Joe Monster
Szukaj Pokaż menu
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Wszystko, czego nie wiesz o podziemnej akcji ratunkowej w Tajlandii - opowiada człowiek, który spędził pod ziemią setki godzin

61 507  
291   44  
Z pewnością każdy już słyszał o 12 chłopcach i ich trenerze z Tajlandii, którzy utknęli w jaskini...


Ta najbardziej spektakularna akcja ratunkowa ostatnich czasów dobiegła właśnie końca, a przed Wami wszystko, co powinniście wiedzieć o tej całej sprawie!



25 czerwca drużyna piłkarska złożona z chłopców w wieku 11-16 lat po skończonym treningu piłkarskim wybrała się do jaskini ถ้ำหลวงนางนอน w północnej Tajlandii. Powodem wizyty były urodziny jednego z nich. Lokalny zwyczaj głosi, że w dniu urodzin wszyscy muszą wyryć swoje imię w pobliskiej jaskini i to nie byle jakiej - jest ona ponad 10-kilometrową okresową podziemną rzeką, będącą jedną z najdłuższych jaskiń w kraju.

Wiemy, że chłopcy kupili po drodze chipsy, napoje gazowane i pojechali rowerami do wejścia do jaskini, mijając tablicę ostrzegającą przed podziemnymi powodziami od lipca do listopada. Do tej pory nie jest jasna rola trenera - według pierwszej wersji to on ich tam zabrał, a teraz ciągle niepotwierdzone informacje mówią o tym, że ruszył im na ratunek, gdyż wiedział, gdzie się udali i czym to się skończy przy tak ogromnych opadach. Faktem jest jednak to, że opady deszczu doprowadziły do zalania wyjścia i stopniowego zalewania całej jaskini, odcinając tym samym jedyną drogę ucieczki i zmuszając grupę do przemieszczenia się w głąb jaskini.

Wieczorem, kiedy chłopcy nie wrócili do domów, rodziny wszczęły alarm i rozpoczęto poszukiwania. Bardzo szybko odnaleziono rowery przy wejściu do jaskini i zorganizowano akcję ratunkową. Miała się ona stać najbardziej spektakularną misją ratunkową od czasu wyciągnięcia górników z Chile po 69 dniach.

Czy wiedzieliście, że cała akcja ratunkowa była osobiście obserwowana przez kilku producentów filmowych? Ja już wiem, i dlatego spieszę się z artykułem, zanim będę go musiał oznaczać jako spoiler alert.



Temat uwięzionych w jaskini chłopców błyskawicznie wzbudził zainteresowanie na całym świecie, co przełożyło się na skalę operacji ratunkowej. Najlepsi nurkowie jaskiniowi z całego świata ruszyli do Tajlandii szukać sposobu na wydobycie zaginionych. Należy tutaj wspomnieć o tym, jak niewiele osób na świecie posiada odpowiednie doświadczenie, aby wesprzeć akcję. Nurkowie jaskiniowi stanowią mniej więcej taki sam procent wśród nurków, jak nurkowie ogółem wśród całego społeczeństwa.



Poza nurkami w operacji wzięło udział ponad 1000 osób potrzebnych do obsługi pomp, nurków, agregatów i całego obozu. O skali akcji nurkowej niech świadczy fakt, że do 2 lipca używano w systemie rotacyjnym ponad 400 butli tlenowych. Już sama infrastruktura do bieżącego nabijania takiej ilości butli musiała robić wrażenie, ale pomiędzy wejściem a miejscem, gdzie nurkowie schodzili do wody, było ponad 2,5 km krętych tuneli, którymi każda z tych butli musiała wielokrotnie przejść niesiona przez ratownika. Jaskinia na swoim wejściu ma około 50 metrów wysokości, ale w miarę posuwania się naprzód zwęża się do nawet 38 centymetrów!



Poniżej filmik pokazujący wnętrze jaskini podczas akcji ratunkowej.


Dopiero 2 lipca, po 10 dniach bardzo niebezpiecznych poszukiwań w mulistej wodzie o niemal zerowej widoczności, nurkowie natrafili na część jaskini, w której znajdowali się zaginieni. Byli na wysepce pośrodku zalanej komory około 5 km od wejścia do jaskini. Na podkreślenie zasługuje fakt, w jakich ubraniach zaginieni przeżyli przez 10 dni. Otóż wszyscy byli boso, a na sobie mieli tylko krótkie spodenki i t-shirty! Jakby tego było mało, ich jedynymi zapasami żywności były napoje gazowane i chipsy, w związku z czym musieli pić wodę spływającą ze ścian.

Poniżej nagranie z momentu ich znalezienia


Wszyscy byli cali i w stosunkowo dobrej formie, poza ich trenerem, 25-letnim Akkapolem Chanthawongiem, który był bardzo osłabiony, bo oddał chłopcom wszystkie swoje zapasy. Ciągle jednak nikt nie miał za bardzo pomysłu, jak ich wyciągnąć. Każdy z 13 uwięzionych, aby wyjść, musiałby przepłynąć ponad 2 km w zamulonej wodzie o zerowej widoczności, a następnie zostać jakoś wyniesiony przez dalsze 2,5 km do wyjścia.
Stopień skomplikowania misji mógł tylko urosnąć, bo nadciągający monsun miał przynieść ze sobą wysokie opady deszczu w kolejnych dniach.



Koniec czerwca w Tajlandii to już środek pory deszczowej, trwającej od czerwca do października. Wiedząc, że największym wrogiem jest podniesienie się poziomu wody, postanowiono ograniczyć jej dopływ, jednocześnie ją odpompowując. Wszyscy widzieli dziesiątki pomp pracujących na pełnych obrotach i kilometry węży, ale nie każdy wie o tym, że na zboczu góry nad jaskinią zrobiono coś znacznie bardziej spektakularnego.



Głębokość na jakiej znajdują się zaginieni oszacowano na 600 m do nawet kilometra. Aby ograniczyć zewnętrzny dopływ wody do jaskini, całe zbocze góry poprzecinano tamami, z których odpompowywano wodę, aby nie wpływała do jaskini. Dla ciekawych jak to wyglądało:


Cały czas zastanawiano się nad tym, jak wyciągnąć chłopców, którzy znajdują się na końcu 4-kilometrowej jaskini, gdzie ostatnie 2 km trzeba przepłynąć z butlą. W wielu miejscach jaskinia zwężała się do otworów tak małych, że nurkowie musieli ściągać butle z pleców, aby przepłynąć na drugą stronę. Rozważano wtedy zaopatrywanie chłopców przez kolejnych kilka miesięcy w oczekiwaniu aż pora monsunowa się skończy, a w międzyczasie przeszkolenie ich z nurkowania na tyle, aby być może mogli sami wypłynąć. Absurdalność takiego rozwiązania tylko podkreśla stopień skomplikowania misji polegającej na wyciągnięciu z zalanej jaskini dzieci, które nawet nie umiały pływać, a o nurkowaniu już nie wspominając. Pojawiły się pomysły na przeciągnięcie rury z tlenem lub dowiercenie się do nich od góry, swoją pomoc zaoferował (nie po raz ostatni) nawet Elon Musk i jego The BORing Company.



Nurkowie cały czas zaopatrywali chłopców w niezbędnie zapasy, z czasem dostarczając również pocztę w obu kierunkach. Z listów pisanych przez chłopców wynika, że ich trener (który notabene był kiedyś mnichem) nauczył ich sztuki medytacji, co pomogło im przetrwać to wszystko i zachować spokój. Chłopcy mimo czasowego braku perspektyw na wyjście mieli się dobrze, nie opuszczały ich też dobre humory. Ciągle domagali się smażonego kurczaka i prosili, by ich nauczyciele nie zadawali im za dużo prac domowych jak już wyjdą.
Niestety pierwszy plan upadł kiedy zorientowano się, że poziom tlenu w komorze, w której przebywają zaginieni ciągle spada, a jednocześnie prognozowano bardzo duże opady deszczu w kolejnych tygodniach. Rozpoczęto akcję dostarczania butli z tlenem i podczas właśnie takiej misji wydarzył się jedyny wypadek. Były tajlandzki nurek wojskowy Saman Guman w niewyjaśnionych okolicznościach stracił przytomność i nie udało się go odratować. Była to jedyna ofiara w całej akcji ratunkowej.



W międzyczasie rozważano różne scenariusze i kombinezony, Elon Musk po raz kolejny zaoferował pomoc, na szczęście nikt kto był tam na dole nie chciał przeciskać półtorametrowej sztywnej rury po omacku przez zawiłą jaskinię.



Skupiono się na planie doktora Richarda Harrisa. Ten australijski anestezjolog, którego pasją jest nurkowanie jaskiniowe, akurat był w Tajlandii na wakacjach w momencie zaginięcia chłopców. Zwróćcie uwagę jakie zrządzenie losu, że jeden z może kilkuset nurków jaskiniowych na całym świecie akurat był w okolicy na wczasach I NA DODATEK BYŁ LEKARZEM.



Pan Harris natychmiast przerwał urlop i stał się nieoficjalną głową misji ratunkowej. Opracował plan wyciągania chłopców mniejszymi grupkami na specjalnych noszach. Chłopcy mieli mieć cały czas maski tlenowe na całej twarzy, które umożliwiały oddychanie nosem i ustami. Cała operacja wydobycia chłopców miała trwać kilka dni i była tak ryzykowna, że po przedstawieniu planu ostrzeżono przedstawicieli rządu, że nie ma gwarancji, że każdy chłopiec przeżyje ewakuację. Ogromne ilości sprzętu dostarczono do najgłębszego dostępnego miejsca jaskini, skąd ruszali nurkowie.



8 lipca, czyli tylko 5 dni po odnalezieniu, pierwsi czterej chłopcy zostali cali i zdrowi wydobyci na powierzchnię. Przed misją każdemu chłopcu podano silne środki uspokajające (ketamina, jeśli to kogoś bardzo interesuje), aby uniknąć ewentualnych ataków paniki, które mogły zagrozić bezpieczeństwu ich i eskortującym ich nurkom. Ewakuowani byli przez większość ewakuacji nieprzytomni, a ustawieni po drodze lekarze sprawdzali ich stan zdrowia co kilkadziesiąt metrów. Na uwagę zasługuje fakt, że w związku z kwarantanną chłopcy nawet po wyjściu z wody mieli na twarzach maski tlenowe, które ściągnięto dopiero w szpitalu. Ze względu na ilość zasobów, jaką pochłonęła akcja, kilkusetosobowy zespół ratowników potrzebował aż 10 godzin, aby uzupełnić zapasy w najgłębszej komorze.

Cave survey of Tham Luang Nang Non cave (© thailandcaves.shepton.org.uk)

Następnego dnia 18 nurków wydobyło kolejnych 4 chłopców na zewnątrz. Pod ziemią został już tylko bardzo osłabiony trener i 4 członków drużyny - w tym najmłodszy, 11-latek.
Akcja ich wydobycia trwała 72 godziny i zakończyła się całkowitym sukcesem. Wszystkich opanowała euforia, nawet tych, którzy jeszcze byli pod ziemią. Ich aplauz bardzo szybko zmienił się w panikę, gdy w parę minut po wyciągnięciu ostatniego chłopca pompy nagle przestały działać, a poziom wody raptownie wzrastał. Według nieoficjalnych wersji około 100 ratowników przebywających jeszcze wtedy pod ziemią rzuciło się do panicznej ucieczki, w ostatniej chwili uchodząc z życiem. Ciągle nie wiemy, dlaczego pompy przestały pracować. Mógł to być problem z zasilaniem, nieszczęśliwy wypadek podczas euforii lub awaria pomp. Cokolwiek by to jednak nie było - tych 13 Tajów może z powodzeniem liczyć na tytuł największych szczęściarzy ostatniej dekady.

Poniżej widzimy zmęczonych ratowników w trakcie i po akcji.









BONUS dla ciekawskich

Relacja trener - rodzice.

Popuśćcie na chwilę wodze wyobraźni i pomyślcie, co by się wydarzyło, gdyby gdzieś w Polsce trener zabrał swoich nieprzygotowanych podopiecznych do jaskini po meczu z podobnym skutkiem. Złość rodziców na trenera, groźby pozwów, pewnie i karalne, ogólnokrajowa afera, po której koleś już nigdy nie odzyskałby roboty, a rząd prewencyjnie zabetonowałby 20 polskich jaskiń.

Tymczasem w Tajlandii okazało się być zupełnie inaczej. A jak? Zobaczcie sami, poniżej korespondencja pomiędzy rodzicami a trenerem sprzed kilku dni.
(Jeżeli ktoś ma ochotę przeczytać CAŁĄ ICH KORESPONDENCJĘ w internecie, to podrzucam link. Aczkolwiek sam mam co do tego mieszane uczucia)

Akkapol Chanthawong (wiek: 25 lat), trener:
Drodzy rodzice!

Wszyscy chłopcy są w cali i zdrowi. Zajmuje się tu nimi masa odpowiednich ratowników. Przyrzekam, że będę o nich dbał najlepiej jak potrafię. Dziękuję za wasze wsparcie. Bardzo przepraszam wszystkich rodziców.

Rodzice (wiek: różny) odpowiedzieli:
My, jako rodzice twoich piłkarzy, wierzymy w ciebie i w twojego ducha, że opiekowałeś się naszymi chłopcami najlepiej jak mogłeś. Chcemy, żebyś wiedział, że to nie twoja wina. Wszyscy tutaj tak uważamy i nie chcemy, żebyś i ty się obwiniał. Wszystko rozumiemy i masz nasze pełne wsparcie. Doceniamy twoją pomoc i opiekę nad chłopcami. Nie możemy się doczekać, aż wszyscy będziecie już bezpieczni na zewnątrz.

PS Twoja ciocia też tu jest, czeka przy wyjściu.

Można?

Choroba jaskiniowa

Cała drużyna i trener zostali po wyciągnięciu hospitalizowani i przebywają w szpitalnych izolatkach. Ich rodzice będą mogli do nich wejść dopiero za tydzień i nawet wtedy w sterylnych ubraniach i nie będą się mogli do nich zbliżyć na mniej niż 2 m (!). Powodem takich środków ostrożności jest możliwość wystąpienia choroby jaskiniowej, której mogli się nabawić uwięzieni.

Histoplamoza, zwana też chorobą Darlinga, wywoływana jest przez grzyb Histoplasma capsulatum i najczęściej dotyczy płuc. Choroba ta przypomina trochę znaną nam gruźlicę i objawia się gorączką, bólem w klatce piersiowej oraz kaszlem. Nie jest jednak śmiertelną chorobą, dopóki nie wydostanie się z płuc i nie zaatakuje innych narządów.

Infekcja ta jest stosunkowo prosta do zwalczenia, natomiast jeżeli zaatakowała organizm z osłabioną odpornością (a z dużą pewnością możemy założyć, że chłopcy byli osłabieni) i nie jest leczona, może wydostać się z płuc i zaatakować inne narządy, doprowadzając tym samym do śmierci.

Do dzisiaj potwierdzono, że dwóch chłopców ma infekcję płuc. Nie sprecyzowano jednak, czy chodzi o histoplamozę. Okres inkubacji trwa około tygodnia, przez ten czas przeprowadzone zostaną również wszystkie badania. Choroba sama w sobie nie przenosi się z człowieka na człowieka, ale izolacja jest konieczna dla obserwacji ewentualnych objawów innych infekcji.

Elon Musk

Warto tutaj wspomnieć szerzej o rozwiązaniach proponowanych przez Elona Muska. W internecie ukazał się wywiad z jednym z nurków ratujących chłopców, w którym zapytano o jego opinię o pomysłach założyciela Tesli. Nurek jaskiniowy odpowiedział bardzo dosadnie: "Może sobie ten swój okręcik podwodny wsadzić tam, gdzie go zaboli, to tylko zwracanie na siebie uwagi. Był w jaskini we wtorek i został z niej wyproszony. Bardzo dobrze, że tak się stało".

Poniżej cały filmik dla ciekawskich.


Elon odpowiedział w swoim stylu na Twitterze: nazywał nurka "pedo guy" i podważa jego dokonania, domagając się nagrania spod wody (o zerowej widoczności) na dowód, że jego pomysł by nie zadziałał. Dodaje, że największe zasługi należą się ekipie od pomp i generatorów. W następnym twicie zmienia jednak zdanie i zapowiada, że udowodni, że da się tam dopłynąć tym okręcikiem podwodnym - bo "pedo guy" sam się o to bardzo prosił.

Chciałem tutaj skomentować, ale chyba jednak lepiej pozostawić to bez komentarza. Zainteresowanych odsyłam do całego artykułu na ten temat.

Na uwagę zasługuje fakt, jakie zainteresowanie wzbudził cały temat. Już na początku wspominałem o producentach filmowych osobiście obserwujących całą akcję. Niemal pewne jest, że niebawem powstanie na ten temat pełnometrażowy film i co najmniej kilka filmów dokumentalnych. Czyli dokładnie tak jak w przypadku poprzedniej spektakularnej akcji ratunkowej górników w Chile (uwięzionych na głębokości 700 m), gdzie również powstał film z Antonio Banderasem, a YouTube pełen jest ciekawych dokumentów na ten temat.

Tajowie poszli o krok dalej. Zdecydowali o pozostawieniu części sprzętu w jaskini i urządzeniu w niej muzeum poświęconego akcji ratowniczej. Tajlandzki rząd chce, aby jaskinia stała się główną atrakcją turystyczną ich kraju i już planują interaktywne pokazy pod ziemią dla turystów z całego świata. Jakkolwiek dziwnie to nie zabrzmi - ich rząd przygotowuje się do zarabiania na całej akcji ratunkowej i rozgłosie, jaki uzyskali. Dla porównania przytoczę tutaj przykład Wałbrzycha, którego w zagranicznych mediach wypromował "złoty pociąg", którego notabene i tak nie znaleźli. Wartość tej międzynarodowej reklamy została oszacowana nawet na pół miliarda złotych (przez urząd miasta - żeby było jasne). Być może to właśnie skłoniło Muska do nieudolnej próby tak dużego zaangażowania się w akcję, a mnie do napisania artykułu na ten temat.
Nie wiem, kto płacił za całą akcję ratunkową, ale jeżeli rząd Tajlandii, to trzeba im przyznać, że nieźle kombinują.

PS W podziękowaniu za swoją pomoc wszyscy uczestnicy akcji ratunkowej otrzymali od rządu 5-letnie elitarne wizy zapewniające im status i obsługę jako VIP-a przez następnych 5 lat. Jakby tego było mało, dostali również darmowy lot klasą biznesową i tydzień darmowego urlopu na koszt państwa w dowolnym miejscu w Tajlandii.

PPS Na wieść o pomyślnej akcji ratunkowej prezes FIFA zaprosił wszystkich chłopców i ich trenera na finałowy mecz Mistrzostw Świata. Niestety ze względu na kwarantannę będą musieli go zobaczyć w telewizji.

Oglądany: 61507x | Komentarzy: 44 | Okejek: 291 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało