. W sali rozmieszczone były głośniki i aparaty, mające odbierać komunikaty z "Erictoru".

Wszyscy zajęli miejsca, mężczyźni zapalili papierosy lub fajki i w skupieniu czekali na pierwszą wiadomość. Upłynęło zaledwie siedem minut, gdy z głośników wydobył się szmer.
- Włączono stację nadawczą - odezwał się ktoś szeptem.
- Nie mogli tego poprzednio uczynić, gdyż motory nie wytwarzały jeszcze dostatecznej ilości prądu.
- Aha!
W tej samej chwili odezwały się głośniki.
- Hal-lo hal-lo - tu z samolotu Erictor mówi Ericson. Torney kieruje maszyną. Znajdujemy się na wysokości 9000 metrów, pędzimy z szybkością 520 kilometrów na godzinę. Motory pracują nadzwyczajnie. Za kilka minut włączymy aparat rakietowy.
- Hal-lo hal-lo - tu mówi Black. Wszystko jest all right. Czujemy się jak u siebie w domu.

Jesteśmy wszystkim oczarowani. Wszystko przekroczyło nasze oczekiwania. Pod nami roztacza się ziemia jak różnobarwna płaszczyzna. Niesamowity widok. Wrażenia tego nie można w słowach wypowiedzieć. Jestem zachwycony. Proszę zawiadomić współpracowników mojego banku, że chcąc im umożliwić przeżycie tych samych emocyj, wzywam ich do natychmiastowego założenia aeroklubu "Black". Na kupno pierwszego aparatu i wyszkolenia członków, przeznaczam 100.000 dolarów.

- Hal-lo hal-lo - tutaj Cook. Mogę jedynie potwierdzić słowa Blacka aż do miejsca założenia aeroklubu w jego firmie. Jestem zdania, że latanie aeroplanami zniechęciłoby tylko urzędników do dalszej pracy biurowej.

- Hal-lo hal-lo - tu Ericson. Przechodzimy teraz na siłę popędową rakiet. W odstępach dziesięciosekundowych będą eksplodowały coraz silniejsze rakiety. Pierwsza rakieta eksploduje teraz - bummmm - tachometr wskazuje szybkość trzech kilometrów na sekundę. Druga eksplozja. Pięć kilometrów szybkości sekundowej. Mimo umieszczonych elektrycznych ogrzewaczy szyb, okna od wewnątrz zamarzły. Trzecia rakieta. Osiem kilometrów na sekundę. Tarcza księżyca rośnie przed nami do gigantycznych rozmiarów. Najdokładniej widzimy na niej góry, doliny, przepaście, lodowce...

W tym samym stosunku maleje nasza ziemia. Szybkość dziesięciu kilometrów na sekundę osiągnięta. Ziemia wygląda jak duży globus z wielkości drapacza chmur. Ale średnica jego stale się zmniejsza. Uzyskaliśmy chyżość 12 kilometrów na sekundę. Otacza nas zupełna noc. Pod nami świeci różowo nasza ziemia jak duża gwiazda - przed nami srebrzy się wzrastająca kula księżyca. Za pół godziny będziemy u celu. Mamy tyle prądu, że możemy włączyć wszystkie mikrofony.

Z tego, co teraz słyszano w sali na lotnisku, można sobie tylko zrekonstruować następujący obraz:
Trzej miljonerzy i Ericson siedli przy stoliku. Ponieważ słyszano każde słowo, miano najdokładniejsze pojęcie o nastroju, jaki tam panował.
Rakiety najsilniejszego typu eksplodowały regularnie w odstępach piętnasto-sekundowych. Prowadzone rozmowy nie były tak poważnej treści, aby je dosłownie według stenogramu powtarzać. Słyszano, jak wystrzeliwał korek szampana, jak bulgocąc napełniały się kieliszki i jak Bonfelder wzniósł toast na cześć rządu U. S. A. Było to powodem do otwarcia nowej flaszki szampana, o którą tym razem dopominał się Cook.

- Jestem zdania, moi panowie, aby korzystając z sytuacji, że jesteśmy między sobą, zawołać z pełnych piersi - Niech żyje nasze kawalerskie!
- All right, mr. Cook.
Trącili się kieliszkami.
- Na-sze ka-wa-ler-skie wypowiedziały równocześnie trzy głosy.
- Okey!
- Wogóle z tym księżycem jest znakomita rzecz. - odezwał się Black - naprzykład moi panowie, gdyby moja magnifika robiła mi w domu jakie hece - w tej chwili do Erictoru i za godzinę jestem na księżycu. Jeszcze dalej od niej wyfrunąć nie można.
- He, he, he - zaśmiał się Cook - znakomite, ale mam lepszy pomysł. Wyślijmy nasze żony na miesięczny urlop na księżyc. Co do mnie, może być nawet dwumiesięczny. Moglibyśmy im codziennie posyłać świeże pieczywo na śniadanie i "Morning Post".
- Okey - zawołał Black.
- Pssst, - dał się słyszeć ostrzegający głos Ericsona - moi panowie, mikrofony są włączone. Każde słowo słychać na ziemi.
- Ja tylko tak w żarcie - tego - hm - odezwał się Cook.
- Przecież tego nie można brać na serjo.
- Pan strasznie zbladł, mr. Black, czy pan się źle czuje? - zapytał Bonfelder.
- Obawiam się, że dopiero po powrocie będę się źle czuł.
- Po powrocie?
- Pan tego nie zrozumie - odpowiedział załamanym głosem - pan nie jest żonaty. Kto wogóle wpadł na ten głupi pomysł, aby włączyć mikrofony - zawołał Black?
- Do stu par djabłów, a to co takiego - zaklął niespodziewanie Tornay przy kierownicy - Ericskon, chodź natychmiast do mnie.
Ericson stał już przy nim.
- Co się stało?
- Ster boczny nie funkcjonuje. Zaciął się i nie mogę sprowadzić go do normalnego położenia. Zbaczamy o trzy kilometry na sekundę.
- Terrible!
- Jak się nam nie uda uruchomić steru, miniemy księżyc. Przelecimy w odległości 1000 kilometrów od niego.

Szarpnął jeszcze raz kierownicą na prawo i lewo - daremnie. Ster nie poddał się.
Tornay spojrzał na Ericsona - ten go zrozumiał.
- Jesteśmy straceni - powiedział półgłosem.
- Co się stało? - krzyknął Black.
- Jeżeli cudem jakimś nie uda nam się lądować na księżycu, to dalszy nasz lot pójdzie w nieskończoność - odpowiedział spokojnie Ericson.
- Na podróż w nieskończoność nie mam czasu - zawołał Bonfelder - wziąłem sobie urlop tylko na księżyc.
- Wykluczone, abyśmy dojechali do księżyca - dodał Tornay - już coraz wyraźniej przesuwa tarcza na prawą stronę.
- To ją przesuńcie na lewą, a jak nie, to proszę stanąć. Wysiadam! - zawołał Bonfelder.
- Natychmiast wracać na ziemię! - krzyczał Cook. - Dość mam tej warjackiej jazdy.
- Czy pan tego jeszcze nie pojął, że ster nie funkcjonuje?
- Nic mnie to nie obchodzi, oświadczam, że wysiadam!
- Proszę zachować zimną krew! - wołał Tornay.
- Natychmiast wracać na ziemię, zrozumiał pan?
- Tu nie ma pan nic więcej do gadania - tutaj my jesteśmy za wszystko odpowiedzialni.
- Skoro aparat nie był jeszcze należycie wykończony, trzeba było czekać. To jest podłość wciągnąć nas w taką pułapkę!
- Licz się pan ze słowami, panie Black, pan nie jest u siebie w banku!
- Zostaliśmy oszukani! - krzyczał Black.
- Proszę natychmiast siąść przy stole i czekać - wołał Ericson. Kto nie zastosuje się do moich wskazówek, tego na mocy prawa kapitana na miejscu zastrzelę.
- Tak się odpłacacie za nasze miljony?
- Milcz pan!
- Mam prawo mówić!
- Milcz pan!
- Pan nie ma prawa rozkazywać!
- Aaaa - rozległ się przeraźliwy krzyk Cooka i Bonfeldera.

Co się następnie działo w Erictorze, tego nikt nigdy nie dociecze. Mikrofony zostały wyłączone. Przesiedzieliśmy około piętnastu minut w grobowej ciszy. Z głośników nie wydobył się żaden znak życia. Spojrzeliśmy znacząco po sobie... Nikt nie miał odwagi ruszyć się z miejsca. Każdy udawał, że nie zdaje sobie jeszcze sprawy z grozy położenia... Jeszcze nie tracił nadziei... A każdy z nas wiedział dobrze, jak straszna tragedja musiała się odegrać w zamkniętej torpedzie Erictoru.

Nagle znowu szum w głośnikach. Czyżby włączono mikrofon? - - -
Istotnie!
- Hal - lo hal - lo - odezwał się głos Ericsona - przelatujemy obok księżyca w odległości 1500 kilometrów - lądowanie wykluczone - za dwie minuty eksploduje ostatnia rakieta - poczem będziemy spadali w bezdeń - jesteśmy zgu - bie - ni...
Jeszcze kilka słów powiedział Ericson, ale głośniki nie mogły tego więcej oddać. Erictor przekroczył granicę utrzymania kontaktu z ziemią.
Był to ostatni komunikat, jaki otrzymaliśmy.

OD REDAKCJI. Powyższy reportaż podaliśmy na podstawie przesłanego sprawozdania dziennikarza amerykańskiego, który był przy starcie Erictoru, a później w sali biura na placu lotniczym poczynił najdokładniejsze notatki.

P. S. W ostatniej chwili, już po złożeniu tego numeru, dowiadujemy się z miarodajnych sfer, że żadnego startu na księżyc w Ameryce nie było, a powyższe sprawozdanie jest typową kaczką dziennikarską, od początku do końca wyssaną z palca.

Autor: L. Maschoff
Źródło: AS nr 36, 3 listopada 1935

Oglądany: 25085x | Komentarzy: 15 | Okejek: 117 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

14.12

13.12

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało