Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…NIECODZIENNIK SATYRYCZNO-PROWOKUJĄCY

A miało być tak pieknie... - 5 największych rozczarowań w historii

80 042  
170   39  
Zazwyczaj kiedy za wiele od czegoś oczekujemy, późniejszy smak zawodu jest wprost proporcjonalny do pokładanych przez nas nadziei. Dlatego czasem chyba lepiej trzymać emocje na wodzy i zabezpieczyć się przed ewentualnym rozgoryczeniem odpowiednio grubą warstwą sceptycyzmu.


Kryjówka Ala Capone

Najsłynniejszy gangster Ameryki dorobił się niewyobrażalnej fortuny na obrocie nielegalnym alkoholem w okresie prohibicji, był też właścicielem domów publicznych i kasyn. Z całą więc pewnością potentat jego pokroju powinien niczym wujek Sknerus - pławić się w basenie wypełnionym hajsem.
Capone wyzionął ducha w 1947 roku, niedługo przed swymi 48 urodzinami. Po jego śmierci, przez całe dekady mieszkańcy USA fantazjowali na temat fortuny, którą to Al miał gdzieś ukryć.
Pewne było to, że na pewno nie uczynił tego w swojej pierwszej siedzibie – budynku położonym koło chicagowskiego Metropole Hotel. Nie była to jednak ostatnia kryjówka gangstera. W 1928 roku Capone i jego ludzie przenieśli się do apartamentu w hotelu Lexington. I stamtąd też gangster kierował wszystkimi legalnymi i „lewymi” biznesami aż do czasu swego aresztowania. Pół wieku później, w latach 80., firma budowlana zatrudniona do wykonania modernizacji budynku, odkryła w jego podziemiach sieć labiryntów. Prowadziły one do knajp i burdeli kontrolowanych przez mafię. Tajemne korytarze stanowić miały drogę ewakuacji w przypadku policyjnych najazdów.



Nadzieje na odkrycie ukrytych pieniędzy nagle odżyły i w 1986 roku miliony Amerykanów zasiadło przed telewizorami, aby na żywo uczestniczyć w eksploracji hotelowych podziemi, a co najważniejsze – pomieszczenia będącego rzekomą kryjówką Capone.

Prowadzącemu program „The Mystery of Al Capone's Vaults” - Geraldowi Riverze w tej emocjonującej ekspedycji towarzyszył ekspert medycyny sądowej, który miał zabezpieczyć zwłoki, jakie reporterzy programu liczyli tam znaleźć. Był też i rządowy agent, którego zadaniem było zabezpieczenie pieniędzy, które przecież na pewno musiały tam być…
Cały misterny plan w pizdu... – powiedziałby Siara. Kiedy dziennikarze, na oczach 30 milionów widzów, w końcu weszli do kryjówki gangstera, jedyne co tam znaleźli to kurz i stertę pustych butelek po alkoholu. Mimo najszczerszych prób nie znaleziono tam absolutnie nic poza tym. Taki był finał trwającego prawie dwie godziny i trzymającego w napięciu programu dokumentalnego. Rozczarowania nie krył sam prowadzący, który zgodnie z prawdą rzekł: „Wygląda na to, że polegliśmy...”.



Do dziś słynna ekspedycja Geralda Rivery uznawana jest za przykład największego zawodu w historii telewizji.

Pluskwa Milenijna

To miała być prawdziwa apokalipsa! Cholernie medialna apokalipsa – dodajmy. O tak zwanym Y2K trąbiono wszędzie, a atmosfera strachu potęgowała się z każdą godziną zbliżającą świat do wejścia w nowe tysiąclecie. O co chodziło? Ano o kodowanie dat w komputerach starszej generacji. Robiono to za pomocą zapisu dwóch ostatnich cyfr każdego roku – w ten sposób oszczędzano na użyciu cennej pamięci. „Wyzerowanie” licznika w chwili rozpoczęcia się 2000 roku miało doprowadzić do globalnej awarii systemów komputerowych w wielu państwowych instytucjach i bankach, które od dekad pracowały na starym sprzęcie.



Nadmuchana przez media atmosfera zbliżającej się katastrofy pozwoliła wielu informatycznym firmom zarobić fortunę na masowej sprzedaży nowego oprogramowania mającego uchronić komputerowe systemy przed tzw. „Milenijną pluskwą”.
Kiedy nadeszło nowe tysiąclecie i wszyscy oczekiwali spektakularnej, globalnej klęski, nie stało się absolutnie nic… Według maszyn nastał rok 00. I tyle. Wprawdzie jakieś pojedyncze problemy gdzieniegdzie się pojawiały, ale były to na tyle małe i łatwe do opanowania incydenty, że nie było sensu nawet ich specjalnie nagłaśniać.

„Gwiezdne Wojny: Mroczne Widmo”

Dziś, gdy co roku powstaje przynajmniej kilka tworów ze świata „Star Wars”, w tym filmy, animowane seriale i gry komputerowe, nikt już tak bardzo nie emocjonuje się ich premierą. W 1999 roku jednak, kiedy wielkimi krokami zbliżała się premiera „Mrocznego Widma” fani serii sikali wręcz z radości. Na to wydarzenie czekać musieli 16 lat! Tyle bowiem czasu minęło od premiery „Powrotu Jedi”. Radość była ogromna – a George'a Lucasa niemalże wynoszono na ołtarze.



Jaki był efekt długiego czekania na premierę filmu – to wiemy wszyscy. Zamiast ultra-miodnego kina przedstawiającego mroczne korzenie Lorda Wiadro, fani dostali nudnego, napompowanego do nieprzytomności dość marnym CGI, nijakiego i mało porywającego, familijnego przeciętniaka. Na domiar złego aż do bólu czytelne było to, że Lucas na siłę usiłował zrobić wielką reklamę dla sprzedaży zabawek, które stanowiły integralną część gwiezdnowojennego merchandisingu. No i ten przeklęty Jar-Jar... Niesmak po tym gniocie pozostał do dziś.

Polityka Neville’a Chamberlaina

Chamberlain – do 1940 roku premier Wielkiej Brytanii wierzył, że Hitler to w gruncie rzeczy fajny gość i przy odrobinie wolnej woli będzie można się z nim jakoś dogadać. Jego planem było przymykanie oka na działania Niemców i wprowadzania ustępstw w stosunku do hitlerowców oraz polityki faszystowskich Włoch. Oprócz tego Chamberlain prowadził rozmowy z Hitlerem widząc w pokoju pomiędzy Wielką Brytanią a Niemcami szansę na zbudowanie solidnego oporu wobec imperialistycznych planów Stalina. Jeszcze w 1938 roku brytyjski premier podpisał tzw. układ monachijski, na mocy którego przyłączono do III Rzeszy sporą część Czechosłowacji, czyli „kraj Sudetów”.



Wiedząc już, że wojna jest nie do uniknięcia, Chamberlain desperacko usiłował skierować ją na wschód. W tym celu w niemalże przededniu wojny ogłosił gwarancję niepodległości Polski, a dosłownie sześć dni przed atakiem Niemców na nasz kraj, był inicjatorem polsko-brytyjskiego traktatu o wzajemnej pomocy. Mimo że wielu polityków krytykowało posunięcia Chamberlaina, to z całą pewnością mnóstwo osób naprawdę wierzyło, że „będzie dobrze”.

Milleryzm, czyli „wielkie rozczarowanie”

„Powtórnie przyjdzie w chwale sądzić żywych i umarłych.” - powiadają. Pytanie tylko kiedy Jezus ma zamiar wrócić? Trzeba przecież okna umyć, dywan wytrzepać… Cóż, w XIX wieku istniała pewna, dość popularna, protestancka grupa, która doskonale znała datę Chrystusowego powrotu. Twórca tego ruchu – kaznodzieja William Miller spędził sporo czasu na wnikliwą analizę Pisma Świętego. Dzięki dość zagmatwanej interpretacji fragmentów Księgi Daniela, duchowny obliczył, że Jezus powinien powrócić do nas gdzieś pomiędzy 21 marca 1843 a 22 marca 1844 roku.



Milleryzm szybko zyskał sporo zwolenników. Kiedy więc wszyscy wierni oczekiwali osobistej audiencji u Syna Bożego, a podany przez religijnego przywódcę okres minął, wielu przygotowanych na powrót Jezusa wyznawców nie kryło wkurzenia. W wyniku tak zwanego „wielkiego rozczarowania” tysiące millerystów porzuciło swoją religię pomstując na swój stracony czas i wykrzykując bardzo nieobyczajne rzeczy na temat prowadzenia się matki Millera..

Ci, którzy byli nieco silniejsi w wierze, doszli do wniosku, że Miller źle zinterpretował zapis z Biblii. Według nich Chrystus wcale nie miał ponownie zstąpić na ziemię, ale rozpocząć w Niebie służbę dla tych, którzy za życia przestrzegali głoszonych przez niego zasad. To właśnie ci wyznawcy zjednoczyli się później i założyli zupełnie nowy ruch zwany później Kościołem Adwentystów Dnia Siódmego.

Źródła: 1, 2, 3, 4

Oglądany: 80042x | Komentarzy: 39 | Okejek: 170 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało