Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Beastie Boys: jak trzech niedożywionych białasów zrewolucjonizowało rap

46 244  
238   45  
Na początek mała prywata: jeśli miałbym zrobić ranking przegapionych koncertów, których najbardziej żałuję, z pewnością pierwsze miejsce zająłby występ Beastie Boys na Heineken (jeszcze) Open'erze – w 2007 roku amerykańskie trio pojawiło się w Gdyni i pokazało, jak robi się prawdziwy show.


To było jeszcze przed epoką irytujących, wszechobecnych smartfonów, dlatego nie ma zbyt wielu nagrań z tego wydarzenia, jednak nawet i na filmikach kręconych kalkulatorem widać energię na scenie i wśród publiczności. Portal newonce.net umieścił ten występ wśród trzech najlepszych w historii całego festiwalu, przypominając, że rzęsista ulewa ani trochę nie ugasiła ognia, który wytworzył się tego wieczoru na Babich Dołach.

Najpierw jednak cofnijmy się delikatnie w czasie. Porównując Beastie Boys z czasów sławy i chwały oraz ich młodzieńcze wcielenie, nietrudno wyobrazić sobie rozmowę ojca z synem gdzieś w amerykańskim miasteczku pod Nowym Jorkiem na przełomie mileniów:

- Tato, daj 50 dolców, idę na koncert Beastie Boys.
- Naprawdę? Widziałem ich na konkursie szkolnych talentów dwadzieścia lat temu, szału nie było.
- ?
- A jak głupio wyglądali z kolorowymi serduszkami z tyłu...


Cóż, trudno zaprzeczyć, że początkowe występy nowojorczyków raczej nie zapowiadały ich ogromnego potencjału i odwagi w przekraczaniu muzycznych granic – ot, kolejna solidna gitarowa kapela, ale scenicznie znajdująca się znacznie bliżej squotów i wybijania sobie zębów w pogo, niż wygrywania nagród Grammy, wejścia do Rock and Roll Hall Of Fame, wypełniania stadionów i występowania na największych festiwalach świata. Gdy Beastie Boys startowali, grali dość tradycyjny hardcore punk inspirowany w głównej mierze Bad Brains (jeśli nie kojarzycie, to zespół – podobnie jak nasi bohaterowie – zaskakujący w kwestii rozrzutu między imidżem a gatunkiem muzyki – czterech ciemnoskórych dredziarzy wyglądających jak potomkowie Boba Marleya, jednak grających soczysty hc/punk). W skład grupy wchodziło wtedy czterech nastoletnich muzyków: John Berry (zmarły 2 lata temu gitarzysta opuścił zespół już w 1982 roku), Kate Schellenbach (perkusistka odeszła nieco później, w roku orwellowskim), Adam "MCA" Yauch (odpowiedzialny za wokal i bas) i Michael "Mike D" Diamond (wokalista, który po odejściu Kate także zasiadał za garami). W czasie, gdy Polacy zajmowali 3. miejsce na mundialu w Hiszpanii (prehistoria, nieprawdaż?) do grupy doszedł Adam "Ad-Rock" Horovitz, który oprócz zdzierania strun głosowych przejął obowiązki gitarzysty. Klasyczny, trzyosobowy line-up utrzymał się aż do końca działalności ekipy, choć przewijali się przez nią zarówno muzycy koncertowi, jak i liczni DJ-e – w szczególności na ukłon zasługuje pełniący tę funkcję przez piętnaście ostatnich lat działalności kapeli Mix Master Mike, którego umiejętności drapania wosku zaprezentowane zostały w pełni w numerze "Three MC's and One DJ".


O skłonnościach do łączenia różnych światów świadczyć może też supportowanie Madonny w trakcie jej pierwszej trasy koncertowej, " The Virgin Tour", która miała miejsce w 1985 roku – Beastie Boys byli wtedy tuż przed wydaniem debiutanckiego "Licensed to Ill" (wieść gminna niesie, że w oryginale album miał się nazywać "Don't Be a Faggot", czyli w swojskiej wersji "Nie Bądź Pedziem"). W tym czasie chłopaki (najstarszy z nich, MCA, w momencie premiery pierwszego krążka miał zaledwie 22 lata) imprezowali bardzo mocno, robiąc w garderobach i pokojach hotelowych całkiem niezły chaos. Chętne dziewczyny, lejący się hektolitrami alkohol, tony zielska i kwas – wszystko to było dla ich młodzieńczej fantazji motorem napędowym, co zresztą wykrzyczeli w "(You Gotta) Fight for Your Right (To Party!)". Doctor Dré (chodzi tu o DJ-a współpracującego z grupą w latach osiemdziesiątych, nie należy mylić go ze słynnym producentem odpowiadającym za "Still D.R.E.") w wypowiedzi dla magazynu Spin tak wspominał te dzikie balangi:
Podczas trasy Ad-Rock wywiercił dziurę w podłodze hotelowej i wpuścił przez nią do pokoju Yaucha wąż ogrodowy. Chciał sprawdzić, czy da się wypełnić pomieszczenie wodą. Innym razem, gdy byliśmy w Londynie, MCA wyskoczył z balkonu na trzecim piętrze do basenu. Dożywotnio zakazano nam przebywać w hotelach Holiday Inn.
Jedną z szalonych imprez można zobaczyć na fragmencie wydanej w 1987 roku kasety wideo, zatytułowanej identycznie, jak płytowy debiut.


W przeróżnych utworach Beastie Boys chętnie korzystali z sampli, często zwracając się w stronę klasyki i wplatając patenty z piosenek The Beatles, Led Zeppelin, Black Sabbath, The Clash, Jamesa Browna czy Johnny'ego Casha. Działało to również w drugą stronę – The Prodigy swój numer "Funky Shit" oparli na fragmencie utworu "Root Down", a z kawałków nowojorskich chłopaków korzystali między innymi tak skrajnie odmienni przedstawiciele sceny rapowej, jak Eazy-E i Lil Wayne. Na ich koncertach pojawiali się hip-hopowi ortodoksi w szerokich gaciach, otwierający metalowe głowy długowłosi (solówkę w "No Sleep till Brooklyn" zagrał przecież sam Kerry King ze Slayera, choć gitarzysta ponoć niespecjalnie polubił się z młodymi raperami), hardcore'owcy wspominający z nostalgią czasy dziesięciominutowego dema "Polly Wog Stew" z 1982 roku, czy wreszcie normalsi, którzy na MTV przypadkiem trafili na jeden z kosmicznie zakręconych teledysków nowojorczyków. Rolę uświadamiacza nieletnich słuchaczy w XXI wieku przejął Eminem, wielokrotnie pokazujący się w koszulce z logo jednego ze swoich ulubionych składów, zresztą jego "Berzerk" – zarówno utwór, jak i teledysk – to hołd złożony Ad-Rockowi, MCA i Mike'owi D, a ten brodaty gość w klipie to Rick Rubin, producent "Licensed to Ill".


No właśnie, przy teledyskach warto zatrzymać się nieco dłużej, ponieważ Beastie Boys na tym poletku zazwyczaj prezentowali małe arcydziełka, często zupełnie nieograniczone sztywnymi ramami "poważnego" rapu. O ich wideoklipach łatwo byłoby napisać odrębny artykuł, dlatego w tym miejscu wymienić można co najwyżej kilka obrazków najbardziej zapadających w pamięć: jajcarsko-dyskotekowy "Hey Ladies", psychodeliczny, leśny "So What'cha Want", czy wreszcie te wyreżyserowane przez ukrywającego się pod tajemniczym pseudonimem Nathaniel Hörnblowér Yaucha: "Intergalactic", przypominający japońskie kino klasy B, oraz "Body Movin'" – parodię włoskiego filmu akcji "Danger: Diabolik", której (nieco inną niż ta na płycie "Hello Nasty") singlową wersję remiksował sam Fatboy Slim.


Najbardziej znany jest jednak stylizowany na kiczowatą produkcję o wąsatych policjantach "Sabotage", gdzie za kamerą stanął Spike Jonze – gość odpowiedzialny między innymi za pełnometrażowe "Jackassy" czy "Być jak John Malkovich". Singiel z "Ill communication" błyskawicznie stał się inspiracją dla rzeszy czerpiących z Beastie Boys wykonawców – przypominali go między innymi średnio znani w naszym kraju New Politics, Cancer Bats ale też supergwiazdorska ekipa połączonych sił KoRna i Slipknota. Szeroka polska publiczność mogła go usłyszeć w 2005 roku, kiedy to niemieccy punkowcy z Beatsteaks na Przystanku Woodstock zaprezentowali dość wierną interpretację tego genialnego w swojej prostocie utworu. Żaden z jak najbardziej poprawnych coverów nie miał jednak nawet podjazdu do oryginału.


Puszczeniem oka i nostalgicznym powrotem do starych czasów było wideo do singla z ostatniej, wydanej w 2011 roku płyty "Hot Sauce Committee Part Two" – "Make Some Noise". Już na samym początku teledysku słychać dźwięki "Fight For Your Right", a odgrywający rolę Beastie Boys Elijah Wood, Seth Rogen i Danny McBride ubrani są identycznie jak ich pierwowzory w pochodzącym z lat osiemdziesiątych hymnie imprezowiczów. Przez klip przewinęła się zresztą cała plejada pierwszoligowych hollywoodzkich aktorów – Orlando Bloom, Steve Buscemi, Jack Black, Will Ferrell, Kirsten Dunst czy Jason Schwartzmann (a także wielu innych).


Gdyby zespoły porównywać ze sprzętami elektronicznymi, Beastie Boys z pewnością reklamowano by ze szczególnym podkreśleniem ich wielofunkcyjności. Najlepiej świadczyć może o tym koncert z odbywający się 9 października 2004 roku w mateczniku grupy – nowojorskim Madison Square Garden – wydany 2 lata później na DVD zatytułowanym "Awesome; I Fuckin' Shot That!" (reżyserem ponownie został sam Hörnblowér). To zresztą bardzo ciekawy sposób "zatrudnienia" fanów przy tworzeniu materiału – pięćdziesięciu wchodzącym do hali fanom rozdano kamery, przekazując jednocześnie prosty komunikat: "nagrywajcie wszystko". W ten sposób powstały oficjalne bootlegi, z których następnie zrobiono sklejkę pozwalającą poczuć się niczym uczestnik tego wyjątkowego występu – to zresztą niskobudżetowy ukłon w stronę punkowej idei D.Y. I.. Grupa zaprezentowała wówczas trzy wcielenia – najbardziej standardowe, hip-hopowe (odziane w zielone dresy), dostojnie wysublimowane (eleganckie garniturki, światełka i kontrabas) i wreszcie dzikie, uwieńczone przez "Sabotage" wykrzyczane w rockowym finale. Także albumy studyjne pokazywały szerokie spectrum umiejętności i pomysłowości Beastie Boys – trzeba być odważnym, żeby po świetnym, ale mocno rapowym "To The 5 Boroughs" nagrać osadzoną w jazzowo-funkowej estetyce płytę, na której nie pada ani jedno słowo – "The Mix-Up" z 2007 roku został jednak doceniony przez branżę i zdobył nawet statuetkę Grammy za Najlepszy Instrumentalny Album.


Jeszcze trochę ciekawostek z rubryki towarzyskiej. Pierwsza żona Ad-Rocka, Ione Skye, – to ta pani, która prezentowała swoje wdzięki w pierwszym segmencie "Czterech pokojów" – nieco wcześniej spotykała się też z wokalistą Red Hot Chili Peppers – Anthonym Kiedisem i, jak sama przyznawała, znacznie lepiej czuła się w towarzystwie Beastie Boys. Jeszcze w latach osiemdziesiątych Horovitz spotykał się z inną aktorką, Molly Ringwald. I to właściwie koniec "sensacji". W dużym skrócie: zero skandali, zero tabloidowych doniesień. Imprezowi chłopcy wyszumieli się dość szybko, a ich życie prywatne zupełnie przestało przypominać stereotyp rapera hulaki. Brak zaangażowania w skandale sprawił, że nowojorski tercet nie był zbyt łakomym kąskiem dla tabloidów i portali plotkarskich – Ad-Rock związał się z wokalistką grup Bikini Kill i Le Tigre, Kathleen Hanną (do dzisiaj są modelowym przykładem artystycznego, bezdzietnego małżeństwa), MCA w 1998 roku założył rodzinę z mającą tybetańskie korzenie Dechen Wangdu (wychowywali jedno dziecko, córkę Losel), natomiast Mike D doczekał się dwóch synów ze związku z reżyserką Tamrą Davis, odpowiedzialną między innymi za klip "Stripped" Depeche Mode i "Żółtodzioby" – jeden z ulubionych filmów zjaranych ludzi (para nie jest już jednak razem, choć sam Diamond deklaruje, że pozostali przyjaciółmi).

W wywiadach i publicznych wystąpieniach w latach dziewięćdziesiątych coraz bardziej uwidaczniała się stabilizacja – Beastie Boys nie byli już beztroskimi chłopakami, tylko odpowiedzialnymi mężczyznami. Zamiast odgrzewać stary imprezowy kotlet, zaangażowali się w praktykowanie buddyzmu i postanowili poszerzać świadomość – lecz tym razem nie dzięki używkom, a poważnemu przekazowi. Może trudno w to uwierzyć, ale fanem Beastie Boys był sam... Dalaj Lama. Prowodyrem wschodniego kierunku ideologicznego został Yauch, będący jednym z organizatorów serii koncertów mających zwrócić uwagę na sytuację w Tybecie. Basista uczulał też na inne bolączki współczesnego świata – walczył o prawa zwierząt, głośno mówił o feminizmie, niejako rekompensując tym szowinistyczne zachowania z początku działalności kapeli. Nieco podśmiewał się z tego wspomniany wcześnie Dré, który mówił o starych czasach, kiedy to MCA wyruchałby nawet rybkę, gdyby znajdowali się w akwarium.


Niestety, Beastie Boys już nigdy już nigdy nie rozgrzeją sceny i publiczności. 4 maja 2012 roku, po kilku latach choroby, na raka zmarł MCA. Cierpiący na nowotwór ślinianki Adam co prawda z uśmiechem na twarzy odważnie mówił o swojej walce i zapowiadał jak najszybszy powrót do grania, jednak los nie okazał się dla niego łaskawy. Śmierć legendy rapu poruszyła całą muzyczną branżę, która stanęła na baczność, oddając mu należny hołd: swoje wersje utworów chłopaków wykonywali między innymi Coldplay, Red Hot Chili Peppers, Yelawolf i The Roots, a na Twitterze ciepłe słowa w stronę Yaucha kierowali Fred Durst z Limp Bizkit, Justin Timberlake, Jimmy Falon czy Tom Morello z Rage Against The Machine. W Nowym Jorku jego imieniem nazwano nawet brookliński park, a podczas odbywającego się w Madison Square Garden meczu NBA pomiędzy New York Knicks a Miami Heat na telebimie pojawiła się twarz zmarłego artysty, a z głośników rozbrzmiewały fragmenty jego największych hitów.


Dzisiejszy rap może często powodować niestrawności. Co drugi koleś ma w ksywce "Young" albo "Lil", brak skilli podpiera autotunem, a na głowie nosi fryzury głupsze niż te lansowane przez Neymara. Trzech wychudzonych białasów z żydowskich rodzin pokazało jednak, że nie trzeba się wcale pretensjonalnie napinać – punkowa ekspresja, hip-hopowy luz i (nie zapominajmy o najważniejszym) ogromny talent podparty ciężką pracą, pozwalający trzem głosom brzmieć niczym jeden, umiejscowiły ich w ścisłym panteonie swojego gatunku (i, zaryzykowałbym stwierdzenie, muzyki w ogóle). Magazyn Rolling Stone umieścił Beastie Boys w setce najważniejszych artystów wszech czasów, zostawiając w tyle Eminema, The Stooges i Tupaca – niech ten fakt pozostanie podsumowaniem i jednocześnie zachętą dla tych, którzy jakimś cudem nie mieli okazji zapoznać się z twórczością składu, który ponad trzydzieści lat temu zrewolucjonizował rap.

Oglądany: 46244x | Komentarzy: 45 | Okejek: 238 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

21.08

20.08

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało