Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Jak wyglądała popkultura dwadzieścia lat temu? Przeglądamy stare numery "Machiny"

51 658  
208   75  
Dwadzieścia lat to, jak by nie patrzeć, szmat czasu – dwie dekady temu w finale mistrzostw świata bramki strzelał Zinedine Zidane, startowała wtedy komórkowa sieć Idea, w telewizji pojawiły się "Miodowe lata", a użytkownicy komputerów irytowali się podczas kolejnej zwiechy najnowszego systemu – Windows 98.



Z perspektywy czasu czasopismo "Machina" może wydawać się nieco zapomniane – to miesięcznik, który ukazywał się w latach 1995-2000 (wtedy był też najbardziej popularny), by ponownie wrócić na rynek w 2006 roku i przez kilka lat (definitywny koniec datowany jest na 2012 rok) nie odzyskać nawet części dawnego blasku. W sieci można jednak bez większych problemów dotrzeć do materiałów magazynu kierującego się mottem "Jesteśmy Subiektywni": fanpage "Skany ze starej Machiny" na Facebooku zebrał 5,4 tysiąca polubień (szału nie ma, ale tragedii też nie), a archiwalne numery na Allegro można kupić za kilka(naście) złotych. Postanowiliśmy cofnąć się do czasów prezydentury Kwaśniewskiego, kiedy to internetowa świadomość w Polsce dopiero raczkowała, i z dna szafy wygrzebać coraz bardziej nadgryzione zębem czasu "Machiny", które wywołują rozrzewnienie u wszystkich czytających je około dwie dekady temu.



Patrząc na okładki łatwo zauważyć, że ówcześni bohaterowie popkultury nadal obecni są w życiu publicznym – choć dzisiaj w analogicznym piśmie z pewnością więcej byłoby akcentów hip-hopowych. The Rolling Stones, Madonna (artykuł będący jej sylwetką napisał Marcin Prokop, który w latach 2000-2002 był nawet naczelnym czasopisma), Kayah, Kult, Bogusław Linda, Björk, David Bowie (Filip Łobodziński przeprowadził nawet wywiad ze zmarłym w 2016 roku wokalistą) – przypadkowe (lub mało znane) postaci nie trafiały na front "Machiny". Sama zawartość magazynu też była dość popkulturowo uniwersalna – obok siebie można było przeczytać recenzje płyt hardcore'owców z zespołu 1125 i Franka Kimono, Beastie Boys (wywiad z nowojorczykami przeprowadził Rafał Bryndal) i Kasi Kowalskiej czy T-Raperów znad Wisły i Queen. Oczywiście równie istotnym elementem były także oceny filmów (machinowa dziesiąta muza rzecz jasna również proponowała całkiem imponujący rozrzut stylistyczny: pikantna rozmowa z Pamelą Anderson, fragmenty książki opartej na wypowiedziach Federico Felliniego, dwudziestodziewięcioletni Darren Aronofsky odnoszący się do komercyjności Massive Attack czy Martin Scorsese opowiadający o Jezusie i Dalajlamie) i wątki literackie (dla każdego coś miłego – pojawiały się opisy książek zarówno Paulo Coelho, jak i Bohumila Hrabala).





Dziennikarze "Machiny" rozmawiali z Maleńczukiem (krakowski bard niezmiennie lubi prowokować – już w numerze ze stycznia 1997 roku deklarował:
Prawo jest bzdurą. Pierdolę prawo, oprócz Boskiego prawa.
I bez ogródek komentował życie polityczne, ze szczególnym uwzględnieniem będącej jeszcze wtedy u władzy partii i konkretnie dowalając rodakom:
Polacy to naród niewolników. Oddają głos na faraona. Czym jest kurwa bez alfonsa? SLD jest najlepszym alfonsem dla tej skurwiałej części społeczeństwa.
I dwudziestoletnią, pulchną Agnieszką Chylińską (fascynują mnie takie książki jak "Biblia Szatana" LaVeya. Dzisiaj była wokalistka O.N.A. sama jest autorką, tylko że... bajek dla dzieci). Bez większego tabu pisano o tak różnych kwestiach, jak narkotyki (to zagadnienie w wywiadzie podejmował między innymi Jan Borysewicz), słodycze, scjentologia i Legia Cudzoziemska, podejmowano temat legendy Titanica (nic dziwnego, w tym czasie o filmie z Leonardo DiCaprio rozprawiali wszyscy). Nawet po dwudziestu latach stare "Machiny" czyta się dobrze, a niektóre artykuły (rozmowa Kasi Nosowskiej, Muńka Staszczyka i Krzysztofa Skiby w trakcie jedzenia... psiej karmy) stanowią naprawdę ciekawy zapis swojej epoki i potrafią rzucić nowe światło na dzisiejsze dokonania pojawiających się w miesięczniku artystów.





Wiele (pełnoletnich już dziś) osób może nie pamiętać czasów, gdy na giełdach można było kupić dziwnie wydane (czasami były to podwójne albumy, czasami dziwne kompilacje typu "Singles", innym razem dodawano – nie wiadomo z jakiego powodu – przeróżne bonusy) pirackie płyty. Artyści bardzo mocno walczyli z tym procederem, w czym przodował Kazik Staszewski. Niedługo później pojawiły się mp3, które zyskały ogromną popularność także dzięki walce Metalliki z Napsterem. Abradab z Kalibra 44 – w wywiadzie, który ukazał się w maju 2000 roku (jeszcze wtedy żył Magik, choć nie grał już ze swoim macierzystym składem) – przedstawiał ówczesne stanowisko dotyczące pobierania piosenek z netu: Uważam, że to skurwysyństwo, ale nic się nie da na to poradzić. Każdy powinien zdawać sobie sprawę z tego, że jeśli ściągnie z Internetu naszą płytę, to możliwe jest, że już następnej nie wydamy, bo nie będzie nas na to stać. Poza tym jakość MP3 jest jednak dużo gorsza. Dzisiaj mało kto ściąga muzykę z sieci – niepraktyczne pliki zostały zastąpione przez streaming, który raperzy ochoczą dołączają do wyników sprzedanych płyt. Pośmiać się można dziś też z wyluzowanego slangu, który wtedy rzeczywiście mógł uważany być za młodzieżowy, ale dziś brzmi równie nienaturalnie, co Dariusz Szpakowski mówiący w Fifie o masakracji: nauczyciele też kminili, o co biega.



Z perspektywy czasu ciekawie brzmią doniesienia o Pawle Kukizie (artysta dziś spełniający się w polityce pojawił się nawet na pierwszej okładce "Machiny"), który, w ramach promocji wydanych w kwietniu 2000 roku "Pieśni ojczyźnianych" Piersi, miał stać się bohaterem transmitowanej w sieci odpowiedzi na Big Brothera, mającej relacjonować życie rodziny autora "Całuj mnie". Niedoszły prezydent nie został jednak bohaterem reality show, a płyta odniosła, delikatnie mówiąc, umiarkowany sukces. Mało kto też pamięta o jego występie w reklamie Pepsi, co także skrzętnie przypominali redaktorzy czasopisma. Kukiz został również wyróżniony w zestawieniu Debiut Roku 1996 za rolę w filmie "Girl Guide". W ogóle dość dziwnie jest czytać podsumowania, gdzie za nowości uznawane są "Puk, puk" Kasi Nosowskiej, "Dziewczyna szamana" Justyny Steczkowskiej czy "Cacy Cacy Fleischmaschine" Świetlików.









Zdarza się, że podczas lektury "Machiny" można oddać się nostalgicznemu nastrojowi – jak choćby w trakcie czytania o pomyśle Robina Williamsa na zmianę image'u. W numerze z września 2000 roku możemy znaleźć też informacje o dzieciach, których spodziewają się Chris Cornell i Dolores O'Riordan z The Cranberries – oboje ci artyści pożegnali się z tym światem w przeciągu ostatnich kilkunastu miesięcy. Czasami też widzimy, jak bardzo zmieniły się pewne skojarzenia. Dziś nikt nie nazwie Piaska bożyszczem nastolatków ani Keith Flinta z The Prodigy multimedialnym diabłem. Uśmiechnąć się pod nosem można czytając o planach Bogusława Lindy dotyczących nakręcenia nowej wersji "Krzyżaków": Krzysztof Majchrzak zagra Juranda ze Spychowa, a Daniel Olbrychski Maćka z Bogdańca – klasyczne ambicje pierwszego twardziela polskiego kina spektakularnie spaliły na panewce. Równie sympatyczno-nostalgiczne są wspomnienia pobytu Michaela Jacksona w Warszawie w 1996 roku czy walk Andrzeja Gołoty z Riddickiem Bowe.







Bardzo ważna była warstwa graficzna "Machiny" (dbał o nią Piotr Socha) – na jej łamach pojawiały się tematyczne sesje zdjęciowe (portrety polskich muzyków, odważne prezentacje mody czy stylizowane na poranne fotografie słynnych aktorek), a artykuły były tak przemyślane, żeby zwracały uwagę też nieoczywistym i przykuwającym wzrok layoutem strony. Nie sposób nie wspomnieć też o dodawanych do czasopisma płytach – ja najbardziej katowałem "Polska Młodzież Śpiewa Klasyków", gdzie można było usłyszeć zespoły takie jak Homo Twist czy Kult oraz "SKAdankę" z numerami Dzieci Kapitana Klossa, Partii czy grupy Alians. Na uwagę zasługiwała bez wątpienia orientalna kompilacja "Kuchnia Azjatycka, Czyli Muzyka Tam I Tam", dzięki której pierwszy raz miałem okazję zapoznać się z twórczością Asian Dub Foundation. Machinowy eklektyzm widoczny był również w przypadku wydanej w 1998 roku przez Pomaton kompilacji "Machina i Synowie przedstawia: Sentymentalny Podział Kraju, czyli 10 Województw, 6 Powiatów i Jedna Wielka Gmina", na której pojawiły się między innymi "King" T.Love, "Tomaszów" Ewy Demarczyk, "Poznańskie Dziewczęta" Pidżamy Porno, "Wyszków tonie" Elektrycznych Gitar i "Sen o Warszawie" Czesława Niemena.





Dość istotną częścią czasopisma były reklamy, które – nie będąc tak naprawdę integralną częścią treści – i tak sporo mówiły zarówno o "Machinie", jak i wesołych realiach przełomu mileniów. Czytelnicy zachęcani byli, rzecz jasna, do zakupu alkoholu (o przepraszam, bezalkoholowego Żywca), papierosów (marki nadal obecne na rynku – Camel, Pall Mall, Marlboro, jak i te zapomniane – Salem, Prince czy Spike) czy – normalka – Durexów. Nie sposób nie stać się sentymentalnym, patrząc na promowany wówczas świat okołomedialny – kompletnie zapomniane portale czy stacje telewizyjne (Atomic) żyją już tylko w pamięci nielicznych miłośników lat dziewięćdziesiątych.







Emocje w tamtym okresie budziła premiera "Miasteczka South Park" z obowiązkowym dopiskiem – na kasetach video i płytach DVD (serialowi Treya Parkera i Matta Stone'a, rzecz jasna, "Machina" również poświęciła odrębny tekst). Płyty DVD w ogóle były wtedy przedstawiane niczym technologia kosmiczna – w jednej z reklam możemy przeczytać, że DVD jest tym, czego potrzebujesz: wśród rewolucyjnych zalet tego nośnika wymienione zostały cyfrowy zapis dźwięku i obrazu, możliwość wyboru języka, wyszukiwanie fragmentów i łatwość użycia. XXI wiek! Jeszcze większą wesołość muszą budzić "futurystyczne" komputery z 32 megabajtami pamięci operacyjnej. Bawić może także wywiad z nieżyjącym już Markiem Sellem, autorem słynnego programu mks_vir, w którym informatyk chcąc podkreślić wielkość swojej bazy wirusów mówił o niewyobrażalnych... 16,5 gigabajtach.



Nie będzie nadużyciem stwierdzenie, że coraz mniej osób pamięta "Machinę". Dla młodszych jest to zwyczajnie zbyt odległy w czasie coraz mniej ciekawy element medialnej rzeczywistości, starsi – głowie przez długoletnią nieobecność periodyku na rynku – zwyczajnie pozapominali, że kiedyś coś takiego czytali. A szkoda. "Machina", która miała stanowić swojską odpowiedź na miesięcznik "Rolling Stone", była naprawdę ciekawą lekturą, z której można było wynieść naprawdę sporo. To trochę romantyczne, ale w dobie szybkich komunikatów opartych głównie na tytułach i leadach czy informacji dezaktualizujących się równie szybko co zdjęcia na Snapchacie sympatycznie przypomnieć sobie (pełnoletnie już) teksty, które merytorycznie nie straciły wiele na wartości. I choć trudno jest w kilku tysiącach znaków zawrzeć cały sens "Machiny", to może być to całkiem dobry pretekst do wylicytowania kilku starych numerów, wyłączenia komputera i przypomnienia sobie czasów, gdy twarzami popkultury nie były siostry Godlewskie ani bohaterowie Warsaw Shore.



Oglądany: 51658x | Komentarzy: 75 | Okejek: 208 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły

21.08

20.08

Starsze historie

Jak to drzewiej bywało