Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

Tajlandia była na ustach wszystkich, a pamiętacie jak wyglądała spektakularna akcja ratowania górników w Chile?

37 614  
216   17  
Z pewnością każdy słyszał o akcji ratunkowej w Tajlandii, ale czy ktokolwiek pamięta jeszcze o chilijskich górnikach, którzy na skutek trzęsienia ziemi utknęli na ponad 2 miesiące pod ziemią na głębokości 688 m?


5 sierpnia 2010 roku w kopalni San José w północnym Chile doszło do tąpnięcia, w wyniku którego 33 górników zostało uwięzionych na dnie kopalni. Dzięki zakrojonej na szeroką skalę akcji ratunkowej wszystkich uwięzionych wydobyto żywych po 69 dniach.

Jak to wyglądało - od początku

Po środku pustyni Atacama wydobywano złoto oraz miedź. Przez 170 lat istnienia kopalni San José górnicy wydrążyli kilkunastokilometrowej długości spiralny szyb schodzący na prawie 800 metrów pod ziemię (czyli do poziomu morza). Właściciel kopalni nie miał jednak najlepszej reputacji jeżeli chodzi o bezpieczeństwo i warunki pracy. W kopalni często dochodziło do wypadków oraz nieprawidłowości.

Kilka miesięcy przed wypadkiem Chile nawiedziło trzęsienie ziemi oraz tsunami. Mimo licznych ostrzeżeń kontynuowano wydobycie. Kilku górników pracujących tego felernego dnia było ocalałymi z poprzedniego kataklizmu.

5 czerwca dwie grupy górników ruszyły autobusami w podróż na dno kopalni. Pierwsza grupa pracowała niedaleko od wyjścia, a druga musiała zjechać autobusami na samo dno kopalni. Ze względu na kolosalne rozmiary tego podziemnego przedsiębiorstwa sama podróż autobusem trwała ok. 2 godzin.

W trakcie przejazdu o godzinie 14:00 nastąpiło tąpnięcie i gigantyczny kawał skały osunął się, tarasując jednocześnie jedyną drogę na powierzchnię. Pierwszej grupie udało się uciec, ale za zawałem pozostała druga grupa. Na powierzchni nikt nie wiedział, czy żyją. Wszyscy górnicy jakimś cudem jednak przeżyli tąpnięcie, ale przez pierwsze 6 godzin nic nie widzieli ze względu na zapylenie powietrza po wstrząsie. Sytuacja, delikatnie mówiąc, nie do pozazdroszczenia...


Podziemna organizacja

W grupie było 33 mężczyzn w wieku 19-63 lat. Najstarszy z nich za parę miesięcy przechodził na emeryturę po 33 (!) latach pracy pod ziemią. Najmłodszy z górników rozpoczął pracę dopiero parę miesięcy wcześniej, a w dodatku na kilka dni przed katastrofą urodziła mu się córeczka. Jeszcze inny nie był górnikiem, tylko mechanikiem i miał zjechać pod ziemię tylko na ten 1 dzień, aby naprawić zepsutą ciężarówkę. Pod ziemią znalazł się również zawodowy piłkarz chilijskiej ligi, a nawet pastor.

Dowództwo nad górnikami przejął kierownik tej pechowej zmiany Luiz Urzua. Uwięzieni zebrali się w kopalnianym schronie, czyli specjalnie wzmocnionym miejscu, w którym w przypadku odcięcia drogi ucieczki czeka się na pomoc po wypadku górniczym. Schron w San José przewidziany był na 35 osób i posiadał zapasy żywności na 2-3 dni. Pomieszczenie o powierzchni 50 m kwadratowych wyposażone było w zapasy tlenu oraz dwie długie ławki. Poza schronem górnicy mieli do dyspozycji ok. 2 kilometrów tuneli, w których załatwiali swoje potrzeby fizjologiczne oraz załatwiali inne prywatne sprawy. Urzua podzielił górników na grupy i każdemu rozdysponował zadania. Byli tam ludzie odpowiedzialni za zdobywanie wody, sprzątanie, sprawdzanie stanu powietrza itp. Do ich dyspozycji było również kilkanaście koparek i ciężarówek, które wykorzystali na pomieszczenia, a ich akumulatory jako źródło światła imitujące dzień pod ziemią. Od samego początku racje żywnościowe okrojono do minimum, a mimo to górnicy byli cały czas zdyscyplinowani i aktywni. Jeden z nich, Edison Pena, podobno biegał codziennie 10 km pod ziemią. Nieustannie próbowali się również wydostać lub chociaż dać znak, że żyją. Wykorzystywali do tego szyby wentylacyjne, które powinny być wyposażone w drabiny, po których można się było wspinać na wyższe poziomy. Niestety okazało się, że drabiny nie zostały nawet zainstalowane, najpewniej ze względów finansowych. Wtedy też pod szybami zaczęto palić opony i oleje, próbując tym samym zaalarmować ratowników.

Akcja ratunkowa

Tymczasem przed bramą do kopalni pojawiły się rodziny zaginionych, domagające się informacji. Bardzo szybko zorganizowano akcję ratunkową, ale ratownicy nie mogli przebić się przez zawał. Podczas próby przekopania się wystąpiły dwa mniejsze tąpnięcia, które tylko utwierdziły wszystkich w przekonaniu, że trzeba szukać innego sposobu. Pomysł przekopu porzucono i po 2 dniach rozpoczęto wiercenia. Po 17 dniach jedno z kilkunastu wierteł trafiło na pustą przestrzeń. Po chwili wszyscy usłyszeli, jak coś lub ktoś rytmicznie uderza o wiertło. W obozie zapanowała euforia, wszyscy wiedzieli, że ktoś jednak przeżył. Po wyciągnięciu wiertła znaleziono przyczepioną do niego wiadomość: Wszystkich 33 z nas czeka na ratunek w schronie.


Na dno opuszczono kamerę. Poniżej pierwsze ujęcie:


Natychmiast rozpoczęto akcję zaopatrywania uwięzionych przez szyby. Tych 33 panów przeżyło 17 dni na dwudniowych racjach, więc nie można im było pozwolić się nagle objadać, bo ich organizmy mogły to bardzo źle znieść. Każdy z nich otrzymywał na początku około 1000 kalorii dziennie, dopiero po kilku dniach pozwolono im się najeść.
Jednocześnie do Chile napływał najlepszy sprzęt wiertniczy z całego świata. Cała akcja kosztowała ok. 20 milionów dolarów, które zebrano w ramach międzynarodowej zrzutki oraz funduszy rządowych. Planowano wywiercić otwór, w którym zmieści się kapsuła z ewakuowanym górnikiem. Nie było to jednak łatwe zadanie, bo wiertła musiały trafić w kilkumetrowej szerokości tunel 688 metrów pod nimi. W przypadku pomyłki musieliby zaczynać od nowa, a dowiercenie się do zaginionych mogło zająć nawet 120 dni. Mimo połowy sierpnia pierwsze prognozy zakładały wyciągnięcie ich dopiero w grudniu. W związku z ekstremalnymi warunkami pod ziemią, gdzie na przykład wilgotność utrzymywała się na stałym 95% poziomie, poproszono specjalistów z NASA o podzielenie się z nimi ich doświadczeniami związanymi z lotami w kosmos.


Podziemna solidarność

Tymczasem pod ziemią cierpliwie czekało 33 górników nieustannie zaopatrywanych przez małe szybiki. Panowie już wtedy wiedzieli, że ich życie po wyjściu na powierzchnię już nigdy nie będzie takie samo i umówili się, że o pewnych rzeczach po prostu nie będą rozmawiać na powierzchni. Pewne sprawy zostały pod ziemią na zawsze, zwłaszcza te dotyczące kilku dni po katastrofie.

Zdecydowano się podejmować demokratycznie wszystkie decyzje dotyczące ich przyszłej ''kariery'', czyli 16+1 stanowiło większość. Dzięki dowodzeniu Luisa Urzua, który kiedyś był żołnierzem (swoją drogą ciekawi ludzie pracują w chilijskich kopalniach...), trzy zdyscyplinowane oddziały górników wypełniały kolejne zadania w 12-godzinnych zmianach. Zajmowali się mapowaniem tuneli, które stały się ich małym światem, naprawą maszyn, dostosowywaniem podziemi do spania, pracy i wymogów sanitarnych. Prawdopodobnie właśnie zdyscyplinowanie i ciągłe wyznaczanie kolejnych celów były kluczowymi sprawami, dzięki którym mogli przetrwać pod ziemią tak długo.

Panowie bardzo długo bezskutecznie domagali się papierosów. Prosili również o świerszczyki, które o dziwo zostały im udostępnione. Przymykano też oko na przemycaną w listach od bliskich marichuaninę. Psycholodzy i lekarze zgodnie uważali, że tak długie przebywanie w tak małym miejscu przez 33 mężczyzn wymaga regularnego rozluźniania i "spuszczania" ciśnienia. Pomimo że na powierzchni czekały żony (i nie tylko), panowie bez wstydu prosili o gumowe lale, ale nie zostały im one udostępnione, gdyż mogłyby spowodować napięcia i rywalizację pomiędzy panami. Uwięzieni górnicy musieli rozwiązywać napięcie seksualne na własną rękę przy pomocy świerszczyków. Na szczególną uwagę zasługują dwaj panowie, którzy oświadczyli się swoim partnerkom spod ziemi, oraz pan, któremu urodziło się dziecko i mógł oglądać poród na żywo pod ziemią. Córeczkę nazwał Esperanza (Nadzieja).


Najlepsze wiertnice na świecie

Na miejscu pojawiły się trzy ogromne maszyny.

Po 8 dniach od nawiązania kontaktu z górnikami ruszyła pierwsza wiertnica. 28-tonowa STRATA 950, która przybyła z Południowej Afryki. Najpierw drążono mały otwór, który planowano poszerzyć kolejnym wiertłem. Co ciekawe, poszerzanie tego otworu drugim wiertłem wymagałoby współpracy górników - tzn. musieliby usuwać ok. 20 ton gruzu dziennie spod odwiertu - wykorzystując do tego obecne na miejscu koparki i ciężarówki napędzane paliwem dostarczonym przez szybiki zaopatrzeniowe. Jak się później okazało, sprostali temu zadaniu.

Po 14 dniach ruszyła druga wiertnica SCHRAMM, która mogła być znacznie szybsza od pracującej już maszyny, ale miała jedną zasadniczą wadę. SCHRAMM nie miał nawet wiertła, jego rolę pełnił metalowy młot pneumatyczny na sprężone powietrze, który uderzał w skałę 20 razy na sekundę, krusząc ją. Z tego też powodu bardzo trudno nim sterować.

Problemy ze sterowaniem rozwiązano bardzo szybko - przebudowano młot, dorabiając do niego małą prowadnicę i wykorzystano jeden szyb zaopatrzeniowy jako naprowadzacz dla młota. Jak na złość do używania maszyny potrzeba było 20 litrów wody na sekundę, a najbliższe źródło znajdowało się godzinę drogi dalej, co jeszcze bardziej skomplikowało akcję, ale wodę udało się jednak doprowadzić. Górnicy uwięzieni pod ziemią od tej pory musieli radzić sobie nie tylko z dziesiątkami ton gruzu, ale w dodatku musieli robić to w strugach spływającej na nich brudnej wody.

Po 28 dniach ruszyła ostatnia wiertnica RIG-421 z Kanady. Jej ogromne wiertło mogło teoretycznie dowiercić się do zaginionych w bardzo szybkim tempie, natomiast rozmiar wiertła znacznie utrudniał celowanie. Podczas całej akcji wiertło trzeba było wielokrotnie wyciągać i przestawiać, aby wróciło na kurs, co znacznie opóźniło postępy.

9 października, po 33 (!) dniach od rozpoczęcia wiercenia, młot pneumatyczny SCHRAMM dowiercił się (albo raczej dobił się) do poziomu 10 m nad zaginionymi. Ze względu na charakter pracy młota nie chciano przebijać się nim do samego tunelu - ostatnie 10 m górnicy musieli poszerzyć sami dostarczonym im do tego dynamitem.


Ewakuacja

Skonstruowano specjalną kapsułę ratunkową, którą planowano pojedynczo wyciągać górników. FENIX 2, bo tak została nazwana kapsuła, miał przemieszczać się z prędkością ok. metra na sekundę. Kapsułę wyposażono w niezbędny sprzęt do monitorowania stanu zdrowia wyciąganego oraz system ratunkowy. W przypadku zaklinowania się dolna część kapsuły mogła się odłączyć i zjechać na dół do kopalni.


Po lewej stronie na czerwono zaznaczono zawał, na czarno azyl, a poniżej docelowe miejsce pracy. Po prawej widzimy przekrój szybu, którym przekazywano wodę, środki medyczne i żywność w wodoszczelnych kapsułach.

Zniecierpliwieni górnicy musieli poczekać aż wyschnie betonowa podstawa do windy, która miała wyciągnąć ich na powierzchnie. Ten czas spożytkowali na ustalenie kolejności wyjazdów. Podzielono ich na 3 grupy - zręczni (hábiles), słabi (débiles) oraz silni (fuertes). Najpierw mieli wyjechać zręczni - to oni mieli przetrzeć szlaki i w razie jakiegokolwiek problemu podczas ewakuacji byli w stanie zachować spokój i komunikować się z ratownikami. Druga grupa obejmowała chorych oraz panów z depresją. W trzeciej znajdowali się najsilniejsi fizycznie i psychicznie, bo tylko oni mogli sobie poradzić z czekaniem. Jeden z nich powiedział, że 24 h w tę czy we w tę nie robiło im już żadnej różnicy.


Na wyjazd każdego z nich przewidziano godzinę, czyli cała operacja miała trwać 33 (!) godziny. W pierwszym rzucie na dół zjechał ratownik, który przebywał z nimi rekordowe 25 godzin pod ziemią. W następnych turach wyjeżdżali kolejni górnicy, a na ich miejsce zjechało jeszcze 5 ratowników, aby wspierać akcję od dołu. Niektórzy z ratowników przebywali pod ziemią tak długo, że musieli tam ''nocować'' w oczekiwaniu na swoją kolej.
Po 23 godzinach jako ostatni (poza ratownikami) na powierzchnię wyjechał lider górników - Luis Urzua, który zaskoczył wszystkich i przywiózł im... kamienie na pamiątkę (prezydent Chile tydzień później jeden z tych kamieni podarował królowej brytyjskiej).

Kapsuła ratunkowa zrobiła 39 zjazdów i przejechała łącznie 50 kilometrów. Około miliarda ludzi na świecie oglądało transmitowaną na żywo akcję ratunkową. Po wyciągnięciu ostatniego ratownika wejście do szybu zaspawano.


Wszyscy górnicy trafili do szpitala, gdzie poddano ich dwudniowej kwarantannie. Po 48 godzinach 31 z 33 górników było już w domu. Tylko dwóch z nich zostało w szpitalu ze względu na problemy stomatologiczne.


Ciąg dalszy

Podobnie jak to już zapowiedziano w Tajlandii, całe miasteczko namiotowe pod kopalnią zostało przekształcone w muzeum dla turystów. Kapsuła ratunkowa stoi w pobliskim muzeum. Chilijski rząd wykorzystał również swoje 5 minut, reklamując się na całym świecie jako kraj, w którym można robić bezpieczny biznes. Cała akcja ratunkowa bardzo pozytywnie wpłynęła na gospodarkę Chile, dając dobry przykład połączenia technologi, solidarności i wydajności. Do dzisiaj Chile znajduje się na szczycie południowoamerykańskich rankingów przyjazności i bezpieczeństwa prowadzenia biznesu.
Panowie bardzo dobrze zaplanowali swoją karierę. Już pod ziemią jeden z nich został oddelegowany do prowadzenia pamiętnika. Wszystkimi dochodami dzielili się równo, zatrudnili nawet księgowego, którego zadaniem było równe podzielenie się wpływami z książek, filmów i wywiadów. Wszyscy zgodzili się mówić jednym głosem.

W 2014 opublikowano oficjalną książkę o wszystkich górnikach, a rok później powstał film The 33 z Antonio Banderasem w jednej z głównych ról. Panów zapraszano do wspólnych treningów z Manchesterem United, do Ziemi Świętej, Disneylandu. Lokalny biznesmen ufundował każdemu z nich nowiutki motor Kawasaki. Górnik, który biegał 10 km dziennie pod ziemią, wziął później udział w 3 maratonach.

Okazało się, że to co nastąpiło po uratowaniu miało na nich większy wpływ niż 69 dni pod ziemią. Nikt nie chciał ich zatrudnić, obawiając się o ich zdrowie psychiczne. Nieustanne problemy rodzinie i uciążliwa sława skumulowała się z pierwszymi konfliktami pomiędzy górnikami. Już po 5 latach na premierze niby ich wspólnego filmu pojawiło się tylko 4 z 33.
Na nic im też było to planowanie, bo po kilku latach każdy z nich jest tak samo biedny, jak był wcześniej. Niektórzy z nich nawet wrócili do pracy w kopalniach. Kilku z nich popadło w nałogi, wielu do dzisiaj jest na antydepresantach. Jeden z nich przyznał się nawet do myśli samobójczych.

Zdaniem większości z nich zostali wykorzystani przez firmy, a następnie porzuceni. Nie otrzymali żadnych odszkodowań, bo kopalnia upadła, unikając tym samym zarzutów. Jej zarząd został uniewinniony, co kwitują korupcją w Chile. Mieli również żal do polityków, którzy wykorzystali ich do zbijania popularności, i prawników, bo niby źle im doradzali....
"Każdy na tym zarobił, tylko nie my. Kiedy zabierali nas do Disneylandu czy Ziemi Świętej, to nie był fajny czas. Wszyscy wykorzystywali nas dla oglądalności i dostali to, co chcieli. Ale to nie napełni naszych lodówek".




Bonus: czekające żony i... no, nie tylko żony...

Mieszkańcy Ameryki Południowej znani są również jako bardzo rozwiąźli ludzie. Dzięki akcji ratunkowej w Chile możemy podziwiać to zjawisko w całej swojej istocie.


Jeszcze przed zakończeniem akcji okazało się, że każdy z górników może liczyć na miliony dolarów w formie odszkodowań oraz praw do wywiadów, książek itp. W miasteczku namiotowym oprócz aktualnych żon pojawiły się kochanki, przyjaciółki oraz byłe żony. Wszystkie panie domagały się pieniędzy - oczywiście nie wprost - wszyscy musieli się domyśleć. Bardzo często pomiędzy rywalkami dochodziło do rękoczynów, kiedy to panie dowiadywały się o podwójnym życiu ich mężczyzn - o ich kochankach, żonach czy nieślubnych dzieciach. Problem jest na tyle duży, że chilijski rząd jeszcze pod ziemią zapewnił górnikom konsultacje z pracownikami społecznymi, którzy mieli za zadanie podpowiadać im, jak załatwiać tego typu sprawy. Całe to zamieszanie wpływało na uwięzionych 700 m głębiej górników. Panowie bardzo szybko zrozumieli, że piekło jakie przeżyli pod ziemią nijak się ma do piekła, które czeka na nich na powierzchni. Komitet powitalny w postaci aktualnych i byłych żon, kochanek oraz dzieci ze wszystkich związków niekoniecznie zachęcał do wyjścia. Jeden z uwięzionych górników już pod ziemią przebywał pod (telefoniczną) opieką psychologa po tym, jak dowiedział się, że jego żona w obozie nad nim poznała jego kochankę, z którą na dodatek planował wspólne życie, i obie czekają na górze... Ale to i tak nic w porównaniu z jego kolegą, który będąc pod ziemią wiedział, że na powierzchni czekają:
1. jego pierwsza żona, z którą się jeszcze nie rozwiódł
2. przyjaciółka, z którą aktualnie mieszka
3. matka jego nieślubnego dziecka
4. przyjaciółka, która mówi, że kocha go nad życie.

Te cztery panie po wyjściu zgotowały mu takie piekło, że w późniejszych wywiadach wspominał, że najbezpieczniej czuł się jednak pod ziemią.

Oglądany: 37614x | Komentarzy: 17 | Okejek: 216 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

21.08

20.08

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało