Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Jeszcze parę lat temu byli mistrzami, dziś już mało kto o tym pamięta

92 837  
237   63  
Osiągnęli w sporcie wiele, po czym popadli w przeciętność – Janne Ahonen, Chicago Bulls, Ruch Chorzów...

Kiedy mówimy o przyzwyczajaniu się do sportowych porażek, automatycznie w głowie pojawia się obraz piłkarskiej reprezentacji Polski. Urodzeni w ostatnich (mniej więcej) 40 latach miłośnicy futbolu w biało-czerwonych barwach nie mieli łatwego życia. Co prawda zdarzały się w tym czasie małe pozytywne wybryki (bój z Portugalią w ćwierćfinale Euro 2016 czy wyjście Legii z grupy Ligi Mistrzów w sezonie... 1995/96), jednak w gruncie rzeczy schemat zawsze był podobny - w czapkę w eliminacjach, ewentualnie kolejne srogie rozczarowanie po „meczu o wszystko”.

zapomniani mistrzowie sportu - Joe Monster

Jednak co muszą przeżywać zakochani w piłce nożnej Holendrzy? Jeszcze niedawno Ruud Van Nistelrooy brylował w barwach Manchesteru United i Realu Madryt, pokolenie urodzone pod koniec PRL-u zachwycało się Marco Van Bastenem i Dennisem Bergkampem, a Edwin Van der Sar sprawiał wrażenie, jakby miał nigdy nie przejść na emeryturę.

Tymczasem dziś, po nieudanych próbach awansu na mistrzostwa Europy i mistrzostwa świata, sympatycy Oranje muszą przeżywać doskonale znane Polakom frustracje. Mało kto dziś pamięta o holenderskich osiągnięciach klubowych - ostatnim takim sukcesem było wygranie Ligi Mistrzów przez Ajax Amsterdam? To miało jednak miejsce jeszcze o sezon wcześniej niż awans „Wojskowych” do klubowej piłkarskiej elity...

zapomniani mistrzowie sportu - Joe Monster

Podobnych sytuacji można znaleźć całkiem sporo. Jesteś podirytowany, bo twoja drużyna od dawna nie pamięta, jak pokonać przeciwnika? Zawodnik, za którego od lat trzymasz kciuki, przestał odnosić sukcesy? Nie martw się, możesz przybić piątkę z milionami sfrustrowanych kibiców wspominających stare, dobre czasy...

Chicago Bulls

zapomniani mistrzowie sportu - Joe Monster

Byki z Wietrznego Miasta przez długi czas były synonimem najlepszej koszykówki na świecie. Luc Longley, Dennis Rodman, Scottie Pippen, Michael Jordan, Ron Harper - jestem pewny, że do dziś wiele osób na jednym oddechu byłoby w stanie wymienić trzon ekipy sięgającej po mistrzostwo NBA w 1998 roku. Kiedy jednak Jego Powietrzna Wysokość odszedł na emeryturę (co prawda do ligi wrócił na 2 sezony, jednak grał wtedy w barwach Washington Wizards), praktycznie wszyscy najważniejsi gracze (z wyjątkiem Toniego Kukoča i Harpera) zakończyli swoją przygodę z Chicago Bulls.

zapomniani mistrzowie sportu - Joe Monster

W kolejnych latach sześciokrotni triumfatorzy ligi mieli kilka drobnych chwil radości (dotarcie do finałów konferencji i nagroda MVP dla Derricka Rose'a w sezonie 2010/11), jednak znacznie częściej zgrzytali zębami po porażkach i kolejnym braku awansu do play-offów. W ostatnim sezonie Byki w konferencji wschodniej zajęli trzecie miejsce od końca, a o obliczu ich gry decydowali tacy zawodnicy jak Lauri Markannen (młody Fin to największa nadzieja Bullsów, potrzebował zaledwie 41 meczów do trafienia stu trójek, co jest rekordem NBA), Robin Lopez, Justin Holiday czy Denzel Valentine. Wszyscy fani koszykówki z ostatniej dekady dwudziestego wieku z sentymentem spoglądają na stare mecze z Utah Jazz czy Los Angeles Lakers i liczą, że (parafrazując Kazika) te czasy jeszcze powtórzą się.


Polskie kluby piłkarskie

Wyliczanka drużyn, które dawniej grały w najwyższej klasie rozgrywkowej (czasami z całkiem niezłymi wynikami), a dziś tułają się po niższych ligach, jest całkiem spora - cóż, taka specyfika nowoczesnego futbolu, gdzie tradycja klubowa często przegrywa z biznesem. Odra Wodzisław w sezonie 1996/97 po raz pierwszy awansowała do Ekstraklasy i od razu radziła sobie lepiej niż przyzwoicie - w debiutanckich rozgrywkach zajęła 3. miejsce i wystąpiła w Pucharze UEFA. Po spadku z Ekstraklasy (2009/10) coraz bardziej jednak pogrążała się w marazmie - dziś występuje w katowickiej okręgówce, walcząc z takimi potęgami jak Zameczek Czernica, Forteca Świerklany i Przyszłość Rogów.

zapomniani mistrzowie sportu - Joe Monster

Ruch Radzionków także był zupełnym beniaminkiem, pomimo tego w 1998 roku, podczas pierwszej - historycznej - rundy w Ekstraklasie, rozgromił silne łódzkie drużyny - Widzew (5:0 w debiutanckim meczu) i ŁKS (4:0 z ówczesnym mistrzem Polski musiało robić wrażenie). Były to miłe złego początki - po 3 latach klub spadł do drugiej ligi. Dziś, małymi kroczkami, Cidry próbują wspinać się po drabince piłkarskiej hierarchii - w ubiegłym sezonie wygrali czwartą ligę i w obecnych rozgrywkach wystąpią w wyżej klasie, obok Foto-Higieny Gać, Agroplonu Głuszyna czy Pniówek Pawłowice Śląskie.


Także wymienione przed chwilą niezwykle utytułowane kluby z miasta włókniarzy (choć Bogusław Linda pewnie użyłby innego przymiotnika) po kilkuletnim zesłaniu do niskich klas rozgrywkowych powoli wracają na mapę krajowego futbolu - w ostatniej kampanii ŁKS awansował do I, natomiast Widzew do II ligi. A skoro już przy Widzewie jesteśmy, to nie sposób nie wspomnieć o trenerze Franciszku Smudzie, który przez lata kreowany był niemalże na cudotwórcę - w końcu to on w sezonie 1996/97 wprowadził RTS do Ligi Mistrzów. Jednak od czasu sromotnej porażki z reprezentacją Polski na Euro 2012 nikt raczej tego szkoleniowca nie bierze na serio (a niektórzy, jak chociażby nazywający go „Dyzmą” Artur Boruc, znacznie dłużej) - kilka miesięcy temu, w przededniu promocji, został zwolniony nawet z łódzkiego klubu, z którym święcił przecież największe triumfy. Na odrębny akapit zasługują też firmy, których tradycje i sukcesy wskazywałyby na coś więcej, niż tułaczka poza Ekstraklasą:

Ruch Chorzów

Czternaście mistrzostw Polski, trzecie miejsce w tabeli wszech czasów Ekstraklasy, fanatyczni kibice, prawie sto lat historii - sympatycy Ruchu Chorzów przez dekady mogli być dumni ze swojej drużyny. Jeszcze całkiem niedawno Niebiescy potrafili się wyróżniać - w sezonie 2011/12 zajęli drugie miejsce w Ekstraklasie, a w latach 2009/10 i 2013/14 stawali na trzecim miejscu podium.


Czy patrząc na ówczesny skład Ruchu można uznać to za wynik ponad stan? Trudno jednoznacznie stwierdzić, zwłaszcza znając nieprzewidywalność polskiej kopanej, ale - cytując klasyka - od tego czasu bez wątpienia „coś się popsuło”. Już rozgrywki 2016/17, zakończone spadkiem z Ekstraklasy (po drodze przydarzyło im się też wstydliwe przegrać 0:6 ze Śląskiem Wrocław), były ciosem w twarz i zapaleniem ostrzegawczego światła - nie bez znaczenia było też odjęcie czterech punktów z powodu finansowych zaległości.

Mimo wszystko, doświadczenia sprzed kilkunastu lat pokazywały, że chorzowianie wiedzą, co to come back - po relegacji w sezonie 2002/03 i czterech sezonach na zapleczu, Ruch potrafił odbudować się i wrócić do elity (choć dziwnie używa się tego słowa w kontekście Ekstraklasy). Kolejny pobyt na drugim szczeblu zakończył się jednak fatalnie. Po ponownym przedsezonowym odjęciu punktów (tym razem sześciu) chorzowianie z miejsca stali się czerwoną latarnią pierwszej ligi (tylko na jedną kolejkę wygrzebali się z ostatniego miejsca) i także na tym poziomie styl porażek był zawstydzający: 0:6 z Pogonią Słubice, 0:6 z Wigrami Suwałki i 1:6 z Miedzią Legnica - rozgrywki 2017/18 „Niebiescy” podsumowali pierwszym w historii spadkiem do drugiej ligi, która de facto jest trzecim poziomem rozgrywkowym.


Reprezentacja Brazylii w piłce nożnej

Przyznam szczerze, nie był to pierwszy pomysł, który przyszedł mi do głowy. Dopiero znajomy podczas rozmowy zwrócił uwagę na fakt, że Canarinhos od 2002 roku (kiedy to zdobyli mistrzostwo świata, w składzie mając takie gwiazdy jak Ronaldo, Rivaldo, Ronaldinho czy Roberto Carlos) nie wywalczyli na najbardziej prestiżowej futbolowej imprezie żadnego medalu. I choć wyniki Brazylijczyków wiele reprezentacji wzięłoby w ciemno, to jednak z perspektywy oczekiwań rodaków pięciokrotnych triumfatorów mundiali sytuacja wygląda znacznie gorzej.


Na zakończonym niedawno czempionacie drużyna prowadzona przez trenera Tite boleśnie odbiła się od Belgii już w ćwierćfinale, a częściej o reprezentantach kraju kawy i samby mówiło się w kontekście symulek Neymara niż podczas zachwytów nad ich porywającymi akcjami. Sytuację nieco mogłaby poprawić dominacja na własnym podwórku, ale tam też nie jest najlepiej - na triumf w Copa América Brazylia czeka od 2007 roku, a w trzech ostatnich edycjach tego turnieju nie awansowała nawet do finału. Największym symbolem porażki stało się jednak kompromitujące 1:7 na rozgrywanych w 2014 roku we własnym kraju mistrzostwach - bez cienia przesady można stwierdzić, że to jeden z najbardziej zapamiętanych meczów w całej historii mundiali.


Koszykarski Śląsk Wrocław

Kilkanaście lat temu polska stolica koszykówki znajdowała się nad Odrą. Wojskowi zdobyli siedemnaście mistrzostw Polski (z czego oszałamiającą ilość ośmiu zwycięstw w lidze w samych latach dziewięćdziesiątych). Świetnie prezentowali się też w Europie (zwycięstwa w Eurolidze z Maccabi Tel Awiw, Olympiakosem Pireus czy Albą Berlin).

Duet Maciej Zieliński - Adam Wójcik siał spustoszenie pod koszami, a uzupełnieniem zabójczo celnej pary skrzydłowych byli inni krajowi koszykarze - Dominik Tomczyk, Tomasz Wilczek, Jacek Krzykała, Jerzy Binkowski oraz wielu pozostałych. WKS opierał się również na zagranicznych zawodnikach - występowali tam zarówno europejscy gracze (Raimonds Miglinieks, Dainius Adomaitis, Andrius Giedraitis), jak ci z przeszłością w NBA - Charles O'Bannon (Detroit Pistons), Sean Marks (ten zawodnik w trakcie kariery oprócz Śląska grał wyłącznie w najlepszej lidze świata - między innymi w Toronto Raptors, Miami Heat i San Antonio Spurs) czy Michael Hawkins (Boston Celtics, Cleveland Cavliers). Sporą kolonię stanowili także solidni Amerykanie, którzy w swojej ojczyźnie nie mieli większych szans na sukces, jednak w polskich warunkach bardzo się wyróżniali: Keith Williams, Joseph McNaull, Lynn Greer czy Ryan Randle.


Czarne chmury zaczęły gromadzić się nad wrocławską koszykówką dopiero w XXI wieku - Śląsk, który grywał pod coraz dziwniejszymi nazwami (Deichmann, Bergson, ASCO, BASCO) coraz mniej znaczył nawet na krajowej arenie. Perturbacje związane z decyzjami ówczesnego prezesa klubu (wojna z kibicami i mediami, przeniesienie drużyny do Brzegu Dolnego) w 2008 roku doprowadziły finalnie do upadłości legendarnej drużyny i wycofania jej z ligi.

Próby przywrócenia świetności Śląskowi spełzły na niczym - przez moment wydawało się, że wszystko wraca na swoje miejsce (klub zameldował się w gronie najlepszych ekip w kraju i zdobył nawet czternasty Puchar Polski), jednak po kolejnych problemach finansowych i zesłaniu do II ligi WKS dziś (ze sponsorem tytularnym w postaci firmy FutureNet) występuje w I lidze, czyli na drugim poziomie rozgrywkowym. Dodatkowym ciosem dla fanów była informacja o śmierci ich ulubieńca, Adama Wójcika, który odszedł 26 sierpnia 2017 roku po walce z białaczką. Epoka, kiedy cała Polska była w cieniu Śląska, pewnie nieprędko powróci.


Futbolowy Mediolan

Stolica mody przez pewien czas mogła być utożsamiana także z niezwykle istotnym miastem dla piłki nożnej. Dwa kluby rozgrywające swoje spotkania na stadionie San Siro - AC Milan i Inter - jeszcze całkiem niedawno nadawały ton nie tylko we włoskiej, ale i europejskiej piłce.

W Mediolanie (w samych ostatnich dziesięciu latach) zachwycali swoją grą tacy zawodnicy jak David Beckham, Ronaldinho, Kaká, Andrea Pirlo czy Alexandre Pato (przywdziewający czerwono-czarne trykoty pierwszej z wymienionych drużyn), a także Wesley Sneijder, Mario Balotelli, Diego Milito i Luis Figo (noszący stroje niebiesko-czarne). W barwach obu klubów występowali natomiast prawdziwi supergwiadorzy futbolu: Ronaldo - ten oryginalny, z Brazylii, oraz Zlatan Ibrahimović.


Potwierdzeniem dominacji drużyn były wygrane w Serie A (zostańmy przy XXI wieku - Milan zwyciężył w lidze w sezonach 2003/04 i 2010/11, natomiast Inter nieprzerwanie zasiadał na tronie w latach 2005-10). Owocem wybornej gry na krajowym podwórku stały się także świetne występy na arenie międzynarodowej - Liga Mistrzów padła łupem Milanu w 2003 i 2007 roku, natomiast Inter pokonał wszystkich europejskich klubowych przeciwników na kilka tygodni przed startem mundialu w RPA.

Po latach tłustych przyszedł jednak czas na chude. Od sezonu 2011/12 trwa ligowa hegemonia Juventusu - nowa drużyna Cristiano Ronaldo triumfowała aż siedem razy z rzędu; w tym czasie tylko dwa razy jakakolwiek mediolańska drużyna zameldowała się na podium: w obu przypadkach byli to czerwono-czarni, jednak ostatni raz aż pięć lat temu... Inter przed zbliżającym się sezonem co prawda uzbroił się naprawdę ciekawie (Radja Nainggolan, Stefan de Vrij, Kwadwo Asamoah, Lautaro Martínez), jednak trudno powiedzieć, żeby nawet po tych transferach w starciu ze Starą Damą czy Napoli byli faworytami.

Milan, niestety, musi czekać kolejny rok na ewentualny sukces międzynarodowy - pomimo awansu do Ligi Europy nie wystąpią w tych rozgrywkach ze względu na naruszenie reguł finansowego fair-play (już po napisaniu tego artykułu okazało się, że "Rossoneri" jednak wystąpią w tych rozgrywkach). Inter, co prawda na styk, dostał się do Ligi Mistrzów, jednak - delikatnie mówiąc - raczej nikt rozsądny nie widzi w nich potencjalnego faworyta Champions League.


Janne Ahonen (i fińscy skoczkowie narciarscy w ogóle)

Człowiek-maska ma na koncie zwycięstwa w 36 konkursach Pucharu Świata, 108 miejsc na podium (to rekord wszech czasów), do tego pięć wygranych w Turnieju Czterech Skoczni (w tym aspekcie Janne też nie ma sobie równych). Co by nie mówić - to absolutna legenda tego sportu. I, podobnie jak Michael Jordan, bardzo niekonsekwentna w kwestii przechodzenia na emeryturę.

Fin już dwukrotnie odwieszał narty na kołek, jednak nadal jest czynnym sportowcem. I o ile najsłynniejszy koszykarz w historii tej dyscypliny jeszcze w okolicach czterdziestki potrafił średnio zdobywać około dwadzieścia punktów na mecz, o tyle mający aktualnie tyle samo lat na karku Ahonen pozwolił już całkowicie zapomnieć swoim fanom, jak to jest cieszyć się po jego zwycięstwach.

zapomniani mistrzowie sportu - Joe Monster

Spójrzmy na jego ostatnie dokonania: ostatni sezon - 0 punktów. Rok wcześniej - 50. pozycja w klasyfikacji i dorobek 24 oczek. Dwa lata w tył - ponownie choćby bez jednego trzydziestego miejsca przez całą zimę. Po raz ostatni sto punktów w finałowej klasyfikacji Janne przekroczył w sezonie 2013/14, a ze zwycięstwa mógł cieszyć się w marcu 2008 (żeby uzmysłowić sobie, jak dawno to było, wystarczy zdać sobie sprawę, że wówczas mistrzem Europy w piłce nożnej była Grecja).

Jakiś czas temu fińska paka była jedną z najsilniejszych na świecie - przeciwnikom odlatywali Matti Hautamäki, Veli-Matti Lindström czy Janne Happonen. Najstarsze pokolenie milenialsów wychowało się na gwiazdach z lat dziewięćdziesiątych, takich jak Risto Jussilainen, Jani Soininen i Mika Laitinen, a przecież można byłoby jeszcze sięgnąć do czasów niemalże prehistorycznych, reprezentowanych przez Mattiego Nykanena i Toniego Nieminena.

Podczas gdy w sezonie 2017/18 aż pięciu Polaków znalazło się w pierwszej trzydziestce Pucharu Świata, najwyżej sklasyfikowany Fin - Antti Aalto - zajął 54. miejsce z oszałamiającym dorobkiem trzynastu punktów. W klasyfikacji drużynowej „Suomi” zajęli kiepskie dziewiąte miejsce, tracąc do zwycięskich Norwegów bagatela... 7030 oczek. Jak skomentować taką mizerię? Chyba najdobitniej zrobił to Harri Olli, który w przeszłości wygrał konkursy Pucharu Świata i ustanowił między innymi rekord skoczni mamucich w Oberstdorfie i Vikersund, a aktualnie jest znany bardziej ze swoich problemów z prawem - dał się złapać po pijanemu oraz wdał się w rękoczyny ze swoją dziewczyną.


Oglądany: 92837x | Komentarzy: 63 | Okejek: 237 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

19.03

18.03

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało